Gumplowicz: Współczesny socjalizm a niepodległość terytoriów etnograficznych (1908)

Nie znalazłszy tedy w poglądach Marksa i Engelsa na kwestię polską miarodajnych wskazówek na dobę bieżącą, musimy tych wskazówek szuka samodzielnie, w analizie dzisiejszych stosunków społecznych i w naszej współczesnej wiadomości socjalistycznej.

Zacznijmy od początku. Dlaczego jesteśmy socjalistami?

Dlaczego nazywamy się i jesteśmy socjalnymi demokratami, a nie po prostu demokratami tylko? Wszak bądź co bądź demokratami jesteśmy wszyscy; do ludowładztwa wszyscy dążymy. Ów przyszły ustrój, który jest naszym wspólnym ideałem społecznym, bądź co bądź pod względem politycznym nam wszystkim przedstawia się jako ustrój, w którym władza państwowa spoczywa już nie w rękach jakiej uprzywilejowanej osoby czy klasy, tylko w rękach całego ludu, odtąd już na żadne klasy niepodzielonego. W tej właśnie tożsamości celu prawno-państwowego tkwi tak głębokie pokrewieństwo między socjalizmem a demokracją, że socjalizm rewolucyjny (w przeciwieństwie do różnych socjalizmów „niepolitycznych”) w początkach swoich prawie wszędzie występuje jako lewe skrzydło demokracji. Wszak i Marks w r. 1848 zasiadał w okręgowym wydziale demokratów nadreńskich, a Lassalle jeszcze w r. 1862, kiedy po trzynastoletniej przerwie wznawia swoją działalność agitacyjną rozpoczyna ją od wskrzeszania „demokracji, starej a prawdziwej demokracji”. Dlaczegóż nam więc sama tylko demokracja nie wystarcza?

Dlatego, że w naszej epoce niezbędnym a niezmiernie ważnym czynnikiem składowym życia gospodarczego stała się i staje się coraz bardziej produkcja zbiorowa. A w takich warunkach demokracja nie może by konsekwentnie przeprowadzoną bez zbiorowej własności narzędzi tej właśnie produkcji zbiorowej. Wyobraźmy sobie dla kontrastu społeczeństwo, w którym by na wsi panowała wyłącznie drobna gospodarka włościańska o typie ściśle indywidualistycznym, bez żadnej kooperacji, po miastach zaś wyłącznie drobne rzemiosło. W takim społeczeństwie, o ile by się tylko skądinąd utrzymać zdołało, mogłaby demokracja współistnieć z wyłącznie indywidualną własnością narzędzi produkcji, bo ta produkcja byłaby na wskroś indywidualną. Własność zbiorowa mogłaby w takim wypadku pozostać ograniczoną do gościńców i placów publicznych, do lasów, do środków obrony krajowej. O ile jednak w minionych wiekach mogły istnieć społeczeństwa, mniej więcej zbliżone do tego typu schematycznego, o tyle dzisiaj już żadne takie społeczeństwo istnieć nie może. Co do drobnego rzemiosła, to rozwój jego coraz bardziej pozostaje w tyle poza potężnym rozwojem wielkiego przemysłu fabrycznego. Na wsi za drobna gospodarka włościańska może się na dłuższą metę już tylko utrzymać drogą organizacji spółdzielczej, a zatem drogą tworzenia i rozwijania na coraz większą stopę własności zbiorowej, która uzupełniając własność indywidualną i stopniowo uzależniając ją od siebie, z biegiem czasu i w tej dziedzinie stanie się czynnikiem decydującym. Nadto w epoce bezwzględnej przewagi gospodarki pieniężnej nad gospodarką bezwymianową ani przemysł, ani rolnictwo ostać się nie może bez nowoczesnych środków przewozu, przede wszystkim bez kolei żelaznych; a te również są środkami pracy zbiorowej. Poza tym zaś żyjemy w okresie nieustannego szybkiego wzrostu ludności; przed naszymi oczyma więc przeobraża się do niepoznania dawna proporcja między liczbą mieszkańców, która się zwiększa gwałtownie, a przestrzenią kraju, która pozostaje ta sama. O ile więc pięćset lat temu dla naszych przodków, karczujących puszcze lub kolonizujących nieprzejrzane przestrzenie stepów, zajęcie bodaj paru tysięcy morgów ziemi przez jednego właściciela mogło się wydawać rzeczą poniekąd obojętną, o tyle w naszych dniach coraz bardziej rośnie wartość społeczna każdego kawałka ziemi, urodzajnej czy nieurodzajnej, wiejskiej czy miejskiej. Nie możemy już nikomu pozwolić na wyniszczenie ziemi, ani na pozostawianie jej odłogiem, bo mamy za mało ziemi na takie zbytki. Z drugiej strony za wzrost powszechnego zapotrzebowania ziemi, bądź to pod uprawę, bądź to pod budynki, czyni prywatną własność ziemi coraz uciążliwszym monopolem. Już dzisiaj prywatna własność kamienic miejskich stanowi jedną z najjaskrawszych krzywd społecznych; nasi prawnucy dożyją się czasu, kiedy nawet prywatna własność trzydziestu morgów lichej ziemi ornej stanie się taką samą krzywdą. Gminy miejskie będą więc musiały dążyć do nabycia na własność zbiorową gruntów i kamienic miejskich; na wsi społeczeństwo będzie musiało objąć na własność zbiorową rzeki i jeziora, lasy i pastwiska, będzie musiało ograniczyć prawo prywatnego posiadania ziemi ornej do pewnej liczby morgów, a w dalszym ciągu zabezpieczyć sobie prawo nadzoru nad sposobem użytkowania wszelkich gruntów.

Słowem, we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego tendencja rozwoju jest taka, że wobec tej tendencji rozwoju społeczeństwo sprostać swoim zadaniom może już tylko za pomocą uspołecznienia środków produkcji. Co prawda, ta tendencja rozwoju nie zmusi nas automatycznie do żadnych uspołecznień. W historii niema takiego dobroczynnego przymusu. Historia każdemu pozwala na samobójstwo: i jednostkom, i partiom, i narodom. O ile jednak nie chcemy stać się winnymi samobójstwa, o ile nie chcemy by biernymi świadkami naszego własnego gnicia, o tyle istotnie musimy wyciągnąć konsekwencję z położenia historycznego i dążyć do unarodowienia narzędzi zbiorowej produkcji oraz do uspołecznienia niezbędnej podstawy wszelkiego życia gospodarczego i wszelkiego życia ludzkiego w ogóle: do uspołecznienia ziemi.

Wróćmy do punktu wyjścia. Dlaczego nie jesteśmy demokratami tylko, a jesteśmy socjalnymi demokratami, czyli socjalistami? Dlatego, że żyjemy w okresie, w którym demokracja bez socjalizmu stała się czymś połowicznym, formą sprzeczną z treścią. Wobec wzrastającej przewagi produkcji zbiorowej nad indywidualną, właściciel narzędzi produkcji zbiorowej staje się monopolistą: taki monopolista, wbrew równouprawnieniu politycznemu, trzęsie bytem ekonomicznym tysięcy swoich „równouprawnionych” współobywateli, posiadających tylko narzędzia indywidualnej produkcji albo w ogóle żadnych środków produkcji nie posiadających; ma możność wyzyskiwania ich i korzysta z tej możności, a tym samym zagraża swobodnemu i harmonijnemu rozwojowi ich osobistości, a nawet faktycznej ich wolności politycznej. A rozbiciem tych ześrodkowanych narzędzi produkcji na drobne odłamy dzisiaj już tylko pewną część kwestii społecznej załatwi można, a i tę tylko niezupełnie i tymczasowo. Przeważna część naszych narzędzi produkcji coraz bardziej oddala się od prostego typu łanów wiejskich, które bez szkody można rozbić na działki. Rozkawałkować na drobne części tartaki, cegielnie, młyny parowe, mleczarnie parowe, cukrownie, huty żelazne, rafinerie nafty, przędzalnie, zakłady tkackie, fabryki maszyn, koleje — to chybaby znaczyło zburzyć je i zniszczyć do szczętu. Wobec niemożliwości więc równomiernego wyposażenia wszystkich członków społeczeństwa w indywidualne warsztaty pracy, jedynym wyjściem zgodnym z demokracją jest własność zbiorowa. Innymi słowy: jedyną konsekwentną demokracją jest dzisiaj socjalizm. Demokracja polityczna jest dzisiaj tylko obietnicą równości, obietnicą wolności i dobrobytu dla wszystkich; dopiero socjalizm jest spełnieniem tej obietnicy.

Ale i na odwrót: istotą współczesnego socjalizmu jest demokracja, konsekwentnie rozwinięta i dostosowana do współczesnych warunków ekonomicznych. Bez demokracji niema socjalizmu. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy szlachetni marzyciele mogli się łudzić snami o socjalizmie, narzuconym ludowi z woli mądrego a sprawiedliwego despoty! Minęły i te czasy, kiedy młodociana myśl socjalistyczna, nie otrząsnąwszy się jeszcze ze wspomnień wielowiekowej niewoli, błąkała się po manowcach rewolucji pałacowych lub stołecznych, rewolucji oświeconych mniejszości, które wzorem oświeconych despotów osiemnastego stulecia miały większości narodu narzuci swą wolę. Wiemy dzisiaj wszyscy, że tylko z samowładztwa całego narodu, tylko z samoprawności obywatelskiej każdego członka narodu z osobna wykwitnąć może socjalizm. A zatem wszystko, co się sprzeciwia demokracji, sprzeciwia się socjalizmowi.

Raz stwierdziwszy tę kardynalną zasadę, możemy się śmiało wyrzec wszelkich pretensji do ekonomicznego uzasadniania praw narodowych. Wystarcza stawić pytanie: czy demokracja może współistnieć z najazdem? Odpowiedź nie będzie trudną. Demokracja polega na tym, że jedynym zwierzchnikiem narodu jest sam naród. Jeśli tak ma być istotnie, to albo musi ogół członków narodu wykonywać władzę polityczną osobiście (jak przy bezpośrednim prawodawstwie ludowym, istniejącym w Szwajcarii, a stojącym w programie prawie wszystkich współczesnych partii socjalistycznych), albo też naród sprawuje swoją władzę przez wybranych zastępców, pozostających pod kontrolą narodu i przed nim odpowiedzialnych. Aby ta kontrola była możliwą i skuteczną i aby ta odpowiedzialność była czymś więcej niż pustym frazesem, na to trzeba przede wszystkim, żeby wszelkie urzędowanie odbywało się w języku ojczystym mas ludowych. Po drugie trzeba na to, żeby ci ludzie, w których się uosabia cywilna władza państwowa, a mianowicie urzędnicy i sędziowie, byli synami narodu, żeby język ojczysty mas ludowych był ich językiem ojczystym, żeby dokładnie znali i rozumieli skłonności i potrzeby ludu; tylko takie urzędnictwo i sądownictwo, które wzrasta bezpośrednio z szerokich mas ludowych i pozostaje z nimi w stałej styczności życiowej, a nie tylko urzędowej, może istotnie wiernie wykonywać wolę ludu. Po trzecie zaś trzeba, żeby pomiędzy narodem a wykonawcami jego woli nie było żadnej przepaści kulturalnej; żeby owe skarby wiedzy i kultury politycznej, którymi się posiłkują urzędnicy przy urzędowaniu, a sędziowie przy sprawowaniu wyroków, nie były zamknięte w niezrozumiałych dla ludu księgach ezoterycznych. Niezbędną przesłanką demokracji politycznej i społecznej jest więc demokratyzacja kultury. W ustroju demokratycznym językiem literackim i naukowym musi więc być język ojczysty ludu; na ten język przetłumaczoną musi być wszelka wiedza i kultura, która w ogóle istnieje w narodzie, ten język powinien by językiem wykładowym wszelkiego szkolnictwa od szkółek froblowskich aż do uniwersytetu. Po czwarte trzeba, żeby ci ludzie, w których się uosabia bojowa potęga państwa, mianowicie żołnierze i oficerowie, byli synami narodu, czyli raczej, żeby naród sam był tą potęgą bojową. Innymi słowy, wojskiem demokracji jest obywatelska obrona krajowa, czyli milicja, złożona ze wszystkich fizycznie zdolnych członków narodu, od młodu wyćwiczonych w użytku broni, mających broń w domu i powoływanych w szeregi w razie potrzeby. Oficerów wybierają szeregowcy; językiem komendy jest, ma się rozumieć, język ojczysty szeregowców. Niema mowy o tym, żeby ci obywatele-żołnierze pełnili służbę poza krajem, chyba w czasie wojny, kiedy to napaść bywa najlepszą obroną; ale też niema mowy o tym, żeby na terenie republiki demokratycznej istniały obce załogi. Niema mowy o tym, żeby milicja pełniła służbę wśród ludności obcej; nie mając z tą ludnością owej ciągłej i bliskiej styczności, jak ze swojską, przestałaby być naprawdę milicją i stałaby się czymś na kształt zwyczajnego wojska, które rząd może używać do tłumienia opozycji w kraju. Wreszcie trzeba także, żeby tak samo jak urzędnicy, sędziowie i oficerowie, swojskimi byli i bezpośrednio z szerokich mas narodu wyrastali i ci urzędnicy, którzy dla dobra kraju czynni są poza krajem: dyplomaci i konsule. Gdyby jeszcze trzeba było dowodu na to, jaskrawego dowodu dostarczałaby najnowsza historia Norwegii.

Streśćmy się. Dla urzeczywistnienia demokracji trzeba więc: swojskiego języka urzędowego, swojskich urzędników i sędziów, swojskiego szkolnictwa, swojskiej siły zbrojnej, swojskich dyplomatów i konsulów.

Czyżby się ta cała litania nie dała wyrazić jednym słowem? Owszem, jest takie słowo. Niezbędną przesłanką demokracji jest — swojskie państwo.

Może kto ma ochotę odpowiedzieć mi, że przecież właśnie demokratyczna Szwajcaria jest państwem trójnarodowym, niemiecko-francusko-włoskim?

Dla odparcia tego zarzutu wystarczy przypomnieć, że cała Szwajcaria ma trzy miliony mieszkańców, a zatem mniej więcej tyle co dwie gubernie Królestwa Polskiego, warszawska i piotrkowska; że mimo tej niewielkiej liczby ludności Szwajcaria jest federacją dwudziestu pięciu republik; że Włosi szwajcarscy, których ogółem jest dwieście tysięcy, mają swój osobny kanton (tesyński), za Francuzi szwajcarscy, których ogółem jest siedemset tysięcy, a zatem niewiele więcej, niż Litwinów w suwalskiej guberni, mieszkają głównie w pięciu kantonach wyłącznie lub przeważnie francuskich (genewski, wodejski, fryburski oraz Neufchatel i Wallis), mają więc pięć sejmów dla siebie; że konstytucja szwajcarska uznaje trzy języki państwowe, niemiecki, francuski i włoski, i te same trzy języki są językami urzędowymi parlamentu centralnego; że rękojmią równouprawnienia mniejszości narodowych w Szwajcarii jest sąsiedztwo dwóch potężnych państw narodowych: Francji i Włoch, które by każdej chwili mogły przyjść w pomoc swoim rodakom w Szwajcarii, gdyby im się działa jakaś poważna krzywda; że wreszcie mimo to wszystko właśnie ta trójnarodowość jest dla demokracji szwajcarskiej bardzo ciężką kulą u nogi. Albowiem Francuzi szwajcarscy żywią zaciętą nieufność do władz centralnych w Bernie, jako do władz niemieckich; tą wiecznie czujną, wiecznie drażliwą nieufność ustawicznie koić trzeba ustępstwami przy obsadzaniu posad — ustępstwami, które nieraz juz wprost na niesprawiedliwy przywilej zakrawają. To też w parlamencie, i przy bezpośrednim głosowaniu ludowym niejedna postępowa ustawa upada, bo z wstecznikami z pośród Niemców połączyli się wszyscy Francuzi; a połączyli się dlatego, że boją się jak ognia wszelkiego rozszerzenia zakresu działalności władz centralnych. Oto dlaczego w Szwajcarii nawet w takich wypadkach, gdzie pewne minimum centralizacji jest po prostu niezbędne, o to minimum tak ciężkie walki stacza trzeba. Cierpią z tego powodu szczególnie reformy społeczne. Tak więc przykucie do większości innoplemiennej nawet tak światły, wysoce kulturalny żywioł, jak Francuzów szwajcarskich, spycha na drogę reakcji w sprawach ogólno-państwowych. Gdyby się Francuzi szwajcarscy przyłączyli do Francji, a Włosi do Włoch, to w pozostałej Szwajcarii jednonarodowej demokracja daleko żwawiej by się rozwijała i daleko szybciej napełniałaby się treścią socjalistyczną.

Ale może mi kto jako przykład demokratycznej federacji różnych narodów, połączonych a jednak nie uciśnionych, zacytuje Stany Zjednoczone Ameryki północnej? Może właśnie Ameryka jest wzorem owej federacji wolnych z wolnymi, równych z równymi, która dzisiaj niektórym sympatycznym optymistom wydaje się rzeczą tak łatwą do zrobienia, jak ulepienie garnka?

Istotnie, ślicznie na tej federacji wyszli innoplemieńcy. Ślicznie na niej wyszli Indianie, przyjęci na współwyznawców przez kościół chrześcijański, a jednak gnani od przytułku do przytułku, ustawicznie łudzeni uroczystymi obietnicami, które nieustannie łamano, wyzyskiwani do krwi przez nieuczciwych urzędników, z dawnych urodzajnych siedzib przenoszeni coraz dalej na zachód, na tereny coraz gorsze, w końcu kordonem wojskowym zamknięci na najodludniejszych, najstraszniejszych pustkach, gdzie dla szyderstwa kazano im się zaprawiać w rolnictwie, wreszcie prowokowani do buntów i wyrzynani! Ślicznie na tej federacji równych z równymi wyszli Murzyni, po wojnie domowej, rzekomo o ich wyzwolenie prowadzonej, uroczycie uznani jako równouprawnieni obywatele wolnej republiki amerykańskiej w r. 1865, ale już dziesięć lat później usunięci od rządów przez zbrojną kontrrewolucję, a odtąd wyzuci z praw politycznych przez ustawy wyjątkowe i jawne bezprawie, tropieni jak zwierzyna i paleni żywcem! I dziwnie, bardzo dziwnie też wyszli na tej federacji równych z równymi mieszkańcy Nowego Meksyku, chrześcijańscy, cywilizowani Hiszpanie, dawno przed osadnikami angielskimi praktykujący sztuczne nawodnienie pól. Gdyby przestrzegano konstytucję i względem innoplemieńców, Nowy Meksyk już od kilkunastu lat powinien by być nie terytorium, absolutystycznie rządzonym przez biurokrację nadesłaną z Waszyngtonu, tylko autonomicznym stanem z odrębnym sejmem i wybranym przez ludność rządem krajowym. Wszak według konstytucji amerykańskiej każde terytorium staje się stanem w chwili, kiedy się w nim znajduje 60.000 dorosłych obywateli, uprawnionych do głosowania. Nadto ten paragraf konstytucji niejednokrotnie łamano na korzyść terytoriów bardzo słabo zaludnionych, ale zaludnionych przez Anglosasów. Tak w r. 1890 łączna liczba całej ludności (a więc nie tylko dorosłych mężczyzn, lecz mężczyzn, kobiet i dzieci razem) wynosiła w Montana dopiero 131.769 głów, w Idaho 84.385, w Wyoming 60.761, w Nevada nawet tylko 45.761. Żaden z tych krajów nie posiada więc przepisanej liczby minimalnej obywateli. Mimo to terytoria Montana i Wyoming już w r. 1889 uznane zostały za autonomiczne stany, a najpóźniej w r. 1892 już i Idaho i Nevada figurują pomiędzy stanami. Natomiast Nowy Meksyk, mimo że już w r. 1890 miał niemniej jak 144.862 mieszkańców, jeszcze w r. 1902 by terytorium, pozbawionym praw autonomicznych. Przyczyn tej nierównomierności już w r. 1892 całkiem jasno wskazał Elizeusz Reclus, stwierdzając, że Nowy Meksyk doznaje takiej krzywdy „niewątpliwie z powodu narodowości hiszpańskiej swoich mieszkańców, których się wbrew konstytucji traktuje jako obcych.” Co się zaś tyczy przybyszów włoskich, polskich, litewskich, słowackich, węgierskich, żydowskich, od których się roi w Nowym Jorku i w innych wielkich miastach amerykańskich, to przecież wiadomo, że znaczną część tych przybyszów stanowią wychodźcy czasowi, którzy zaoszczędziwszy nieco grosza, wracają do kraju rodzinnego; ci naturalnie w życiu politycznym Ameryki żadnego poważnego udziału nie biorą, chociażby dlatego, że nie nabywają obywatelstwa amerykańskiego. Natomiast ci z pośród przybyszów, którzy na zawsze zostają w Ameryce, o tyle tylko względnie nieźle wychodzą na konstytucji amerykańskiej, o ile wyrzekaj się samoistnego bytu politycznego i wsiąkają w panującą narodowość anglosaską; to też ta asymilacja odbywa się ze zdumiewającą szybkością. Niewątpliwie Ameryka daje swoim obywatelom bardzo dużo swobód, ale daje te swobody — swoim, przy czym w doborze tych przybyszów, których gotowa jest uznać za swoich, staje się z roku na rok coraz wybredniejszą. Wszelka zaś próba owładnięcia którymkolwiek ze stanów lub terytoriów celem utworzenia społeczeństwa o typie obcym, nie anglosaskim i nie amerykańskim, byłaby niemiłosiernie stłumiona, jak stłumione zostały nie tylko aspiracje Murzynów w latach siedemdziesiątych, ale tak samo i aspiracje Mormonów do utrwalenia swojej odrębności kulturalnej i politycznej w kraju Utah, mimo że ci pracowici sekciarze, uchodząc przed krwawym prześladowaniem, zastali kraj poza Górami Skalistymi jako odludną pustynię kamienną, a żelazną energią i mrówczą łącznością swoją przemienili go na uśmiechniętą krainę złotych łanów pszennych. A jednak w tym swoim własnym kraju, pracą ich rąk z niczego stworzonym, Mormoni zostali ujarzmieni zbrojną przemocą i znosić muszą ucisk religijny. Nie obroniła więc Mormonów tożsamość języka, nie obroniło ich pokrewieństwo rasowe; przeobrażeni sugestią religijną swoich proroków na typ nowy, odrębny, sprzeczny z ogólnymi założeniami życia amerykańskiego, ci znakomici pionierzy osadnictwa zostali potraktowani jako wrogowie i zgnębieni.

Słowem, przykład Ameryki uczy nas, że federacja jest bardzo dobrą rzeczą dla jednoplemieńców, natomiast dla różnoplemieńców rzeczą złą. Uczy nas, że federacja między różnoplemieńcami staje się niechybnie płaszczykiem gnębienia słabszej strony przez silniejszą — nawet na tak wysokim poziomie oświaty i kultury, na jakim stoi Ameryka; nawet w owym klasycznym kraju tolerancji, za który Ameryka pod wieloma względami słusznie uchodzi.

Prawda pozostaje więc prawdą: niezbędną przesłanką demokracji jest swojskie państwo. Innymi słowy, niezbędną przesłanką utrwalenia demokracji jest zdobycie niepodległości obszarów narodowych.

W zastosowaniu do kwestii polskiej znaczy to: niezbędną przesłanką utrwalenia demokracji w Polsce jest wywalczenie niepodległości trójzaborowej Polski w granicach etnograficznych. A ponieważ bez demokracji niema socjalizmu, więc wywalczenie niepodległości trójzaborowej Polski w granicach etnograficznych jest niezbędną przesłanką urzeczywistnienia socjalizmu w Polsce.

 

 

Władysław Gumplowicz, Kwestya polska a socyalizm, Warszawa 1908, s. 18-27

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Niepodległościowy socjalizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.