Gumplowicz: Marks i Engels a odbudowanie Polski historycznej (1908)

Twórcy tej teorii, która dzisiaj większość socjalistów wszystkich krajów liczy do swoich zwolenników, Karol Marks i Fryderyk Engels, za niezbędną część składową rewolucyjnej polityki proletariatu uważali odbudowanie Polski w historycznych jej granicach z r. 1772, przed pierwszym podziałem. Przekonanie, że odbudowanie takiej Polski jest i pożądanym, i możliwym, i koniecznym, kiełkowało w umysłach Marksa i Engelsa niemal jednocześnie z teorią ekonomiczno-społeczną, która unieśmiertelniła ich nazwiska; a raz powziąwszy to przekonanie, obaj pozostali mu wierni aż do śmierci, Marks przez trzydzieści osiem lat, Engels przez pół wieku. Ogromne przewroty polityczne i ekonomiczne w Polsce i krajach sąsiednich, za którymi bacznie śledzili, nie zdołały zachwiać ich przekonania. „Polska musi mieć rozległość co najmniej z 1772 r., musi posiadać nie tylko dorzecza, ale i ujścia swych wielkich rzek, oraz przynajmniej nad morzem Bałtyckim wielki pas wybrzeża” — tak pisał Marks w „Nowej Gazecie Nadreńskiej” w sierpniu 1848, dziewięć miesięcy po napisaniu „Manifestu komunistycznego”. Kiedy w r. 1863 ponownie wybucha powstanie polskie, Marks wchodzi w układy ze zdetronizowanym, żyjącym na wygnaniu w Paryżu księciem brunszwickim celem użyczenia polskim powstańcom jego składu broni; układy te rozbiły się tylko o niemożliwe warunki, które stawiało to opętane pychą dynastyczną monarszątko. W r. 1866, Engels pisze w angielskim czasopiśmie „The Commonwealth” (Dobro publiczne): „Gdziekolwiek klasy robotnicze wzięły samodzielny udział w ruchach politycznych, tam — od samego początku — ich polityka zagraniczna wyrażała się w tych dwu słowach — Odbudowanie Polski. Tak było z ruchem czartystów, dopóki istniał; to samo tyczy się robotników francuskich na dugo przed 1848 r., jak równie i w ciągu tego pamiętnego roku, gdy 15 maja poszli do Zgromadzenia Narodowego z okrzykiem „Vive la Pologne!” (Niech żyje Polska!). Tak było w Niemczech, gdy w 1848 i 49 r. pisma robotnicze – żądały wojny z Rosją dla odbudowania Polski. To samo jest nawet i dziś (z jednym wyjątkiem, o którym niej mówimy); klasy robotnicze Europy jednogłośnie żądają odbudowania Polski, a to żądanie jest nieodłączną częścią ich programu politycznego i najbardziej dobitnym wyrazem ich polityki zagranicznej”. W tym samym artykule Engels nadzwyczaj stanowczo zaznacza, że chodzi nie o wyzwolenie Polski etnograficznej tylko, ale o odbudowanie Polski historycznej, do której by po dawnemu należały i ziemie rdzennie litewskie, i białoruskie, i ukraińskie: tego oświadczenia, o ile mi wiadomo, Engels nigdy nie odwołał. W r. 1871, po upadku Komuny paryskiej, Marks ostro gani Napoleona III jego ministrów za to, że mimo przyrzeczeń zgoła nic nie zrobili dla odbudowania Polski, a natomiast chwali komunę za jej przyjaźń dla Polaków: „Thiers, burżuazja, drugie cesarstwo ustawicznie oszukiwali Polsk głośnymi obietnicami pomocy, podczas gdy w rzeczywistości zdradzali ją na rzecz Rosji i brudnym interesom Rosji służyli. Komuna za uczciła bohaterskich synów Polski, stawiając ich na czele obrony Paryża”. W r. 1874 Engels pisze w niemieckim organie partyjnym socjalno-demokratycznym „Volksstaat” („Państwo ludowe”), że odbudowanie Polski „jest koniecznością; jest ono nią szczególnie dla dwóch ludów: Niemców i samych Rosjan.” W r. 1881 Marks i Engels otrzymawszy od Waryńskiego i innych wydawców „Równości” genewskiej list o tendencji doktrynersko-antypolskiej, w odpowiedzi wskazują na wybitny udział Polaków w walkach o wolno po obu stronach oceanu od czasu, kiedy „Kościuszko walczył obok Waszyngtona” aż do chwili kiedy, niemal sto lat później, „przed sądem wojennym w Wersalu, dosyć było nazywać się Polakiem, by zostać rozstrzelonym”, i kończą wznowieniem starego okrzyku: „Niech żyje Polska!” W r. 1892, w przedmowie do drugiego polskiego wydania Manifestu komunistycznego, Engels pisze, że niepodległość Polski „może by wywalczoną tylko przez młody proletariat polski, a w jego rękach jest bezpieczną. Albowiem robotnicy całej pozostałej Europy potrzebuj niezależności Polski równie, jak sami polscy robotnicy”.

Niema więc co owijać w bawełnę. Obaj twórcy marksizmu, obaj mistrzowie międzynarodowej socjalnej demokracji od lat młodzieńczych niemal aż do starości byli zwolennikami odbudowania państwa polskiego w historycznych jego granicach z przed pierwszego podziału. A to odbudowane państwo nie miało być żadną federacją polsko-litewsko-białorusko-ukraińską, tylko po prostu państwem polskim. Innymi słowy: Marks i Engels chcieli nam dać daleko więcej, niżbyśmy sami gotowi byli wziąć. Gdyby bowiem projekt odbudowania takiego państwa polskiego — nie jako propozycję taktyczną, dającą się lub nie dającą się urzeczywistnić z przyczyn praktycznych w chwili bieżącej, tylko jako postulat zasadniczy — poddano powszechnemu głosowaniu członków dzisiejszej Polskiej Partii Socjalistycznej, toby na stu naszych towarzyszów partyjnych dziewięćdziesięciu dziewięciu bez namysłu odrzuciło ten projekt jako mrzonkę nacjonalistyczną, niezgodną z prawem każdego narodu do stanowienia o swoim własnym losie. Setny zaś towarzysz może by po niejakim wahaniu powiedział: „Ano, jeśli Ukraińcy, Białorusini i Litwini sami zechcą wejść z nami w federację jako równi z równymi, to i owszem ; ale zmusza ich nie mamy prawa….”

Cóż więc począć z poglądem Marksa i Engelsa na kwestię polską? Trzeba sobie przecież jakoś zdać sprawę z tego, dlaczego Marks i Engels byli bardziej polonofilami, niż my sami. Albowiem po prostu ruszyć ramionami i powiedzieć: „to nas nic nie obchodzi, Marks i Engels to durnie!” a w najbliższej chwili znów po staremu wielbić tego samego Marksa i tego samego Engelsa jako „twórców socjalizmu naukowego” i posługiwać się metodą przez nich stworzoną, jako jedynie prawdziwą metodą myśli socjalistycznej — to przecież sprzeczność wprost potworna. Oczywista, nieomylnymi i Marks i Engels nie byli, i za nieomylnych ich te żaden myślący marksista nie uważa. Niemniej jednak fakt, że dwaj wodzowie socjalistyczni tej miary, co Marks i Engels, przez pół wieku wytrwale głosili konieczność odbudowania Polski historycznej, jest faktem godnym uwagi nie tylko każdego marksisty, ale każdego socjalisty w ogóle, chociażby kierunku wyraźnie niemarksowskiego. Można się na ten pogląd Marksa i Engelsa nie godzi, ale bądź co bądź należy go wytłumaczyć – chyba żebyśmy cały marksizm mieli już nie złożyć do archiwum, ale po prostu wyrzucić na śmiecie.

Otóż wytłumaczenie nie będzie zbyt trudne, jeżeli za punkt wyjścia weźmiemy metod Marksa i Engelsa. A ta metoda Marksa i Engelsa — to przede wszystkim metoda badania rozwoju; metoda odszukiwania rozwoju i przeobrażeń wszędzie, nawet tam, gdzie inni dopatrywali się praw odwiecznych, niezmiennych na wszelkie czasy. Z szyderstwem odrzucając argumentacje tych socjalistów, którzy, jak np. Proudhon, opierali żądania socjalistyczne na „odwiecznych, niezmiennych” pojęciach w rodzaju „wiecznej sprawiedliwości”, Marks za podstawę swoich wywodów brał pojęcia historyczne, jak feudalizm, kapitalizm, burżuazja, proletariat – pojęcia, które bynajmniej odwiecznymi ani niezmiennymi nie są, ale przeciwnie, dają się stosować dopiero wtedy, gdy dane społeczeństwo weszło w pewną określoną fazę rozwoju. Głosząc, że „historia wszystkich dotychczasowych społeczeństw jest historią walk klasowych”, Marks i Engels bynajmniej nie łudzą się, jakoby ustrój klasowy by zawsze i wszędzie jeden i ten sam; przeciwnie, od razu przechodzą do wyliczania różnych typów ustroju klasowego: „W starożytnym Rzymie widzimy patrycjuszów, rycerzy, plebejuszów, niewolników; w wiekach średnich mamy panów feudalnych, wasalów, majstrów cechowych, czeladź, poddanych”… Co więcej, Marks sobie doskonale uświadamia, że nie tylko w różnych okresach czasu istniały różne typy ustroju klasowego, ale że te różne typy ustroju klasowego mogą istnieć współcześnie w różnych krajach. Jeszcze w r. 1867 Marks, przeciwstawiwszy pracę pańszczyźnianą pracy najemnej, stwierdza, że wprawdzie wyzysk jest wszędzie, ale że wyzysk dopiero wyjątkowo występuje w formie kapitalistycznej. Jeżeli więc kapitalizm by na razie dopiero wyjątkową formą wyzysku, to i walka przeciw kapitalizmowi mogła być na razie dopiero wyjątkową formą walki rewolucyjnej. Podczas gdy więc rewolucyjne partie robotnicze, walczące z hasłami socjalizmu na ustach przeciwko panowaniu kapitalistycznej burżuazji, mogły się na szerszą skalę tworzyć na razie dopiero tam, gdzie ta burżuazja istotnie już panowała, a zatem około 1848 r. dopiero w Anglii, Belgii, Francji, a na mniejszą skalę także w ośrodkach przemysłu owych krajów środkowo-europejskich, gdzie, jak w Niemczech, burżuazja dopiero zaczynała dążyć do panowania — wrogiem rewolucji europejskiej była nie tylko reakcja kapitalistyczno-burżuazyjna, we Francji lub Anglii, ale cała reakcja europejska, reprezentowana w większości wypadków przez klasy i potęgi przedkapitalistyczne: teokratyczne, absolutystyczne albo feudalne. Ustosunkowanie sił mogło się więc wydawać wprost beznadziejnym, o ile obok socjalistycznego proletariatu nie było żadnych innych sił rewolucyjnych; tak jednak na szczęście nie było. Przeciw owym reakcyjnym potęgom przedkapitalistycznym walczyły rewolucyjne partie przedsocjalistyczne. Przeciw świeckiemu panowaniu papieża we Włoszech walczyli republikanie włoscy, przeciw absolutyzmowi pruskiemu i feudalizmowi pruskiej szlachty walczyli mieszczańscy demokraci niemieccy, przeciwko klerykalnemu absolutyzmowi Habsburgów walczyli narodowcy węgierscy. To też, jak wiadomo, w tych wszystkich partiach, wyrosłych na ekonomiczno-społecznym podłożysku przedkapitalistycznym i walczących pod przedsocjalistycznymi hasłami, Marks i Engels upatrywali sprzymierzeńców proletariatu — wprawdzie po części przyszłych przeciwników, niemniej jednak na razie sprzymierzeńców, i to niezbędnych. Z tego przeświadczenia wypływa owa płomienna nienawiść, z którą Marks i Engels zwalczali różne socjalizmy „niepolityczne”, jak na przykład tak zwanych „socjalistów prawdziwych” w Niemczech, którzy nie uznawali walki z absolutyzmem, twierdząc, że to całkiem wszystko jedno, kto uciska robotników, czy samowładny król z bożej łaski, czy liberalni mieszczanie; nie skrajnych rewolucjonistów widzieli Marks i Engels w tych „niepolitycznych” opłakiwaczach doli robotniczej, tylko fagasów reakcji monarchistycznej. Z tego samego przeświadczenia wypływają powszechnie znane wskazówki polityczne, dane robotnikom w ostatnim rozdziale manifestu komunistycznego, zatytułowanym „Stanowisko komunistów wobec rozmaitych partii opozycyjnych”.

Ale Niemcy, Włochy, Węgry — to te jeszcze nie cała Europa. Do czynników, uwsteczniających wszelki rozwój polityczny w Europie i tłumiących wszelki ruch wolnościowy, należała także reakcja austriacka, oparta w pierwszym rzędzie na zacofaniu i ciemnocie ludów słowiańskich w Austrii, przede wszystkim zaś reakcja carska. A ta reakcja carska nie tylko w swej formie urzędowej gnębią Rosję i Polskę, ale jednocześnie w swej formie demagogiczno-panslawistycznej nurtowała wśród Słowian austriackich i węgierskich, tudzież z bardzo pomyślnym skutkiem szukała punktów oparcia pośród Słowian tureckich. Zanosiło się więc, tak się wydawać mogło, na przekształcenie całej Słowiańszczyzny od morza Białego a po morze Greckie, od Wołgi aż po Czeski las na jedną olbrzymią twierdzę reakcji, skąd lada chwila wypaść mogły armie całe, przeznaczone do zgniecenia wszystkiego, co się na zachodzie Europy rwało do wolności. A przy tym ustrój społeczny krajów słowiańskich by jak najwyraźniej przedkapitalistycznym. Przemysł fabryczny albo wcale nie istniał, albo, jak w Polsce oraz w Czechach i na Morawach, istniał dopiero w skromnych rozmiarach, i bardzo daleko mu jeszcze było do stania się decydującym czynnikiem w kraju; natomiast ogromną większość ludności prawie wszędzie stanowili chłopi pańszczyźniani. Te masy chłopskie jęczały pod potrójnym jarzmem klerykalizmu, absolutyzmu i feudalizmu, ale przeciwko temu potrójnemu ciężkiemu jarzmu te wielomilionowe masy pracowitych rolników słowiańskich nie buntowały się, tylko znosiły je biernie — albo jeśli się buntowały, to wpadały we wszędzie czyhające sidła demagogii carsko-panslawistycznej, lub te metternichowskiej. Gdzie więc była ta rewolucyjna siła, która miała wyzwoli Słowiańszczyznę, a zarazem wyzwolić Europę zachodnią i Węgry od wiecznie grożącego niebezpieczeństwa reakcji słowiańskiej? Nieprzejednani wobec wszelkiego kumania się z reakcją monarchistyczną, Marks i Engels nie mogli upatrywać siły tej w rewolucji czeskiej; skrajnie nieufni wobec wszystkiego, co chociażby z daleka przypominało panslawizm carski, wprost wrogo odnosili się do demokratyczno-panslawistycznych poglądów Bakunina i innych. O stosowaniu zaś proletariackiego socjalizmu do krajów czysto rolniczo-feudalnych mowy być nie mogło. Natomiast właśnie jako „marksistom”, jako wyznawcom materializmu dziejowego ogromnie Marksowi i Engelsowi do przekonania trafić musiał agrarno-rewolucyjny program Lelewela i Mierosławskiego. Znieść feudalizm, zdemokratyzować własność ziemską, i na tej podstawie zbudować polityczną demokrację, która by w przyszłości mogła się stać punktem wyjścia dla nowoczesnego rozwoju ku socjalizmowi — oto klucz zagadki nie tylko dla Polski, ale dla całej Słowiańszczyzny od Alp do Uralu. A taki właśnie by program polskich powstańców; taki program w r. 1846 w czyn wprowadził rząd narodowy na ziemi krakowskiej. Z logiczną koniecznością więc Marks i Engels uzna musieli w polskich powstańcach siłę rewolucyjną, powołaną do wstrząśnięcia całym wschodem Europy: z logiczną koniecznością uznać musieli Polaków za naród rewolucyjny, któremu przyszłość prześwietną wróżyć musiał, ktokolwiek wierzy w przyszłość rewolucji.

Ten właśnie pogląd: że Polska zmartwychwstanie wielka i potężna, bo Polska jest inicjatorką rewolucji agrarnej – całkiem niedwuznacznie wyraża się w pismach Marksa i Engelsa z lat 1847—48. Znane są słowa Manifestu komunistycznego:

„Pośród Polaków komuniści popieraj tą partię, która rewo1ucję agrarną czyni warunkiem wyzwolenia narodowego, tę samą partię, która powołała do życia powstanie krakowskie 1846 r.”

Dnia 1 sierpnia 1848 roku Marks pisze w Nowej Gazecie Nadreńskiej:

„Rozbiór Polski przyszedł do skutku dzięki sojuszowi wielkiej arystokracji feudalnej w Polsce z trzema mocarstwami rozbiorowymi Nie był objawem postępu, jak twierdzi eks-poeta pan Jordan, by raczej ostatnią ucieczką dla wielkiej arystokracji, chcącej ratować się przed rewolucją, był faktem na wskroś reakcyjnym”.

„Całkiem naturalnie skutkiem już pierwszego rozbioru było przymierze pozostałych klas, tj. szlachty, mieszczaństwa, a po części i chłopów, przymierze skierowane zarówno przeciwko najeźdźcom Polski, jak przeciwko wielkiej arystokracji własnego kraju. Jak dobrze rozumieli Polacy już wówczas, że ich niezależno wewnętrzna nierozłącznie związaną jest z obaleniem arystokracji i reformą agrarną wewnątrz kraju, tego dowodzi konstytucja 1791 r.”

„Wielkie kraje rolnicze między Bałtykiem a morzem Czarnym mogą się wyzwoli z barbarzyństwa patriarchalno-feudalnego tylko przez rewolucję agrarną, która chłopów poddanych lub pańszczyźnianych przemieni na wolnych właścicieli ziemi, rewolucję, która będzie zupełnie tak sam, jak francuska rewolucja 1789 r. była na wsi. Polski naród ma zasługę, że pierwszy pomiędzy swoimi rolniczymi sąsiadami ogłosił tę zasadę. Pierwszą próbą reformy była konstytucja 1791 r. ; w powstaniu 1830 r. Lelewel ogłosi rewolucję agrarną za jedyny środek do uratowania kraju, ale sejm uzna to zbyt późno; w powstaniach 1846 i 1848 r. otwarcie ją proklamowano.”

„Od chwili ujarzmienia Polacy zaczęli występować rewolucyjnie, a przez to jeszcze silniej spoili swoich ujarzmicieli z kontrrewolucją. Zmusili najeźdźców do podtrzymywania stosunków patriarchalno-feudalnych nie tylko w Polsce, lecz równie i w innych krajach do nich należących. Szczególnie zaś od czasu powstania krakowskiego w 1846 r. walka o niepodległość Polski jest zarazem walką demokracji agrarnej — jedynej demokracji w Europie wschodniej możliwej — przeciwko patriarchalno-feudalnemu absolutyzmowi.”

Dnia 25 sierpnia tegoż 1848 roku pisze Marks w tej samej „Nowej Gazecie Nadreńskiej,” polemizując ponownie z tym samym Wilhelmem Jordanem, poetą i doktrynerem pangermańskim:

„Na czym polegała nieubłagana żelazna konieczno, która chwilowo zniszczyła Polskę? Na upadku demokracji szlacheckiej, opartej na poddaństwie chłopów — to znaczy, że owa konieczność polegała na rozwoju wielkiej arystokracji wśród szlachty. Było postępem, o ile było jedyną drogą do wyjścia ze stanu już przestarzałej demokracji szlacheckiej. Co z tego wynikło? Że żelazna stopa historii, to znaczy że trzej samowładcy Wschodu zgnietli Polskę. Arystokracja zmuszoną była do przymierza z zagranicą, by dać sobie radę z demokracją szlachecką. Arystokracja polska pozostała do niedawna, ba, po części do dziś, rzetelnym sojusznikiem miażdżycieli Polski.”

„A na czym polega nieubłagana, żelazna konieczność, że Polska się na powrót wyzwoli? Na tym, że panowanie arystokracji w Polsce, które od 1815 r. przynajmniej w Poznańskiem i w Galicji, a po części nawet i w zaborze rosyjskim nie przestało istnieć, jest dzisiaj tak samo przeżytym i podminowanym jak w r. 1772 demokracja drobnej szlachty; na tym, że urzeczywistnienie demokracji agrarnej stało się dla Polski kwestią życia i śmierci nie tylko pod względem politycznym, ale i społecznym; na tym, że rolnictwo, to źródło bytu narodu polskiego, zginie, jeżeli chłop poddany lub pańszczyźniany nie stanie się wolnym właścicielem ziemi; na tym, że rewolucja agrarna jest niemożliwą bez współczesnego zdobycia bytu narodowego, bez posiadania wybrzeża bałtyckiego i ujść rzek polskich.”

„I to nazywa pan Jordan z Berlina usiłowaniem wstrzymania w biegu koła historii i cofnięcia go wstecz!”

„Istotnie, stara Polska demokracji szlacheckiej od dawna umarła i jest pogrzebaną, i tylko taki pan Jordan może się spodziewać, że ktoś chce odrobić „prawdziwą tragedię” tej Polski; ale ta „bohaterka” tragedii zrodziła dziarską córkę, której bliższa znajomość co prawda, może istotnie strachem przejąć niejednego fircykowatego literata berlińskiego. A córką tą, która dopiero przygotowuje się do wystawienia własnego dramatu i do chwycenia w swe ręce „biegnącego koła historii,” ale której zwycięstwo jest pewne — córką tą jest Polska demokracji włościańskiej.”

Wreszcie dnia 2. wrzenia 1848 r. Marks w tej samej gazecie polemizuje przeciw demokracie Ruge’mu, któremu zarzuca, że opiera swoje polonofilstwo na zbyt płytkich argumentach. Ruge mówi: „Zgładzenie Polski dlatego jest sromotną krzywdą, bo stłumiono drogocenny rozwój narodu, który ma wielkie zasługi względem europejskiej rodziny ludów, a jedną z faz życia średniowiecznego, rycerstwo doprowadził do świetlanego rozwoju. Republice szlacheckiej despotyzm przerwał pracę własnego jej, samorodnego unicestwiania się, umożliwionego przez konstytucję, zapoczątkowaną w czasach rewolucji”. Na to Marks odpowiada, że mniej więcej to samo, co Ruge mówi o narodzie polskim, można by także powiedzieć o narodzie prowansalskim, czyli południowo-francuskim; a jednak ten naród, który niegdyś tak samo kulturą swą górował nad Francuzami północnymi, jak Polacy nad Rosjanami, został pochłonięty przez naród północno-francuski i niema już żadnej przyszłości. Ale z Polską całkiem inna sprawa:

„Na czym więc polega”‚, pisze Marks dalej, „różnica między Polakami a Prowansalczykami? Dlaczego Francję południową przykuli Francuzi północni do swego rydwanu, jako martwy ciężar i całkowicie zniszczyli jej narodowość, gdy tymczasem Polacy mają wszelkie ku temu widoki, by bardzo rychło stanąć na czele wszystkich plemion słowiańskich?”

„Francja południowa, skutkiem stosunków społecznych, których w tym miejscu bliżej rozpatrywać nie możemy, stała się reakcyjną częścią Francji. Opozycja jej przeciwko Francji północnej niebawem stała się opozycją przeciwko postępowym klasom całej Francji. Stała się ona główną oporą feudalizmu i do dziś pozostała twierdzą kontrrewolucji we Francji”.

„Polska natomiast, dzięki stosunkom społecznym, przez nas powyżej rozpatrzonym, stała się rewolucyjną częścią Rosji, Austrii i Prus. Opozycja jej przeciwko najeźdźcom, była jednocześnie opozycja przeciwko wysokiej arystokracji w samej Polsce. Nawet szlachta, stojąca po części na gruncie feudalnym, z bezprzykładnym poświęceniem przyłączyła się do rewolucji agrarnej. Polska była już ogniskiem demokracji europejskiej, kiedy Niemcy błąkały się jeszcze omackiem po manowcach najpłytszej ideologii konstytucjonalistycznej i najgórnolotniejszej ideologii filozoficznej”.

„Na tym, a nie na świetlanym rozwoju dawno pogrzebanego rycerstwa, polega gwarancja, polega nieunikniona konieczność odbudowania Polski”.

Po tym wszystkim dostatecznie zrozumiałem jest, dlaczego Marks i Engels tak uporczywie domagali się odbudowania Polski. Na podstawie pewnego określonego rozwoju ekonomiczno-społecznego, Polska stała się rewolucyjną. A ponieważ Polska była rewolucyjną, więc miała przyszłość. A przyszłość tę należało przy spieszyć dla dobra rewolucji europejskiej.

 

II

Dlaczego jednak Marks i Engels dali odbudowania nie etnograficznej Polski, lecz historycznej? Dlaczego ta odbudowana Polska obejmować miała nie tylko ziemie zamieszkałe przez lud polski (a zresztą nawet niekoniecznie wszystkie ziemie o ludności polskiej obejmować miała; ani kwestii Górnego Śląska, ani kwestii Śląska Cieszyńskiego Marks nie podnosi), a natomiast miała obejmować rozległe kraje, zamieszkane przez Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, a częściowo nawet przez Łotyszów, o ile te ziemie należały do dawnego państwa polskiego? Dlaczego Marks i Engels domagali się odbudowania Polski „posiadającej ujścia swoich wielkich rzek” — innymi słowy, Polski od morza do morza?

I to zagadnienie nie trudno rozwiązać, jeśli sobie przypomnimy ekonomiczną sytuację Europy w latach czterdziestych. Wprawdzie manifest komunistyczny wspomina już o kolejach żelaznych, parowcach i telegrafach; faktycznie jednak stosowanie tych nowoczesnych środków komunikacji znajdowało się wówczas dopiero w zarodku. Wszak wtenczas właśnie (1844—1848), budowano pierwszą kolej w Królestwie Polskiem, kolej Warszawsko-Wiedeńską; pierwsza zaś parowa kolej żelazna na całe Niemcy, króciutka linia z Norymbergi do Fűrth (długości siedmiu wiorst, a więc krótsza niż linia z Łodzi do Zgierza), zbudowaną była nie dawniej jak w r. 1835, kiedy Marks już by siedemnastoletnim młodzieńcem. Przeważnie więc jeszcze nad światem i nad poglądami ludzi panował dawny, prymitywny system komunikacji, którego decydującym czynnikiem były rzeki spławne. Spróbujmy sobie tylko wyobrazić trudności transportu lądowego drzewa, węgla, kruszcu w okresie, kiedy najszybszym środkiem komunikacji lądowej by wóz pocztowy. W owym czasie niezakłócone posiadanie rzek spławnych, a przede wszystkim ujść tych rzek do morza, było istotnie kwestii życia i śmierci dla narodów. Dostęp do morza by wówczas tym, czym dzisiaj jest dostęp do kolei żelaznej: przyłączeniem danej okolicy do światowej sieci komunikacji. A przy tym ociężałość ówczesnych środków transportu ułatwiała każdemu państwu odcinanie dróg wodnych kupcom obcym, ile razy się tego domagała chciwość kupców swojskich; nierozwinięty stan prawa międzynarodowego handlu, a w związku z tym i nierozwinięty stan prawa międzynarodowego, zachęcały monarchów i rządy ich do takich gwałtów. Ludy ówczesne pamiętały jeszcze groźny przykład Holandii, która w XVII i XVIII wieku oparła swoją światową potęg handlową na systemie monopolu rynków zbytu, podtrzymywanego całkiem brutalnie za pomoc floty wojennej, a która upadła, kiedy państwa współzawodniczące odpłaciły się jej pięknym za nadobne. Natomiast ludy ówczesnej Europy nie miały jeszcze przed oczyma przykładu dzisiejszej Szwajcarii, której przemysł eksportowy kwitnie i zatrudnia bardzo znaczny odłam ludności, mimo, że przemysł ten wywozi swe towary obcymi rzekami i obcymi kolejami żelaznymi. A o ile nawet już istniały wówczas podobne przykłady, jak dajmy na to przykład Belgii, pomyślnie się rozwijającej mimo ciasnych granic, chociaż co prawda posiadającej jeden z najlepszych portów morskich, to Marks i Engels nie brali tych wyjątków pod uwagę; byli bowiem i na podstawie wszystkich swoich tradycji i doświadczeń musieli by centralistami. Jako synowie ówczesnych Niemiec, kraju oddanego na państw samowoli i chciwości trzydziestu kilku królewiąt, kraju, którego odwiecznym przekleństwem było przeradzanie się rodów magnackich na udzielne dynastie, na każdym kroku tamujące ruch handlowy i swobodę osobistą ludności swoimi rogatkami, cłami i kordonami; jako synowie tych Niemiec, gdzie wszyscy rozumni patrioci upatrywali zbawienie kraju w wywyższeniu zjednoczonego narodu ponad głowy tej całej żarłocznej sfory wielkich książąt, książąt, kniaziów i hrabiów; jako synowie owej Nadrenii, której jeszcze świeżo w pamięci tkwiło wprost potworne rozstrzępienie kraju na kilkadziesiąt kluczy magnackich i folwarków szlacheckich, z których każdy stał się był udzielnym państwem — Marks i Engels musieli by centralistami. Niemało przyczyniła się do wzmocnienia ich wiary w zbawienność centralizmu, tradycja o rzekomym centralizmie wielkiej rewolucji francuskiej — tradycja fałszywa, na tendencyjnych kłamstwach oparta. Blisko czterdzieści lat później w 1885 r., stary Engels z chlubną szczerością przyznał się do tego błędu. Drukując ponownie orędzie władzy centralnej związku komunistów z r. 1850, do zdania: „Jak we Francji w r. 1793, tak dzisiaj w Niemczech zadaniem partii istotnie rewolucyjnej jest przeprowadzenie najostrzejszej centralizacji” dodaje uwagę następującą:

„Dzisiaj należy zaznaczyć, że zdanie powyższe polega na nieporozumieniu. Wówczas — dzięki fałszerzom historii bonapartystycznym i liberalnym — uchodziło za pewnik, że zcentralizowana maszyneria administracyjna francuska zaprowadzoną była przez wielką rewolucję, oraz że szczególnie konwencja posługiwała się tą maszynerią, jako niezbędną i decydującą bronią do zwalczenia reakcji rojalistycznej i federalistycznej oraz wroga zewnętrznego. Dziś jednak znanym faktem jest, że podczas całej rewo1ucji aż do 18 Brumaire (t.j. aż do zamachu stanu Bonapartego) cała administracja okręgów, powiatów i gmin składała się z urzędników wybranych przez ludność podlegającą ich administracji, którzy to urzędnicy w granicach praw ogólno-państwowych postępowali z całkowitą swobodą; że ten samorząd prowincjonalny i miejscowy, podobny do amerykańskiego, stał się właśnie najsilniejszą dźwignią rewolucji, tak dalece, że Napoleon bezpośrednio po swoim zamachu stanu z 18 Brumaire, czym prędzej zastąpił ją dziś jeszcze istniejącą gospodarką prefektów (naczelników mianowanych z góry), która więc od początku była wyraźnym narzędziem reakcji. Tak samo jednak, jak samorząd miejscowy i prowincjonalny nie sprzeciwia się centralizacji politycznej, narodowej, tak samo samorząd ten nie musi by koniecznie połączonym z owym ciasnym egoizmem kantonalnym lub gminnym, który w tak wstrętnej postaci spotykamy w Szwajcarii, a który w r. 1849 wszyscy federalistyczni republikanie południowo-niemieccy chcieli zrobić regułą dla Niemiec.”

Tymi ostatnimi, mocno niesprawiedliwymi zwrotami, pragnie stary Engels ratować szczątki swojego dawnego centralizmu, tak stanowczo potępionego przez obiektywną naukę historyczną. Jeszcze w tym uporze dzielnego starca prześwieca płomienna namiętność dawnej jego wiary centralistyczno-republikańskiej.

Jeśli za tak silna wiara centralistyczna żyła w umysłach Marksa i Engelsa, to łatwo zrozumiemy, że wprost nie umieli sobie wyobrazić, żeby naród jakiś istniał samodzielnie i spełniał jakąś ważną misję historyczną, o ile ten naród nie posiada państwa silnego i wielkiego, państwa-mocarstwa. Skoro więc raz uważali odbudowanie Polski za pożądane i konieczne, to całkiem naturalnie, ze swojego punktu widzenia, pragnęli odbudowania Polski jako mocarstwa. A takim mocarstwem, szczególnie w ówczesnych warunkach ekonomicznych, mogła by istotnie tylko Polska od morza do morza.

Ale to znaczy, że Marks i Engels pragnęli odbudowa takie państwo polskie, do którego by należeli nie tylko Polacy, ale i większość Ukraińców, prawie wszyscy Białorusini, prawie wszyscy Litwini, tudzież znaczna część Łotyszów. Jakże to było możliwym? Dlaczego Marks i Engels nie uwzględniali prawa każdej narodowości do stanowienia o swoim własnym losie?

Odpowiedź jest bardzo prosta: bo prawo to dla Marksa i Engelsa nie istniało. Według ich zdania, prawo do samodzielnego bytu państwowego miały tylko te narody, które sobie na to zasłużyły spełnieniem w historii posłannictwa rewolucyjnego. Narody reakcyjne za skazane były na zagładę, a rewolucyjny proletariat (który się przecież rozwijał tylko wśród narodów postępowych), nie tylko nie by zobowiązany ujmować się za narodami reakcyjnymi, ale przeciwnie, miał wprost obowiązek brać czynny udział w zgnębieniu i zgładzeniu ze świata tych narodów-szkodników. Szczególnie u Engelsa występuje ten pogląd z całą jaskrawością. Do tych narodów-szkodników zaś, których nie tylko nie należało wyzwolić, ale które przeciwnie należało drogą przymusowego wynarodowienia usunąć ze świata, zaliczał Engels w zasadzie wszystkie te narody, które, ujarzmione od szeregu stuleci, z konieczności stały się zacofanymi; w szczególności zaś do narodów potępionych i skazanych na zagładę, zaliczał prawie wszystkie narody słowiańskie, robiąc wyjątek wyraźny i stanowczy jedynie co do Polaków; co do Rosjan robi zastrzeżenie, że „są jeszcze bardzo dalecy od rewolucji, a zatem bądź co bądź na razie jeszcze przeciw-rewolucyjni”. Narodem skazanym przez historię na zagładę, byli zdaniem Marksa i Engelsa przede wszystkim Czesi. Po raz pierwszy pogląd ten pojawia się w „Nowej Gazecie nadreńskiej” w artykule o rewolucji czeskiej, datowanym z 17 czerwca 1848, tym razem jeszcze dziwnie pomieszany z oskarżeniami przeciw zaborczości niemieckiej, z szyderczym naigrawaniem się z małodusznej, mazgajowatej rewolucji niemieckiej, do której się Czesi słusznie nie przyłączyli, z sympatią dla dzielnego ludu czeskiego, walczącego na ulicach Pragi, ale mimo wszystko konkluzja brzmi:

„Najbardziej jednak żałować należy samych walecznych Czechów. Czy zwyciężą, czy ulegną, zagłada ich jest pewną. Czterowiekowe ujarzmienie przez Niemców, którego dalszym ciągiem jest walka uliczna w Pradze, zapędziło ich w objęcia Rosji. W wielkiej walce pomiędzy wschodem a zachodem Europy, która wybuchnie w nader krótkim czasie, może już za kilka tygodni, los nieszczęsny stawia Czechów obok Rosjan, obok despotyzmu, przeciwko rewolucji. Rewolucja zwycięży, a Czechów pierwszych ujarzmi. Ta zagłada Czechów, to nowa wina Niemców. To Niemcy ich zdradzili na rzecz Rosji.”

Osiem miesięcy później, po stłumieniu rewolucji wiedeńskiej przez rząd austriacki, z którym się Czesi, w zamian za przyrzeczenie autonomii narodowej, wdali byli w konszachty, znikły u Engelsa już wszelkie wątpliwości. Wbrew historii twierdzi, że Czesi nigdy nie mieli epoki rewolucyjnej, że całą swoją kulturę otrzymali od Niemców; twierdzi, że utworzenie samodzielnego państwa czeskiego byłoby niemożliwym, że utworzenie samodzielnego państwa południowo-słowiańskiego byłoby równie niemożliwym, że zresztą oderwanie krajów czeskich i słoweńskich od Niemiec byłoby nieszczęściem, bo wtenczas „wschód Niemiec byłby poszarpanym, jak chleb pogryziony przez szczury”, a nadto Niemcy straciłyby dostęp do morza Adriatyckiego; wykrzykuje, „że nienawiść do Rosjan była i jest pierwszą rewolucyjną namiętnością u Niemców; że od czasu rewolucji do tej nienawiści przyłączyła się jeszcze nienawiść do Czechów i Kroatów, i że my (t.j. Niemcy) wspólnie z Polakami i Madziarami tylko jak najbardziej stanowczym terrorem przeciwko tym słowiańskim narodom możemy ubezpieczyć rewolucję”; wreszcie zapowiada „zdradzającej rewolucję słowiańszczyźnie”, „nieubłaganą walkę na śmierć i życie; walkę aż do zagłady i bezwzględny terror — nie w interesie Niemiec, tylko w interesie rewolucji!”

Dzisiaj w roku 1905, kiedy właśnie dzielna socjalna demokracja czeska dała hasło proletariatowi całej Austrii do zaostrzonej, rewolucyjnej walki o równe prawo wyborcze, dzisiaj, kiedy „złota Praga słowiańska” na równi z Warszawą i Łodzią stanęła w szeregu wielkich twierdz socjalizmu, — jakże się dziwnie czytaj te klątwy, te wyroki śmierci na „reakcyjny” naród czeski!

Czyż więc możemy w kwestii narodowej stanąć na stanowisku Marksa i Engelsa? Czy możemy powiedzieć, powołując się na autorytet Marksa i Engelsa: „My Polacy należymy do narodów wybranych, — wy zaś, Czesi, Słoweńcy, Kroaci, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Łotysze, wy należycie do narodów potępionych”? Czy mamy się domagać uiszczenia wystawionego nam przez Marksa przekazu na Mitawę i Rygę?

 

Władysław Gumplowicz, Kwestya polska a socyalizm, Warszawa 1908, s. 3-18

 

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Niepodległościowy socjalizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.