Marzec 1968 – Nieudana próba zamachu stanu

 

ZAMIAST WSTĘPU

 Opracowanie niniejsze przeznaczone było do archiwów organizacji politycznych i społecznych, nie było więc przeznaczone do upowszechnienia w szerszym zakresie publicznym. Nie ma w tym nic takiego, co nie miałoby pokrycia w archiwalnej dokumentacji i rzetelnie przeprowadzonych analizach faktów. Posiadane materiały pozwalają na opracowanie szersze i analizy dobitniejsze w swej politycznej wymowie, aniżeli tutaj zaprezentowane. Jednak kwestie, których dotyczą, są na tyle delikatne i dla wielu ludzi na tyle ekscytujące, iż uznaliśmy za stosowne formułować je tak, by pozostając w zgodzie z dobrą tradycją polskiej tolerancji informować, nie budząc przy tym łatwych do rozpalenia namiętności. Opracowanie tej informacji i oceny uznaliśmy jednak za potrzebne.

Wydarzenia z marca 1968 roku mają głębokie korzenie historyczne i rzutują w sposób istotny na charakter i przebieg obecnego kryzysu politycznego w Polsce. To, co się działo w marcu 1968 roku było tylko jedną z odsłon dramatu trwającego w naszej historii narodowej i rewolucyjnej. Ujawnienie genezy, celów politycznych i metod działania, a także międzynarodowych powiązań „Komandosów” ma istotne znaczenie dla zrozumienia zjawiska, jakim jest KSS KOR i jego stosunek do autentycznego buntu klasy robotniczej i z tego buntu wyrosłej „Solidarności” – a jest to stosunek, by tak rzec: użytkowy, manipulatorski, ideowo i politycznie pasożytniczy. Wielki i autentyczny ruch klasy robotniczej jest dla świadomych swych celów działaczy KSS KOR swoistym środkiem transportu, z którego wysiądą w miejscu uznanym za odpowiednie dla siebie, nie zaś dla polskiej robotniczej – a miejsce to może okazać się ostatnim przystankiem przed przepaścią upatrzoną za cel dla naszego narodu i Polski Ludowej. Interesy marcowych „Komandosów” a dzisiejszych KOR-owców nie są tożsame z interesami Polski, naszego narodu i polskiej klasy robotniczej. Trzeba o tym pamiętać stale i uważnie patrzeć na ręce ekspozyturom KOR-u w „Solidarności”, której rzecznikami się mienią.

 

RODOWÓD I PRZEZNACZENIE

 

Rok 1948. Objawiona zostaje partii i narodowi sprawa prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia w partii.

Przywódcy partii – ci, którzy tworzyli ją w latach straszliwego hitlerowskiego terroru; ci, którzy przewodzili lewicy polskiej w walce o byt narodu; ci, którzy wzięli na swe barki ciężar odpowiedzialności za kształt i oblicze Polski w ciężkich powojennych latach – zostali odsunięci od czynnego życia politycznego, poddani represjom, napiętnowani.

Rozpoczął się jeden z najtragiczniejszych okresów dla polskich komunistów. Wydano bowiem wyrok śmierci na „polską drogę socjalizmu”. Podpisał go Jakub Berman, wykonali jego ludzie spod znaku oprawcy narodów radzieckich i narodu polskiego, Laurentego Berii.

Berię i Bermana łączyło wiele. Obaj nadzorowali i faktycznie kierowali pracą organów bezpieczeństwa państwowego w ZSRR i Polsce, obaj zasiadali w najwyższych władzach partii, obaj pochodzili z bogatych mieszczańskich, żydowskich rodzin, obaj byli wybitnymi działaczami ruchu syjonistycznego. Obaj wreszcie byli filarami straszliwego wymierzonego przeciwko KPZR i PZPR oraz ZSRR i PRL.

W wyniku tego spisku, pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych, zapanował tzw. „okres błędów i wypaczeń”. Dramat tego okresu polegał głównie na tym, że obok heroizmu odbudowy i rozbudowy kraju, obok ofiarnej postawy całego narodu, obok entuzjazmu polskiej młodzieży, funkcjonowała zbrodnicza machina. Ubrano zbrodnię w kaptur walki klasowej. Zdezorientowani działacze partyjni, spoza bermanowskich kręgów, sądzili, że chodzi wyłącznie o rzeczywistą walkę klasową. Taka walka była. Jej konieczności i słuszności jej socjalistycznych racji nikt dziś nie podważa. Rodzima reakcja stanowiła niezwykle istotny czynnik naszej powojennej rzeczywistości. Problem tylko w tym, że właśnie z reakcją osłaniano polityczne zbrodnie.

Jedną z cech tego bezprawia i terroru było rosnące ciągle odizolowanie rządzących od rządowych, przepaść między teorią a praktyką, między słowem a czynem. W tym właśnie okresie, gdy tysiące najlepszych synów Polski ginęło w kazamatach UB, „gdy szalały kapturowe sądy skazujące na karę śmierci bohaterów spod Monte Cassino, Narwiku, bitwy o Anglię, Tobruku, żołnierzy AK, BCh i AL, późniejsi „komandosi” raczkowali po swych luksusowo urządzonych mieszkaniach, poznawali otaczający ich świat przez szyby wytwornych limuzyn. Ich tatusiowie rządzili Polską. Ich tatusiowie mieli monopol na prawdę i mądrość. Świat „raczkujących” był hermetycznie zamknięty, szczelnie chroniony od wszelkich niepożądanych wpływów. Mieszkali w luksusowej dzielnicy, gdzie wszyscy się doskonale znali. Tworzyli jedną rodzinę. Czy znali trud robotnika dźwigającego Polskę z ruin wojny i wielkiego zacofania? Czy odczuwali entuzjazm tysięcy młodych budujących Nową Hutę? Czy mówiono im, jak żyją robotnicy, ile zarabiają, co jedzą, jak mieszkają? Oczywiście. Tylko że między tym, co im mówiono, a prawdą istniała przepaść. Rośli w przekonaniu, że przeznaczeni są do wielkich celów, że nadejdzie dzień, gdy przejmą od ojców ster rządów i poprowadzą dalej dzieło rewolucji. Od dzieciństwa uczono ich politycznego myślenia i politycznego działania. Znali na pamięć życiorysy wielkich rewolucjonistów, ale nie mieli zielonego pojęcia o historii narodu, którym sposobili się kierować. Pojęcia: naród, ojczyzna, patriotyzm były im nie tyle obce, co wrogie, wiązały się z pojęciem prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia i prowadziły nieuchronnie w „bagno imperializmu”. Byli najczerwieńsi z czerwonych. Byli żywym wcieleniem rewolucji. – Więc gdy nadszedł odpowiedni moment, wszyscy gremialnie wstąpili do harcerstwa. Oczywiście nie mogli być zwykłymi harcerzami, wtopić się w masę. Więc nazwali się czerwonymi harcerzami. Dobrano i wtedy wychowawcę i opiekuna. Został nim harcmistrz Jacek Kuroń. Dziś trudno orzec, kto kogo uczył „politycznego myślenia”, harcmistrz swych podkomendnych, czy odwrotnie.

(Krążą po Warszawie opowieści jak to „drużyna walterowska” jeździła na obozy harcerskie w kolumnie tatusiowych limuzyn. Z przodu kolumny wóz z ochroną i druhem Kuroniem, a za nim po dwóch druhów w wytwornym samochodzie, żeby nie było ciasno).

W oświadczeniu z 14 VIII 1968 r. Irena Grudzińska pisała na temat genezy „Komandosów”:

„Wydaje mi się słusznym pogląd, że tzw. ‚Komandosi’ rekrutowali się spośród młodzieży wywodzącej się w większości z uprzywilejowanych warstw społeczeństwa. Kształcili się w wybranych szkołach i przeszli przez rozmaite kluby. Postaram się w ogólnych zarysach odtworzyć drogę, która doprowadziła do powstania grupy.

Jak wiadomo, byłam czynnym uczestnikiem tzw. Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. Założenia Klubu były bardzo ambitne i w pewnej mierze udało się je zrealizować. Chodzi przede wszystkim o inspirowanie i rozwijanie zainteresowań młodzieży (głównie w kierunku nauk humanistycznych), skierowanie jej energii ku kształceniu się, rozbudzanie ‚społecznikowskich’ ambicji – odruchu żywego reagowania na zjawiska społeczne. W tej dziedzinie Klub zastępował szkolne koła ZMS – nie prowadziły one wówczas żadnego kształcenia ideologicznego poza tzw. Wieczorowymi Szkołami Aktywu, które obejmowały wąską liczbę działaczy. Te pozytywne skutki działalności Klubu zostały w znacznym stopniu zniwelowane przez jego wady. Członkom Klubu brak było doświadczenia życiowego, a w związku z uprzywilejowaną pozycją społeczną większości z nich zetknięcia z codziennymi i praktycznymi problemami nurtującymi społeczeństwo. Sposób, w jaki zajmowano się zagadnieniami poruszanymi na zebraniach, tj. częste operowanie idealnymi modelami i abstrakcyjnymi wzorami, pogłębiał prace oderwania myślenia od konkretu. Co gorsza, było to środowisko zamknięte, a wynikało to, jak się wydaje, z wadliwego sposobu rekrutacji (znajomi, znajomych). Pod koniec istnienia Klubu czynione były wysiłki dla przezwyciężenia tego stanu (np. projektowany ‚szturm na szkoły’), nie zostały jednak urzeczywistnione. Zamknięcie środowiska spowodowało wytworzenie się hermetycznego sposobu zachowania, pogłębiło ‚niekonkretny’ sposób myślenia, co znowu utrudniało ewentualny kontakt z innymi grupami młodzieży.

Trudno mi powiedzieć, jaki wpływ na kształtowanie się postaw miał fakt pochodzenia żydowskiego sporej części członków Klubu. Ogromna ich większość zawsze i bez zastrzeżeń uważała się za Polaków, chociaż przejawiała szczególne uczulenie na kwestie narodowe z problemem żydowskim na czele.”

Obszerniejszy wywód na temat genezy grupy zaczerpnięty z opracowania „Sprawa Komandosów” zawiera następujące stwierdzenie:

„…wywodzą się oni niemal w komplecie ze środowiska wysokich urzędników partyjnych i państwowych… są oni niemal w komplecie pochodzenia żydowskiego. Jak sądzę, obie te okoliczności nie są przypadkowe. Nie mogą zresztą takimi być, ponieważ grupa kształtowała się w ciągu szeregu lat, przechodziła zapewne selekcje i odmiany, a podstawowy trzon jej uczestników bynajmniej zmianie nie uległ. Już z banalnych zgoła prawidłowości socjologicznych wynika, że obu tych okoliczności nie można wytłumaczyć przypadkiem, co popchnęło tę grupę młodzieży do działań, które obiektywnie przynajmniej, niezależnie od subiektywnych intencji, a były one zapewne różne, prowadziło do konfliktu z prawem, władzą i państwem.

…bezstronnemu obserwatorowi narzuca się najpierw kilka spostrzeżeń zmysłowo uchwytnych, banalnych wydawałoby się, ale jednak znaczących. Jest to przede wszystkim specjalny charakter dzielnicy, w której mieszka trzon komandosów i gdzie rozlokowane było, by tak rzec, ich życie duchowe. Między Aleją Róż a Parkową w centrum Warszawy, pośród rządowych gmachów, w sąsiedztwie ambasad i cichego szumu ministerialnych limuzyn sunących gładkimi jezdniami najlepiej wyasfaltowanych ulic stolicy, w kamienicach, w których sama lista lokatorów mogłaby skromnego prowincjusza, gdyby nie miał on odrobiny ironicznego dystansu wobec rzeczywistości, przyprawić o zawrót głowy – w spokoju i ciszy, w mieszkaniach nie mających nic wspólnego z normalnymi standardami, przyszli na świat ‚RACZKUJĄCY REWIZJONIŚCI’.

Kiedy podrośli, na chwałę dzielnicy, a więc i NA CHWAŁĘ RZECZPOSPOLITEJ (bo chwała dzielnicy była chwałą RZECZPOSPOLITEJ) poszli do szkół również będących chwałą dzielnicy, a zatem chwałą Rzeczpospolitej, oraz wcielono ich do harcerstwa także rzec by można dzielnicowego, bo specjalnego – postanowiono bowiem zrobić z nich duchowo dzieci generała Waltera.

Były to dziwne szkoły i było to dziwne harcerstwo… W szkołach tych przede wszystkim nie natykamy się na nazwiska uczniów, które nie byłyby znaczącymi nazwiskami rodziców: spotykają się w nich dzieci elity partyjnej, administracyjnej, dziennikarskiej. W szkołach tych również panował dziwny system edukacji: specyficzna wizja działalności społecznej spychała na drugi plan problem nauki, szkołę traktowano jako przedsionek prowadzący do czegoś, co nastąpi potem, a z istoty miejsca społecznego (i topograficznego) tej szkoły wynikało, że to potem jest specjalnym, rzecz jasna, przeznaczeniem… Jednocześnie tworzyli owe specjalne oddziały ‚czerwonego harcerstwa’… tu sprawnie za pomocą specjalnej machiny edukacyjnej wyrabiano w nich poczucie, że są nowym wcieleniem prawdziwej rewolucji. Militarny dryl połączony z natręctwem politagitki z najlepszych czasów kształcił ich na wiernych i posłusznych synów dzielnicy, a więc, rzecz jasna, Rzeczpospolitej. Kiedy podrośli jeszcze trochę, wstąpiono ich gremialnie do organizacji młodzieżowej. W tak zwanym międzyczasie zmieniły się nieco polityczne wskaźniki wiatrów, a wraz z ich zmianą zmieniły się i narzędzia ich kształtowania. Okazało się bowiem, że owa „najczerwieńsza z czerwonych” edukacja prowadzi w stronę nie gwarantującą bynajmniej politycznego sukcesu ich wysokim opiekunom i że w ogóle należy dokonać, w trosce o ten sukces, generalnego wietrzenia w ideologicznym arsenale. Nowym orężem i sojusznikiem okazał się być rewizjonizm – matadorzy kilka lat wcześniej byli szermierzami oficjalnej ideologii, ich związek z dzielnicą był zatem ugruntowany… Czym prędzej tedy stosowano owe jaskrawe barwy wywieszane dotąd w dzielnicy: ‚czerwonych harcerzy’ przeczarowano w ‚raczkujących rewizjonistów’.

Nadchodzi 1956 rok. Naród odzyskuje swoje suwerenne prawa. Z więzień i lochów UB wychodzą bojownicy o wolność i demokrację, wychodzą ci, których haniebna propaganda uczyniła zaplutymi kartami reakcji. Świat czerwonych harcerzy trzeszczy w szwach. Uświęcone prawdy okazują się kłamstwem. Wielu tatusiów traci pozycje, stanowiska, wpływy. Wielu spada z piedestałów na bruk. I oto dokonuje się gwałtowna metamorfoza. Czerwień idzie w kąt. Czerwień staje się niemodna. Czerwoni harcerze zostają „raczkującymi rewizjonistami”! W tym okresie obok Jacka Kuronia zjawia się Karol Modzelewski, syn ministra spraw zagranicznych okresu stalinowskiego – Zygmunta Fiszera-Modzelewskiego. Wywodzi się on zatem z tego samego świata, co ‚raczkujący rewizjoniści’. Rozumie ich doskonale i oni rozumieją jego. Klub Poszukiwaczy Sprzeczności czyli ‚raczkujących rewizjonistów’ zwany jest także ‚Klubem Michnikowców’. Jeśli bowiem Kuroń i Modzelewski zostają wodzami raczkujących rewizjonistów to niepozorny, trawiony żądzą przewodzenia Adam Michnik jest ich szefem sztabu. On także należał do kasty stalinowskich właścicieli Polski Ludowej. Jego rodzony brat Stefan (pod dziewięcioma wyrokami śmierci figuruje jego podpis. Wszyscy z tych skazanych zostali zrehabilitowani), był sędzią sądu wojskowego. Sądził i skazywał na śmierć bohaterów września 1939 roku, żołnierzy i dowódców AL, AK, BCh, oficerów Ludowego Wojska Polskiego, bezpodstawnie oskarżonych o nacjonalizm, rzekomą zdradę, czy spiskowanie przeciwko władzy.

Raczkujący rewizjoniści są uczniami szkół średnich. Mają po… naście lat. Ich rówieśnicy grają w piłkę i wzdychają do gwiazd filmowych. Oni szukają sprzeczności. Oni uczą się techniki politycznych spisków i dywersji. Nie znając ceny masła, chleba czy ziemniaków prowadzą dyskusje o modelu ekonomicznym, sterowaniu klasą robotniczą, wypracowują program politycznego działania. Tylko nieliczni z ich ojców zostali całkowicie odsunięci od steru. Większość utrzymała się. Ostali się Zambrowski, Morawski, Zarzycki, Ochab, Albrecht, Wicha, Starewicz, Jędrychowski, Kole, Alster, Sznek i inni. Jako „twórcy Października” działali m.in.: Staszewski i Schaff. Setki im podobnych ekstalinowców utrzymało wpływ w aparacie partyjnym, wojsku, dyplomacji, handlu zagranicznym, prasie, kulturze. Dobosze stalinizmu, tacy jak Woroszylski, Brandysowie, Andrzejewski, Braun, Wolicki, Jaszuński, Skulska, Mikołajska, zostali piewcami demokracji. Ich synowie i córeczki rozbijając się tatusiowymi limuzynami, rozjeżdżają się po Europie za państwowe pieniądze, wytyczają drogi dalszej rewolucji. Poprawiają marksizm.

Jeden z byłych komandosów pisze:

„…Piętnastoletnie dzieci, które nie odróżniały mesla od młotka, radziły o klasie robotniczej, dobrze instruowane wykrywały sprzeczności w gospodarce socjalistycznej, edukacji społeczeństwa nie wiedząc, czym się różni dziadek Mróz od Świętego Mikołaja… Do mitów wybranych dzieci i wybranych polityków dołączyli oni sprawnie jeszcze jeden – wybranych intelektualistów. Oto prominenci oficjalnej socjologii, oficjalnej filozofii i oficjalnej ekonomii, od lat kilkunastu uprawiający swą wysoce płodną działalność intelektualną znaleźli się na usługach młodzieży w wieku, w którym już pasie się gęsi, ale jeszcze nie powierza się krów… Przyswajali im podstawowe reguły swojej działalności intelektualnej: – tę, że poznanie rzeczywistości zastępuje skutecznie kanon abstrakcyjnej teorii; tę, że abstrakcyjna teoria jest instrumentem konkretnej zgoła polityki; tę, że polityka oznacza pozycję w strukturze władzy i tę na koniec, że im niższą pozycję w tej strukturze zajmują, tym gorzej dzieje się w kraju, ponieważ kraj jest tylko funkcją, ich na ten kraj spojrzeniem…”

Z głowami zadartymi do góry, nie dostrzegając otaczającej ich rzeczywistości, z której biorą tylko to, co utwierdza ich w słuszności działania, patrzą w popaździernikowe niebo, na którym pełnym blaskiem błyszczą gwiazdy pierwszej wielkości: naukowcy i ideolodzy, byli pułkownicy W.P.: Schaff, Brus, Kołakowski, Bauman, Baczko, Morawski. Nad młodym narybkiem, nieco z boku, dyskretnie oddalony, czuwa zdetronizowany „wódz” warszawskiego października, niegdyś zaciekły stalinowiec, osłabiony dzierżymorda pozujący teraz na liberała, Stefan Staszewski. Jeszcze bardziej w cieniu pozostają główni matadorzy: Zambrowski, Ochab, Starewicz, Jędrychowski i inni.

W tej konstelacji rozwija swą działalność klub „raczkujących rewizjonistów”, hodowla przyszłych przywódców, szkoła prowokacji.

 

POWIĄZANIA

 

Godnym podkreślenia jest to, że młodzież ta miała fałszywie ukształtowany pogląd na sprawę współżycia Polaków i Żydów i w rzeczywistości była wyobcowana ze społeczeństwa.

A. Zambrowski oceniał A. Michnika i jego zwolenników jako grupkę „bananowej” młodzieży, buntującej się przeciwko malejącej roli tej warstwy aparatu, z której się mieli wywodzić. Zwracał także uwagę na duży udział w tej grupie ludzi pochodzenia żydowskiego, świadczący, jego zdaniem – o małej asymilacji i „kiszeniu się we własnym sosie”… (St. Gomułka, oświadczenie z 19.09.1968 r.) „Istotną rolę integrującą mogła też odegrać niepełna asymilacja młodzieży studenckiej pochodzenia żydowskiego” (St. Gomułka, oświadczenie z 15.07.1968 r.).

Trzon grupy komandosów stanowili: A. Michnik, S. Blumsztajn, W. Nagórski, J. Lityński, B. Toruńczyk, I. Grudzińska, A. Perski, w późniejszym czasie doszedł do nich A. Szlajfer… najbliższy „komandosom” był J. Dajczgewand… (A. Zambrowski 24 V 1968 r.). A. Michnik od czasu aresztowania Jacka i Karola w 1965 r. konsolidował grupę „komandosów” i spełniał w zasadzie funkcje kierownicze (H. Szlajfer, 2 VII 1968 r.). W czasie interregnum rolę strażnika ciągłości pełnił, lansowany uparcie przez niektóre środowiska jako coś na kształt polskiego Daniela Bendit’a – Adam Michnik (oświadczenie jednego z „komandosów” z lipca 1968 r.).

„Adam był zdeklarowanym zwolennikiem teoretycznych koncepcji Karola i Jacka. Chciał być po prostu czymś więcej niż mu na to pozwalała sytuacja…

Był pewnego rodzaju łącznikiem między środowiskiem literackim a uniwersyteckim… Pod dużym wpływem Staszewskiego, na którego po cichu liczył, że jeszcze kiedyś ‚wyskoczy w górę’, ulegał jego rozlicznym koncepcjom ‚gier politycznych’. Uniwersytet, problemy studentów interesowały o tyle, o ile mogły zostać powiązane z dążeniami i aspiracjami środowiska literacko-naukowego. Zresztą ten model rozumowania dominował wśród poważnej części „Komandosów” i to m.in. tworzyło ich elitarność…” (H. Szlajfer, z 2.07.1968 r.).

Dla wzrostu i rozwoju „Komandosów” istotne znaczenie miały ich funkcje i powiązania krajowe, tudzież filiacje i powiązania zagraniczne.

Bo od ideologicznych rozważań na temat wad socjalizmu, którego są przecież produktami, krok tylko do praktycznego działania, by ten socjalizm zmienić w kierunku dla nich wygodnym tzn. stalinowskim. „Raczkujący” krok ten czynią. Dzieje się to w czasie, gdy Klub Poszukiwaczy Sprzeczności uległ likwidacji, a jego członkowie zostają studentami różnych wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego. W tym to czasie zaczyna się krystalizować program działania grupy, rodzi się plan i organizacja. Rodzi się także nazwa: „Komandosi”. Nazwa ta pasuje jak ulał do charakteru grupy. Komandosi to dywersja na tyłach przeciwnika. Wychowankowie Kuronia i Modzelewskiego, oświeceni i przygotowani ideowo i politycznie przez areopag stalinowskich matadorów, mają podjąć działania, które trudno nazwać inaczej niż dywersją. Dywersją zmierzającą do obalenia władzy i utorowania do niej drogi tym, którzy ją stracili w październiku 1959 roku i latach następnych. Na przełomie 1963/64 r. do grupy Kuronia i Modzelewskiego dołącza Antoni Zambrowski ze swym „adiunktem” Dajczegewandem i kilkoma „wychowankami”. Wprawdzie między Zambrowskim, Kuroniem i Modzelewskim istnieją pewne rozbieżności „ideologiczne”, ale różnice te są zgodnie uznane za drugorzędne. Jeden z czołowych „Komandosów” Henryk Szlajfer tak określi w kilka lat później platformę polityczną Kuronia, Modzelewskiego i Zambrowskiego: „Wrogiem naszym nie jest ten, kto ma inne poglądy, lecz ten, kto przez swą działalność popiera i afirmuje istniejący stan rzeczy”. (Chodzi oczywiście o stan rzeczy ukształtowany w wyniku Października 1956 roku). Jest to stwierdzenie znamienne. Jest to klucz do zagadki, jak doszło do zdumiewającego sojuszu skrajnych reakcjonistów (Kisielewski, Grzędziński), z byłymi skrajnymi stalinowcami (Staszewski, Brus, Bauman, Brandys, Woroszylski, Wirpsza i inni). Konsolidacja opozycji nastąpiła nie na gruncie polaryzacji stanowisk, kompromisów ideologicznych, lecz na gruncie wspólnej im wszystkim nienawiści do „istniejącego po 1956 roku stanu rzeczy”. Wszyscy oni chcieli ten istniejący stan zmienić. Cofnąć koło historii. Chwycić władze. To właśnie ich łączyło. Słusznie powiedział Szlajfer, że wrogiem tej opozycji byli ci, którzy swą działalnością popierali i afirmowali powstały w wyniku Października stan rzeczy, a więc cały – jeśli nie liczyć drobnych odprysków – naród. Czy komandosi i ich protektorzy, słowem aktorzy i reżyserzy zdarzeń, które miały nastąpić, zdawali sobie sprawę z tego niezwykle nierównego stosunku sił? – Cała ich działalność, metody, jakimi się posługiwali, dowodzą, że tak.

W 1957 r. widoczne stały się następstwa tych zabiegów m.in. wśród szeregu warszawskich dziennikarzy i publicystów. Wielu z nich, także członków partii, produkowało się w sposób szkodliwy lub wręcz wrogi. Jesienią 1957 r. Komitet Centralny PZPR poddał krytyce redakcję takich pism jak: „Po prostu”, „Świat”, „Dookoła Świata”, „Nowa Wieś”, „Przekrój”, „Kulisy”, „Sztandar Młodych”, „Życie Warszawy”, „Życie Gospodarcze” i redaktorów Warszawskiej Telewizji. Na X Plenum KC PZPR (26.10.1957 r.) padł zarzut, że tygodnik „Świat” „ma najwyraźniej zarysowaną linię opozycyjną, nawet nie rewizjonistyczną, ale po prostu burżuazyjną” (sformułowanie tow. Starowicza). Wśród dziennikarzy i publicystów, których poddano wtedy krytyce lub karom partyjnym znaleźli się Słonimski, Arski, Kowalik, Jurkiewicz, Pański, Lutkiewicz, Planer, Hajnicz, Halpera i inni.

Działalność niektórych przedstawicieli tych środowisk przybrała formę współdziałania z wrogimi ośrodkami zagranicznymi. Wielu z nich odpowiadało przed sądami za przekazywanie tym ośrodkom tendencyjnych opracowań i informacji. (Atkins, Kornacki, Rudzińska, Rewska, Serf, Markiewicz, Ketling i inni). Większość skazanych rekrutowała się ze środowiska, skupionego wokół „Klubu Krzywego Koła”.

W grudniu 1961 r. aresztowano publicystę Henryka Hollanda, który ujawnił korespondentowi francuskiego pisma „Le Monde” wiadomości stanowiące tajemnicę państwową, a nadto kontaktował się osobami związanymi z obcymi wywiadami. Po aresztowaniu H. Holland popełnił samobójstwo. Jego pogrzeb wykorzystano dla przeprowadzenia antypaństwowej demonstracji. Wzięło w nim udział wielu warszawskich dziennikarzy, literatów, naukowców i działaczy.

Środowisko warszawskich dziennikarzy, naukowców i literatów pozostawało w szczególności pod wpływami rewizjonistów i reakcjonistów, grupujących się przez szereg lat w „Klubie Krzywego Koła”.

Klub ten zaczął się formować w pierwszej połowie 1955 r. za zgodą i poparciem płk Julii Brystygier, kierującej wówczas jednym z departamentów Komitetu d/s Bezpieczeństwa Publicznego. Syn J. Brystygier, plastyk Michał Brystygier, był jednym z pierwszych sympatyków Klubu. W grudniu 1955 r. grupa założycieli Klubu (Garzteccy, Król, Sufin i Perlman) prezentowała swą działalność i zamierzenia w piśmie przesłanym do rąk Jakuba Bermana i Jerzego Morawskiego, a nadto prowadziła bezpośrednie rozmowy ówczesną przewodniczącą Zarządu Głównego ZMP, Heleną Jaworską. W następstwie tych kroków, Klub zaczął rozwijać w pełni już oficjalną działalność, podjął bliską współpracę z tygodnikiem „Po prostu” i uzyskał stały kontakt z władzami partyjnymi, które do współdziałania z Klubem wyznaczyły Henrykę Broniatowską, b. oficera I Armii WP, a wówczas redaktora wydawnictwa „Iskry”. Broniatowska po pewnym czasie została członkiem Klubu i wspierała narastające w nim poglądy rewizjonistyczne.

…Najliczniejszą grupę członków Klubu (ponad 50 osób) stanowili dziennikarze, literaci i publicyści. Drugą liczną grupą byli socjologowie (około 50 osób). Pozostałe, mniej liczne grupy, to ekonomiści, prawnicy, historycy, plastycy i inni. W działalności Klubu, z reguły jako uczestnicy zebrań i dyskusji, brali także udział niektórzy studenci Uniwersytetu Warszawskiego, m.in. Karol Modzelewski, Jacek Kuroń, Jadwiga Lewicka, Janina Frenzel, Jakub Karpiński i inni. Spośród uczniów szkół średnich na zebrania Klubu przychodził Adam Michnik. Sympatykiem Klubu był również A. Zambrowski.

W kierownictwie Klubu stopniowo coraz mocniejszą pozycję zajmowali rewizjoniści i reakcjoniści. Zarząd Klubu powołany w kwietniu 1961 r. tworzyli Paweł Jasienica (Lech Beynar), Aleksander Małachowski, Jan Józef Lipski, Marta Miklaszewska-Będkowska, Jerzy Duracz, Tadeusz Byrski i Witold Jedlicki. Wokół nich skupiła się grupa członków i sympatyków Klubu znanych ze szczególnie zdecydowanych rewizjonistycznych i reakcyjnych poglądów. W grupie tej byli m.in.: Anna Rudzińska, Wojciech Ziembiński, Jan Wolski, Jan Olszewski, Aniela Steinsberg, Jerzy Jedlicki, Jan Wyka, Jerzy Kornacki, Ludwik Hass, Filip Istner, Leszek Kołakowski i Bronisław Baczko.

…Choć Klub uległ likwidacji w dniu 1.02.1962 r. – wielu jego członków nie przestało działać. Większość z nich przeszło do innych klubów i stowarzyszeń, głównie zaś do: Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Towarzystwa Kultury Moralnej, Klubu Inteligencji Katolickiej, Klubu Dobrej Roboty, a także do Klubu Członków środowiska „Życie”.

Klub członków środowiska „Życie” powstał w 1960 r. przy Zarządzie Okręgowym ZBoWiD-u w Warszawie. Utworzyli go b. członkowie OMS „Życie” i KZMP. Od 1962 r. zebrania Klubu zaczęły się odbywać na terenie Polityki Warszawskiej. Zebrania, w zależności od omawianej tematyki, gromadziły po około 50-80 osób. W Klubie tym, spośród osób związanych z Klubem Krzywego Koła, z pozycji rewizjonistycznych działali m.in. Krystyna Konwerska, Ludwik Hass, Jan Wyka (dawniej Leopold Wessman), Jan Frey-Bielecki.

Personalna identyczność dużej części członków rewizjonistycznych „klubów” z grupami patronów, czuwających nad działalnością „Komandosów”, inspirujących i pobudzających tę działalność – jest ewidentna. Niektórzy przywódcy „Komandosów” (Modzelewski, Kuroń, Michnik, Zambrowski) byli czynnymi uczestnikami „klubów” w okresie październikowym.

Krajowe powiązania „Komandosów” to powiązania nader wyraziste i określone z profesurą, literatami, a także bardziej zakamuflowane, powiązania z ludźmi zajmującymi oficjalne stanowiska państwowe czy polityczne.

Powiązania środowiska „Komandosów” z naukowcami „zwiększyły zaufanie do tego środowiska” – pisała w swym oświadczeniu z 14.08.1968 r. I. Grudzińska.

Podkreślała ona jako czynnik podnoszący to zaufanie „poważne traktowanie jego przedstawicieli przez niektóre autorytety naukowe”. Co tkwiło u podłoża takiej postawy naukowców? I. Grudzińska odpowiada i ocenia:

„Wynikało to stąd, że te autorytety propagowały postawę czynnego zaangażowania w sprawy polityczne i zależało im na wychowaniu młodzieży kierującej się takimi samymi ideałami co oni – sprawiedliwością, odpowiedzialnością młodzieży, która miała odgrywać rolę ‚sumienia’ środowisk akademickich. Dla nich, bardziej jeszcze niż dla nas – sprawiedliwość i odpowiedzialność miały przede wszystkim charakter moralny i abstrakcyjny, na co najlepszym dowodem są starania Baczki czy Baumana o wizy emigracyjne. Nie poczuwają się do tej konkretnej odpowiedzialności względem swoich wychowanków czy za sprawy, w których również mieli swój udział. Jest to naturalna kontynuacja ich postawy wygodnego nonkonformizmu. Stąd też ich sprzeciw wobec naszych usiłowań stworzenia jednolitego frontu opozycyjnego – większy radykalizm ich wychowanków zagrażałby wygodzie ich nonkonformizmu.”

Ta postawa niektórych naukowców zaważyła niewątpliwie na „kurierze” programu Modzelewskiego i Kuronia. Gdyby nie aprobata czy milczenie naukowców musiałyby dojść do głosu te opinie negatywne o programie, które sformułował np. S. Gomułka, a o których inny b. „Komandos” stwierdza, że:

„Ów program będący dziwaczną miszkulancją strzępków ekstremistycznych tendencji, zrodzonych w stuletniej tradycji ruchu robotniczego na licznych jego marginesach, nie wytrzymywał racjonalnej krytyki średnio wykształconego czytelnika nie tylko w swej całości, ale w żadnym ze swoich fragmentów”. Program ten „wymyślony poza rzeczywistością… występował w obronie interesów klasy robotniczej nie tylko polskiej, ale i światowej… wszelako klasa robotnicza występująca w nim była bytem całkowicie odrzeczywistnionym, a jej interesy subiektywną konstrukcją jego autorów”. W ten sposób „produkt zwyczajnej aberracji umysłowej został zmistyfikowany jako najwyższe osiągnięcie ideologii”.

Według opinii czołowych „komandosów” na Uniwersytecie poważna część profesury i innych pracowników nauki sympatyzowała z „Komandosami”. Dotyczy to przede wszystkim Wydziałów Socjologii i Filozofii, Ekonomii, Historii i Matematyki-Fizyki. Oni też mieli się włączyć do akcji, udzielić poparcia studentom. Brus, Kołakowski, Baczko, Pomian, Morawski, Zakrzewska, Assorodobraj, Szacki, Szaniawski, Beylin, Samsonowicz, Żółkiewski, Hirszowicz itd. – oni wraz ze środowiskiem literackim mieli udzielić wsparcia studentom.

Współdziałanie obu środowisk „Komandosów” i literatów, mające na celu doprowadzenie do demonstracji mogących wywołać polityczny rezonans, trwało od szeregu lat. Zaznaczyło się wyraźnie w związku ze sprawą „Listu 34″.

„List 34″ opracowany został na początku 1964 r. (styczeń-luty). Podpisy pod listem zebrał J. Lipski. W dniu 14 marca 1964 r. A. Słonimski złożył go w Urzędzie Rady Ministrów, o czym w dniu 16.03.1964 r. poinformował J. Lipińskiego zalecając mu jednocześnie sporządzić kilkadziesiąt kopii listu i przesłać je jego sygnatariuszom…

W wyniku zaleceń Słonimskiego list dotarł również do środowiska młodzieży akademickiej. Był tam kolportowany i dyskutowany jako wyraz solidarności młodzieży z grupą naukowców i literatów będących jego sygnatariuszami.

Równolegle z kolportowaniem kopii „Listu 34″ przygotowano na dzień 14.04.1964 r. organizację wiecu na Uniwersytecie Warszawskim. O terminie wiecu mówiono w środowisku studenckim przeszło dwa tygodnie przed jego wyznaczeniem, przy czym sugerowano, że organizatorami wiecu są Rada Uczelniana i Komitet Uczelniany ZMS. Określano przy tym, że wiec ma stanowić wyraz protestu i zamanifestowania solidarności z autonomią listu skierowanego do Premiera PRL.

Zorganizowany w dniu 14.04.1964 r. o godz. 15:30 wiec zgromadził na dziedzińcu UW ok. 1.000 studentów.

Postawa niektórych studentów solidaryzujących się z treścią listu wywołała zainteresowanie i zadowolenie jego inicjatorów oraz niektórych sygnatariuszy jak: Cat-Mackiewicza i J. Andrzejewskiego.

Z wypowiedzi K. Modzelewskiego w sposób jednoznaczny wynika, że zorganizowana wokół „Listu 34″ akcja, nie spełni nadziei i zamierzeń jej inicjatorów.

W opowieściach różnych „Komandosów” co chwila pojawiają się opisy ich zagranicznych wojaży: Wiedeń, Rzym, Paryż, Londyn. Po co jeździli? W celach turystyczno-krajoznawczych, do krewnych, do znajomych. Niektórzy zjeździli całą Zachodnią Europę wzdłuż i wszerz. Za państwowe pieniądze, przydzielane im hojnie przez tatusiów z zasobów dewizowych PRL. Żaden z „Komandosów” nie jechał na Zachód „w ciemno”. Mieli przetarte drogi, ustalone kontakty, zapewnioną pomoc w razie potrzeby. W Paryżu, Rzymie, Londynie czy Wiedniu czuli się jak u siebie w domu. Czy tylko dzięki kontaktom rodzinnym i towarzyskim? I czy naprawdę chodziło tu tylko o rozkosze turystyczno-krajoznawcze? „Komandosi’ wiedzieli, że są organizacją wąską, elitarną, że ich baza społeczna jest nikła. Szukali sojuszników. Gotowi byli związać się z każdym, kto jest przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy. Antoni Zambrowski, aby zyskać wpływy w środowisku katolickim, ochrzcił się wraz z żoną i dziećmi i wziął ślub kościelny. Gorąco agitował na rzecz wykorzystania kościoła do antypaństwowej walki. Był gorącym zwolennikiem wykorzystania kościoła do działań politycznych sprzecznych z interesami narodu. Liczył na krótką pamięć i duchowieństwa, i wiernych. Liczył na to, że nikt nie pamięta haniebnej roli, jaką jego ojciec odgrywał w okresie stalinowskim m.in. w walce z religią, prześladowaniu księży, montowaniu sądów kapturowych nad duchowieństwem, w zesłaniu i uwięzieniu prymasa Polski Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Wykorzystano wszystkie możliwości, przedsięwzięto wszelkie środki zmierzające do konsolidacji wszystkich sił, które można było wykorzystać do walki o władzę. Mimo to spadek „Komandosów” był zmową nielicznych przeciwko masie, był związkiem marginesu społecznego przeciwko społeczeństwu. Taka jest prawda o „Komandosach”. Prawdą jest także – i jest to szczególnie haniebny rozdział w działalności tego sojuszu nienawiści – że „Komandosi” świadomie, z rozmysłem i planowo związali się z ośrodkami antypolskiej dywersji, ośrodkami syjonistycznymi za granicą. Już w 1957 roku późniejszy członek Komitetu Uczelnianego PZPR na UW, twórca i kierownik Dyskusyjnego Klubu Politycznego na UW, Karol Modzelewski nawiązuje kontakt z emisariuszem trockistowskiej IV Międzynarodówki i przeprowadza z nim wstępne rozmowy na temat współpracy pewnych bliżej nieokreślonych grup w Polsce z tą międzynarodową organizacją. Na przełomie 1961-1962 roku Modzelewski przebywając we Włoszech jako stypendysta spotyka się z sekretarzem IV Międzynarodówki Livio Maitanim. W czasie tego spotkania w wyniku wymiany poglądów obaj ci gentelmani dochodzą do wniosku, że właściwie łączy ich znacznie więcej niż dzieli. Od tego czasu można już mówić nie o luźnych kontaktach, lecz o planowej współpracy polegającej na wymianie informacji, konsultacjach i współdziałaniu. Dzięki temu porozumieniu „Komandosów” uzyskali m.in. poparcie kilku wygrzebanych z lamusa entuzjastów Trockiego w Polsce. Nie był to jedyny sojusz zagraniczny „Komandosów”. Na liście sojuszników obok różnych grupek i organizacyjek anarchistycznych we Włoszech i Francji znajduje się także paryska „Kultura”, z której przedstawicielami – Giedroyciem, Jedlickim i Winczakiewiczem nawiązali „Komandosi” kontakty, oraz Wolna Europa, a także ośrodki syjonistyczne w Londynie i Paryżu.

W ramach tej współpracy wielokrotnie wyjeżdżali do Paryża, Rzymu i Londynu „Komandosi”: Barbara Toruńczyk, Adam Michnik, Irena Grudzińska, Aleksander Perski, Henryk Rubinsztajn, Wiktor Górecki, Jan Gross, Włodzimierz Kofmann, J. Juryś i inni. Prawie stałą emisariuszką „Komandosów” w Paryżu była Ewa Zarzycka, córka eksgenerała i eksprezydenta Warszawy. Zresztą w Paryżu „Komandosi” w ogóle czuli się jak u siebie w domu. Zdarzyło się, że w tym samym okresie bawiło w tym mieście kilku, a nawet kilkunastu „Komandosów” jednocześnie. W czasie wyjazdów na Zachód „Komandosi” przekazywali ośrodkom wrogiej Polsce dywersji politycznej informacje, wykorzystywane potem w kampanii antysocjalistycznej prowadzonej od lat przeciwko naszemu krajowi. Z zagranicznych wojaży przywozili do kraju rady, pouczenia i instrukcje od różnych specjalistów, jak organizować spisek w walce o władzę.

Sojusze „Komandosów” w kraju dowodzą, że mieliśmy do czynienia nie z anarcho-trockistowską grupką zwariowanych młokosów, jak to starał się fałszywie przedstawić prof. Adam Schaff, lecz ze zorganizowanym, świadomym spiskiem sił antysocjalistycznych, trockistowsko-syjonistycznych, których „Komandosi” byli instrumentem wykonawczym, wszechstronnie wyszkoloną, zorganizowaną bojówką.

Grupa „Komandosów” wiązała swój program działania z polityczną ewolucją CSRS ku kontrrewolucji.

„Spośród inspiratorów i organizatorów zajść marcowych, część związana była bezpośrednio z kierownictwem IV Międzynarodówki – G. Dobbeleerem, L. Maitanim, P. Frankiem i J. Mandelem.

Aresztowany w marcu 1965 r. do sprawy K. Modzelewskiego i J. Kuronia – L. Hass w oświadczeniu z dnia 22.03.1965 r. stwierdził:

„G. Dobbeleer przyjeżdżał (do Polski) z dokładnie sprecyzowanymi zadaniami… wypytywał (Modzelewskiego, Kuronia) o sytuację i nastroje w kraju, o to, jakie widzą perspektywy działania dla siebie”. Twierdził, że „IV Międzynarodówka stoi na stanowisku, by w każdym kraju wstępować do tej robotniczej partii, która jest silniejsza i w jej obrębie działać…, linia postępowania winna być taka, by z lewego skrzydła utworzyć z biegiem czasu partię lewicentrystowską, z silnym skrzydłem trockistowskim”. W kwietniu 1963 r. G. Dobbeleer dyskutował z K. Modzelewskim, J. Kuroniem i L. Hassem nad możliwością opracowania dokumentu oceniającego sytuację w Polsce, który zostałby opublikowany przez wydawnictwa IV Międzynarodówki. Modzelewski i Kuroń na opracowanie takiego dokumentu wyrazili zgodę…

Porównanie uchwał V Kongresu IV Międzynarodówki (do Polski dotarły one latem 1963 r.) z opracowaniami J. Kuronia i K. Modzelewskiego wykazuje podstawowe zbieżności. Uwidacznia się to w terminologii oraz w zasadniczych tezach obu dokumentów.

Charakterystycznym jednak dla zajść marcowych w Warszawie jest kierunek reprezentowany przez P. Franka. W czasie spotkania z J. Stodolniakiem w Paryżu twierdził on m.in.:

„Wydałem już w swym życiu miliony czy nawet dziesiątki milionów odezw, ale popatrzcie, jakoś klasa robotnicza Francji nie ruszyła się… liczymy na to, że nie odezwy, ale jakieś nieoczekiwane wydarzenia mogą wywołać u niej wstrząs psychiczny i wówczas sobie przypomni, że jest następczynią Komunardów”.

Tak więc na tle tego kierunku, jasne stają się poczynania inspiratorów i organizatorów różnego rodzaju zdarzeń, jakie miały miejsce w ostatnich latach w Polsce. W każdym przypadku chodziło o przygotowanie, poprzez odpowiednio wcześniej puszczoną w obieg szeptaną bądź pisaną propagandę, takiego zdarzenia, które według zamierzeń organizatorów miało stanowić detonator dla wywołania zamieszek ogólnokrajowych i wciągnięcia w nie młodzieży akademickiej a następnie klasy robotniczej. Skrupulatnie przestrzegano przy tym zasady, aby przygotowaniom do wywołania ognisk zapalnych w Polsce towarzyszyła odpowiednia propaganda radia „Wolna Europa”, „Kultury Paryskiej” i innych wydawnictw wrogich Polsce ośrodków.

Z oświadczenia H. Szlajfera: „O JCR mówił mi Adam i było to pierwsze ‚puszczenie farby’. Zresztą do końca nie znam wszystkich faktów, niemniej jednak pod koniec 1967 r. sytuacja się krystalizuje. Karol i Jacek utrzymywali dość ścisły kontakt z Quatrieme Internationale (IV Międzynarodówka) a przede wszystkim z trockistami włoskimi i francuskimi. JCR było organizacją młodzieżową przy IV Międzynarodówce.

Kilka dni przed Nowym Rokiem 1968 rozmawiałem z Adamem na temat IV Międzynarodówki. Dość ostrożnie ‚badałem go’, co wie bliżej na ten temat. Odpowiedział, że Karol i Jacek znają niektórych trockistów i że ‚Komandosi’ wcześniej czy później muszą przyjąć jakieś formy organizacyjne. Podał projekt stworzenia Klubu Dyskusyjnego imienia Che Guevary przy którymś z klubów studenckich.”

Wielka łatwość odbywania wojaży zagranicznych przez uczestników grupy „Komandosów”, koligacje rodzinne za granicą – miały istotne znaczenie dla jej funkcjonowania.

Tak np. w październiku-listopadzie 1966 r. W. Górecki przebywał w Paryżu, gdzie dzięki pomocy Barbary Toruńczyk – czołowej działaczki grupy „michnikowców” – zakupił około czterdzieści książek o antysocjalistycznej treści.

Wielokrotnie wyjeżdżali za granicę „Komandosi”: Barbara Toruńczyk, Adam Michnik, Irena Grudzińska, Aleksander Perski, Henryk Rubinsztajn, Wiktor Górecki, Jan Gross, Włodzimierz Kofman, Ewa Zarzycka.

Organizowali tam manifestacje przeciw polskim ministrom (w Paryżu), zamieszczanie płatnych ogłoszeń, reklamujących rewizjonistyczny utwór Modzelewskiego i Kuronia (Rzym).

„W październiku 1966 r. wyjeżdża do Francji Barbara Toruńczyk. W lutym 1967 r. w czasie wizyty Ministra Henryka Jabłońskiego we Francji mają miejsce demonstracje protestacyjne przeciwko uwięzieniu Karola i Jacka. Inspiratorem tych demonstracji jest organizacja młodzieży trockistowskiej JCR (Jeunesse Communist-Revolutionaire). Toruńczyk nawiązała z nimi kontakt jeszcze przed wizytą Jabłońskiego. Np. jadąc do Francji przywiozła memoriał Jacka i Karola, który został wydrukowany najpierw przez Instytut Literacki w Paryżu, a następnie przez Wydawnictwo Włoskie” (Z oświadczenia H. Szlajfera).

Przy pomocy ośrodków zagranicznych usiłowano dokonać integracji tzw. „lewicy intelektualnej”.

Michnik był zdania, że krok ten spowoduje poruszenie tej lewicy i zmusi ją do zabrania głosu na ściśle konkretne tematy, zamiast jak dotąd teoretyzowania w sposób dwuznaczny. W październiku 1967 r. ma miejsce spotkanie J. Grossa z jednym z „Komandosów” przewidzianym do przeprowadzenia rozmów z przedstawicielami „polskiej lewicy intelektualnej”, w trakcie którego Gross powołując się na uzgodnioną rozmowę z Michnikiem indaguje go, kiedy rozpocznie on przeprowadzanie rozmów. W trakcie tego spotkania okazało się, że „Kontakt z redakcją „Temps Modernes” nawiązała Barbara Toruńczyk w czasie swojego pobytu za granicą najpierw z członkiem KC FPK Vigierem, który kiedyś bawił w Polsce, a następnie za jego pośrednictwem z członkiem redakcji „Temps Modernes” nazwiskiem Lancberg.

Na temat sposobu przekazania materiału do publikacji za granicą A. M. oświadczył: „Michnik odpowiedział mi, że nie muszę zaprzątać sobie głowy tą sprawą, gdyż całkowicie biorą ją oni na siebie. Modzelewski z Michnikiem nie chcieli omówić ze mną tej sprawy, a jedynie dali mi do zrozumienia, że poczynania ich cieszą się poparciem poważnych osób, które są w stanie przesłać poza kontrolą każdą rzecz. Z ich wypowiedzi wynikało, że już nie takie sprawy załatwiali, a Michnik dał do zrozumienia, że swego czasu przesłali tą drogą poważniejsze materiały.”

Celem publikacji w „Temps Modernes” było doprowadzenie do konsolidacji „lewicy” w drodze zamieszczenia we francuskim czasopiśmie artykułów napisanych przez publicystów i naukowców polskich oraz inne osoby, które miały coś do powiedzenia w sprawach politycznych, a w szczególności w sprawach lewicy i opozycji. Artykuły które zamierzano wydrukować w „Temps Modernes” miały być swego rodzaju manifestami politycznymi ich autorów. W konsekwencji posunięcie to miało zdopingować wszystkie elementy lewicowe w Polsce do skrystalizowania swych postaw, do wzięcia udziału w dyskusji nad stworzeniem jednolitego programu, a więc konsolidacji tej lewicy.

„Komandosi” chętnie korzystali z usług korespondentów zagranicznych w Polsce: Eugene Kramera, Henry Kamma, Francesco Arguiamego.

H. Szlajfer tak przedstawia koncepcję posługiwania się korespondentami zagranicznymi:

„31 stycznia ‚wybucha’ sprawa z ‚Dziadami’… Dowiaduję się o tym od Adama i jeszcze tego samego dnia (wieczorem) idziemy do Bernarda Margueritte’a (Le Monde). Było dla mnie oczywistym, że takiej gratki jak zdjęcie ‚Dziadów’ nie można wypuścić z rąk. Margueritte miał być eleganckim ‚narzędziem’, którym się posłużymy, aby zdjęcie ‚Dziadów’ nie umarło śmiercią naturalną.”

Ewolucja polityczna Czechosłowacji stanowiła jedno ze źródeł nadziei „Komandosów”. Stąd tak wiele uwagi poświęcono tym wydarzeniom, stąd próby nawiązywania bezpośrednich kontaktów, stąd hasła.

Nie przypadkiem też ulotka wydana w Paryżu 16 marca 1968 roku przez agendy IV Międzynarodówki zwraca się do studentów i robotników polskich i czechosłowackich z salutem braterskim.

Głosi ona m.in.:

„Studenci Polscy, studenci z Czechosłowacji, Wy dokazujecie waszą walką waszą odpowiedzialność do walki o rewindykacje wszystkich robotników. Wy wszyscy manifestujecie tylko o wolność tworzenia, prawa studenckie, prawa słowa są ściśle związane z głównymi rewindykacjami klasy robotniczej i wszystkich robotników, którzy są atakowani przez obniżenie stopy życiowej i zarobków, przez brak mieszkań, podwyżki cen i bezrobocie. Biurokracja próbuje stawić się przeciw zdobyczom socjalistycznym. Biurokracja próbuje stawić klasę robotniczą przeciw studentom, oddzielić ich i sprzeciwić. To dawna metoda! Bo, jak 1956 r. dokazał, z jedności sytuacji uciśnionych robotników i studentów wynurzyła się jedność ich walki i jedyna władza całkowita rady robotniczej może realizować wszystkie rewindykacje. Otóż dlatego brutalność biurokratów Polskich i koncesje chwilowe ich wspólników Czechosłowaków. Dlatego macie rację mówić ‚robotnicy z nami’ i działać z nami konsekwentnie.”

Zagraniczne powiązania „Komandosów” i charakter tych powiązań nie pozostawiają cienia wątpliwości, że działali oni w porozumieniu z wrogami naszego kraju za granicą, że nie będąc agenturą w wywiadowczym sensie, byli nią w sensie politycznym. Wchodząc w porozumienie z wrogimi Polsce ośrodkami zagranicznymi, przekazując tym ośrodkom różne informacje polityczne, społeczne i ekonomiczne, dopuścili się „Komandosi” niewątpliwego aktu przestępczego. Taka jest polityczna i moralna wymowa działania „Komandosów”.

 

„KOMANDOSI”

Analiza sytuacji społeczno-politycznej i ekonomicznej w kraju doprowadziła „Komandosów” do wniosku, że istniejącego w 1956 r. stanu rzeczy nie da się zmienić ani drogą zbrojnego zamachu, ani przy pomocy środków parlamentarnych. Trzeba było szukać drogi. Udział „Komandosów”, a przynajmniej młodych „Komandosów”, w wypracowaniu strategii i taktyki spisku był dosyć nikły. Istniały przecież wypracowane od wielu lat koncepcje walki. W oparciu o nie „Komandosi” w porozumieniu z zagranicznymi i krajowymi sojusznikami opracowali własną strategię i taktykę.

Taktyka „Komandosów” polegała na tym, by inspirować, wzniecać i wzmagać ogniska napięć społecznych, wzmagać wszelkimi dostępnymi środkami narastające niezadowolenie społeczeństwa, siać zamęt i dezorientację, rozdmuchiwać do monstrualnych rozmiarów istniejące i nasilające się w naszym życiu przejawy zła, w myśl zasady: im gorzej – tym lepiej. Zgodnie z instrukcjami IV Międzynarodówki m.in. Dobbelera „Komandosi” mieli działać wewnątrz partii, aby rozkładać ją tworząc frakcje i dążąc do rozłamów. Na zewnątrz zaś jedną z naczelnych tez lansowanych przez „Komandosów” było taktyczne atakowanie kierowniczej roli partii, propagowanie tzw. pluralizmu, oczywiście tylko do czasu ponownego przechwycenia władzy w partii. Potem wszystko wróciłoby do starych wypróbowanych metod okresu stalinowskiego.

W rachubach swych „Komandosi” postawili na młodzież. Nie tylko dlatego, że młodzież, a szczególnie młodzież akademicka, jest łatwozapalna, ofiarna, lecz także dlatego, że młodzież ta miała bardzo nikłe pojęcie o najnowszej historii naszego kraju, w tym także o tym, czym był okres kultu jednostki i jaką rolę w systemie takiego okresu spełniali aktualni liberałowie. Młodzież zatem, szczególnie młodzież akademicka odpowiednio psychicznie przygotowana, miała się stać w określonej chwili owym żywiołem, który sprowadzi chaos. Opiekunowie „Komandosi”, zarówno ci bezpartyjni z UW, Związku Literatów Polskich, a także ci pośredni, z wyższych pięter aparatu władzy, którym grunt palił się pod nogami, bo socjalizm w Polsce stawał się zbyt polski, mieli w odpowiednim momencie wesprzeć działania „Komandosów”, nadać im ów konieczny stempel powagi i autorytetu.

Nazwiska niektórych z nich, nazwiska głośne i znane, miały spełnić niepoślednią rolę w uruchomieniu mas młodzieży, miały być „Komandosami” – bez czego nie poszedłby za nimi najbardziej naiwny z naiwnych studentów rangą społeczną i polityczną.
Byli „czerwoni harcerze”, byli „raczkujący rewizjoniści”, dzięki wpływom tatusiów i protekcjom opiekunów, nie mieli żadnych trudności w dostaniu się na wyższe uczelnie. Czy można uznać za przypadek, że wszyscy albo prawie wszyscy znaleźli się na UW? Czy przypadek sprawił, że prawie wszyscy wybrali filozofię bądź ekonomię? To także należy przypisać świadomemu działaniu. To także była taktyka, zamysł, plan. Zanim bowiem dojść miało do upragnionego chaosu, trzeba było zaczynać od małych kroków, małych sukcesów. Celem pierwszym w planach „Komandosów” było zdobycie wpływu na młodzież innych wydziałów. Cel pierwszy, przy aktywnym poparciu protektorów, prof. B. Brusa, L. Kołakowskiego, Z. Baumanna i innych, został bardzo szybko osiągnięty. Wydziały Filozofii i Ekonomii stały się bazą wypadową „Komandosów” w ich awanturniczych planach. Był taki okres w działalności „Komandosów”, gdy usiłowali oni przechwycić inicjatywę w organizacji partyjnej i ZMS-owskiej Uczelni. Wtedy właśnie, ówczesny członek KU PZPR Karol Modzelewski, zorganizował Dyskusyjny Klub Polityczny i sieć kółek samokształceniowych. Szybko jednak „Komandosi” zostali odparci, a po pierwszych ich atakach odsunięci od wpływów zarówno w KU PZPR, jak też ZMS.

Formy organizacyjne aktywności politycznej tkwiącej u źródeł wydarzeń „marcowych”, były dostosowane do charakteru środowiska i wynikały z doświadczeń działających w latach 1955-1962 klubów i stowarzyszeń, zmierzających – generalnie biorąc – do urzeczywistnienia rachub na drugi etap przemian październikowych.

„Klub Krzywego Koła” i „Klub członków środowiska Życie”, będące ośrodkami rewizjonistycznej myśli i działalności, zaliczały do grona aktywnych uczestników m.in. studentów Uniwersytetu Warszawskiego (K. Modzelewski, J. Kuroń, J. Lewicka, J. Frenzel, J. Karpiński), uczniów szkół średnich (A. Michnik). Sympatykiem Klubu Krzywego Koła był również A. Zambrowski.

Po rozwiązaniu Klubu Krzywego Koła w dniu 5 lutego 1962 roku J. Kuroń przystąpił do organizowania tzw. „Międzyszkolnego Klubu Dyskusyjnego” (inaczej „Klub Poszukiwaczy Sprzeczności”, „Klub Michnika”). Klub ten zwrócił uwagę K. Modzelewskiego w marcu 1962 r. po jego powrocie z Włoch, gdzie zetknął się z działalnością ugrupowań trockistowskich.

Możliwość oddziaływania na grono skupionej tam młodzieży staje się dla niego, a także J. Kuronia pozbawionego wówczas pracy w Głównej Kwaterze ZHP na skutek „upartego manifestowania błędnych koncepcji pedagogicznych”, szansą realizacji ich politycznych zamierzeń. Równolegle do „pracy” wśród młodzieży szkolnej K. Modzelewski i J. Kuroń podejmują działania zmierzające do uzyskania wpływów na młodzież studencką i opanowania działających w tym środowisku organizacji. W tym celu doprowadzają do powstania „Dyskusyjnego Klubu Politycznego” na UW oraz szeregu kół dyskusyjnych i grup działania.

Sens tych działań przedstawia Szymon Szechter:

„…Moim zdaniem trzeba ich ustawicznie nękać, (Leszek Kołakowski – przyp. aut.) też jest tego zdania. Trzeba by pomyśleć o jakimś proteście studentów. Ile zbierzesz podpisów… Ja zbiorę ich więcej. Ilu studentów przeczytało w Komitecie ‚List otwarty’? – Chyba około dwustu. – A ilu mogło przeczytać? – Tysiąc. Jak wyobrażasz sobie jeszcze inaczej nękanie? – Kluby, dyskusje, kółka samokształceniowe itp. Rozwiążą jedne, powstaną nowe. – Gdzie, według ciebie jest najwięcej młodzieży, na którą można liczyć? – Na mat.-fiz., socjologii, filozofii (to zasługa Leszka) i na ekonomii. – Na ekonomii dzięki Brusowi…” – Brus to dworska opozycja. (Fragment pamiętnika S. Szechtera z 24 V 1965 r.).

„Międzyszkolny Klub Dyskusyjny” – dla młodzieży szkół średnich, powstał pod patronatem ZMS przy Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Skład osobowy Klubu był dokładnie wyselekcjonowany. Jego członkami byli przede wszystkim uczniowie szkół: im. Stefana Batorego, im. J. Słowackiego, im. M. Reja i im. K. Gottwalda w Warszawie, przy których istniały i działały uprzednio „drużyny walterowskie ZHP”. Aktywiści tych drużyn w większości stali się członkami Klubu.

W 1962 r. do zarządu Klubu wchodzili: A. Michnik, Józef Blass, Jan Gross, Irena Grudzińska, Włodzimierz Rabinowicz i Andrzej Titkow (syn byłego I sekretarza KW PZPR w Warszawie). Początkowo spotkania członków Klubu odbywały się za zgodą prof. A. Schaffa, w pomieszczeniach Wydziału Filozofii UW, a od października 1962 r. w Staromiejskim Domu Kultury.

W jednym z dokumentów, zatytułowanym „Czym jest nasz Klub”, jego autorzy m.in. stwierdzają: „…chcielibyśmy zmobilizować warszawską ZMS, aby wraz z nami zaczęła stawiać przed młodzieżą problemy XX wieku. Akcję naszą nazywamy kryptonimem ‚szturmem na szkoły’ – są w przygotowaniu komisje tego typu jak: rusycystyczna (ma się zajmować kontaktami z rosyjskim środowiskiem młodzieżowym), czy romanistyczna (idzie tu przede wszystkim o porozumienie z włoską młodzieżą komunistyczną)…” Wspomina się również o potrzebie powołania sekcji kontaktów z „Klubem Inteligencji Katolickiej”.

Jedną z form działania Klubu stanowiły okresowe spotkania, poświęcone wysłuchaniu prelekcji i dyskusji nad przedstawioną problematyką. W. Kofman wyjaśnił, że prelekcje m.in. wygłaszali: „…profesorowie Bauman, Baczko, Schaff, Kołakowski…”. W Klubie wygłoszono przykładowo prelekcje na temat: „Co to jest społeczeństwo” (Z. Bauman), „Historia i jednostka” (B. Baczko), „Ideały gospodarcze socjalizmu” (W. Brus), „O warstwach i klasach” (B. Minc), „Nowa fala w Związku Radzieckim” (Witold Dąbrowski), „Kryteria wiary współczesnego katolika” (ks. B. Dembowski), „Perspektywy młodzieży zaangażowanej” (J. Kuroń).

Dla członków Klubu organizowano – pod patronatem ZMS – obozy dyskusyjne. Jeden z takich obozów zorganizowany został zimą 1962/63 roku w ośrodku szkoleniowym ZMS w Rozalinie. Uczestniczyło w nim około 30 członków Klubu. Prelekcje m.in. wygłosili Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, ten ostatni na temat sytuacji we Włoszech i kierunków Włoskiej Partii Komunistycznej.

Równolegle do działań zmierzających do zorganizowania Młodzieżowego Klubu Dyskusyjnego w 1963 r. Modzelewski rozpoczął przygotowania do zorganizowania studenckiego Klubu Dyskusyjnego na UW. Chodziło bowiem o uzyskanie w tym środowisku możliwości legalnego głoszenia syjonistycznych i trockistowskich poglądów i koncepcji politycznych…

Polityczny Klub Dyskusyjny przy UW rozpoczął działalność w końcu 1962 roku. Jego kierownikiem został Karol Modelewski. Patronat nad Klubem objął ZU ZMS…

Podobnie jak w „Klubie Michnik”, poprzedzające dyskusję prelekcje w Politycznym Klubie Dyskusyjnym wygłaszali m.in. A. Schaff, L. Kołakowski i W. Brus.

Obok przedstawionych wyżej powstaje w środowisku studenckim szereg grup dyskusyjnych, których członkowie kontynuują klubowe dyskusje na spotkaniach towarzyskich. Później spotkania te przybierają charakter konspiracyjnych zebrań.

W drugiej połowie 1964 r. A. Michnik dostarczył W. Kofmanowi część „Broszury programowej”, opracowanej przez K. Modzelewskiego i J. Kuronia, z zaleceniem zapoznania z tą treścią członków wspomnianego kółka dyskusyjnego.

„…Jak twierdził A. Michnik, podobnych kół dyskusyjnych istnieje więcej, a ich działalność ma na celu przygotowanie uczestników dyskusji do realizacji programu politycznego opracowanego wówczas na piśmie przez Modzelewskiego i Kuronia…” (W. Kofman).

Inną, podobną grupą dyskusyjną, kierował w 1964 r. Józef Chajn. W skład tej grupy wchodzili m.in. Aleksander Perski, Jan Gross, Sylwia Beker-Mackiewicz. W skład innej grupy dyskusyjnej wchodziły m.in. Barbara Toruńczyk i Maryna Ochab.

Jednym z istotnych elementów planu działalności inspirowanej i kierowanej przez K. Modzelewskiego i J. Kuronia była akcja opanowywania legalnych organizacji studenckich, narzucania im kierunku i oblicza politycznego.

W 1964 r. K. Modzelewski, przy współudziale zwolenników swoich koncepcji politycznych, forsuje koncepcję tworzenia „oficjalnych” kół dyskusyjnych na terenie UW. Jego zwolennicy podejmują działalność zmierzającą do opanowania uniwersyteckich organizacji ZMS i ZSP, aby wykorzystać je do głoszenia koncepcji politycznych, „wypracowanych” na spotkaniach „kółek dyskusyjnych”.

W marcu 1965 r. miało się odbyć zebranie kierowników wszystkich grup dyskusyjnych, na którym miał być dyskutowany memoriał Karola Modzelewskiego… Do spotkania takiego nie doszło na skutek aresztowania Modzelewskiego i Kuronia w dniu 19.03.1965 r.

Aresztowanie to i w konsekwencji proces Modzelewskiego i Kuronia nie położyły kresu działalności grup integracyjno-dyskusyjnych, wprost przeciwnie, skłoniły tylko do bardziej zakonspirowanej działalności, a ponadto wyzwoliły chęć powołania do życia nowych podobnych grup. Wśród nich wymienić trzeba: grupę A. M., grupę Wiktora Góreckiego oraz grupę Antoniego Zambrowskiego.

Grupa W. Góreckiego powstała w połowie listopada 1966 roku w wyniku porozumienia z J. Dajczgewandem, J. Lityńskim, I. Lasotą, T. Bogucką. Cel powstania i program działania grupy przedstawił Józef Dajczegewand na jednym z pierwszych zebrań. Został on zaakceptowany przez członków grupy. – Józef Dajczgewand stwierdził, że program działalności naszej grupy winien zawierać realizację haseł: wolności słowa, dostępu do prasy, wolności swobodnego zrzeszania się oraz zagwarantowania swobodnej działalności politycznej. Realizacja tych haseł winna być walką wydaną monopolowi władzy (W. Górecki).

Grupa A. M. powstała w grudniu 1966 r. W jej skład wchodzili: A. M., J. Syrski, R. Mroziewicz, J. Kofman, J. Lewicka, J. Gross, J. Karpiński, T. Burek, W. Kuczyński, M. Król, M. Dziewulska, W. Narojek.

W działalności tej grupy, która trwała od grudnia 1966 roku do rozruchów marcowych br., a której założeniem była integracja tzw. „polskiej lewicy intelektualnej” w celu rozpoczęcia opozycyjnej działalności sprzecznej z polityką Partii i Rządu, wyróżnić można trzy okresy:

Okres pierwszy: od powstania grupy (grudzień 1966) do połowy 1967 roku, kiedy to na skutek konfliktu pomiędzy A. Michnikiem i J. Syskim doszło do czasowego zahamowania działalności grupy.

Okres drugi: od sierpnia do października 1967 r. Okres ten charakteryzuje się wzmożeniem aktywności grupy, w związku ze zwolnieniem K. Modzelewskiego i jego bezpośrednim włączeniem się w działalność grupy.

Okres trzeci: od października 1967 r. do rozruchów marcowych. W okresie tym daje się zauważyć częściowe odejście grupy z płaszczyzny bezpośredniego podporządkowania grupie centralnej Modzelewskiego i Kuronia. Do ponownego podporządkowania i wspólnej działalności dochodzi dopiero w czasie zajść ze zdjęciem z afiszu dramatu „Dziady” i wypadków marcowych.

Działalność tej grupy uzewnętrzniła się w organizowaniu zebrań, które odbywały się w mieszkaniach Mroziewicza i Smolara, udziału w akcji petycyjnej w związku z postępowaniem dyscyplinarnym przeciwko Michnikowi i innym studentom. (Syski i Lewicka zbierali podpisy wśród pracowników naukowych), w próbie publikacji przedstawicieli tzw. „polskiej lewicy intelektualnej”, na łamach francuskiego pisma „Temps Moderne” oraz aktywnego uczestnictwa w zajściach związanych ze zdjęciem „Dziadów” i w rozruchach marcowych.

W sieci studenckich grup dyskusyjno-integracyjnych szczególną rolę miała odegrać grupa pozostająca pod bezpośrednim wpływem A. Michnika. Miała to być grupa inspirująca i kierująca. Zdaniem Michnika grupa miała stać się „sztabem – mózgiem” kierującym działalnością studenckich grup, które już w tym czasie istniały. „Kierowanie grupami polegać miało na przekazywaniu im pewnych opracowań, teorii będących rezultatem dociekań naszej grupy…”

 

MÓZG WYŻSZEGO RZĘDU

Gdy 8 marca 1968 roku na dziedzińcu UW rozległy się antypaństwowe okrzyki, gdy więc przekształcił się w awanturę, wielu sądziło, że jest to spontaniczna, żywiołowa akcja rozgorączkowanej młodzieży. Naiwni! Nie znali mechanizmów kierujących precyzyjnie, aż do najdrobniejszych detali owym żywiołem, nie znali reżyserów dramatu i ich metod. Nie wiedzieli, że wydarzenia marcowe były z premedytacją, od lat przygotowane, a prawie gotowy scenariusz marca był opracowany już w jesieni 1967 r. Zresztą marzec nie był bynajmniej pierwszą próbą wywołania pożądanego chaosu.

Nurt opozycyjnej aktywności studenckiej nie był zawieszony w próżni. Studenckie grupy integracyjno-dyskusyjne miały być powiązane z „mózgiem wyższego rzędu”, który będzie kierował ich pracą. Skład grupy „mózg wyższego rzędu” stanowili profesorowie określani mianem liberałów, z którymi już rozmawiano i którzy wyrazili chęć akceptacji tych koncepcji.

Poczynania, zmierzające do włączenia grup studenckich w szerszy nurt tzw. integracji polskiej lewicy intelektualnej – nasiliły się w sierpniu 1967 r. po wyjściu z więzienia K. Modzelewskiego.

„Chodziło o konsolidację ‚lewicy’ w celu zabrania przez nią głosu w sprawach społecznych, ideologicznych i gospodarczych. Miał to być szeroki krąg osób o poglądach opozycyjnych. Były to osoby zgrupowane swego czasu wokół tygodnika ‚Po prostu’ oraz w ‚Klubie Krzywego Koła’ (…) K. Modzelewski zaakcentował bardzo mocno konieczność tworzenia szerokiego frontu opozycyjnego i zmuszenia tej opozycji do działania. Front opozycyjny miała jego zdaniem skonsolidowana ‚intelektualna lewica polska’ zwana inaczej ‚lewicą październikową’. Modzelewski nie wymieniał nazwisk osób zaliczanych do tej lewicy, gdyż doskonale rozumieliśmy się w tej sprawie. Chodziło o osoby nazywane w języku partyjnym i państwowym – rewizjonistami. W czasie opisywanej rozmowy ja także byłem przekonany o konieczności konsolidacji ‚polskiej lewicy intelektualnej’ i wierzyłem, że odgrywa ona doniosłą rolę w życiu naszego kraju” – relacjonował jeden z uczestników grupy.

Przywódcy „Komandosów” dawali do zrozumienia (znajdowało to pośrednie potwierdzenie w faktach), że ich powiązania sięgają wyżej, sięgają ośrodków władzy, że poczynania ich cieszą się poparciem poważnych osób.

O roli i pozycji tzw. „lewicy intelektualnej”, tudzież o jej odpowiedzialności za poczynania „Komandosów” tak w dobrowolnym oświadczeniu (pisanym 14.08.1968 r.) stwierdziła Irena Grudzińska.

„Drugą sprawą jest powtarzająca się intencja grupy, mająca na celu ‚zjednoczenie polskiej lewicy intelektualnej’ (wspomniałam już o tym poprzednio). Najpierw jednocześnie to miało służyć stworzeniu szerokiego frontu opozycyjnego i skłonienia czołowych przedstawicieli ‚lewicy’ (jak Kołakowski, Pomian, Brus) do sformułowania całościowego programu opozycyjnego. Potem zaś, gdy te plany upadły ze względu na niesnaski wśród ‚stwarzających’ ten front, jak i opory ze strony ‚lewicowych intelektualistów’, usiłowano wykorzystać ich dla celów stawianych sobie przez ‚Komandosów’ i ich przywódców. Nie wiem w jakim stopniu przedstawiciele ‚lewicy intelektualnej’ współpracowali z ‚Komandosami’ w ostatnich tygodniach przed wiecem, ale sądzę, że bez ich czynnego poparcia grupa w ogóle by nie powstała, a zatem w każdym wypadku są współodpowiedzialni za wiec i jego następstwa…

Tak np. w końcu stycznia br. A. Zambrowski w kręgu osób zaufanych wysuwał pogląd, że możliwość zmian jest funkcją „sytuacji na górze, a nie sytuacji na dole”. Zdaniem A. Zambrowskiego „obecne czystki wytwarzać będą szerszą warstwę niezadowolonych, którzy staną się zalążkiem drugiej siły i wyłonią w odpowiednim momencie alternatywnego przywódcę”. Widzi dwóch ewentualnych przywódców – swojego ojca Romana i Jerzego Modzelewskiego „Czynnikiem, który stale pracuje na rzecz drugiej siły jest rozwój sytuacji politycznej w bloku socjalistycznym. Przykład Czechosłowacji oddziaływuje mocno i niebawem – ludzie zaczną prawidłowo kojarzyć czystki w Polsce z hamowaniem rozwoju liberalizacji, co będzie najlepszą reklamą dla usuwanych.” Również Stanisław Gomułka w rozmowach z zaufanymi osobami mówił, że uważa Jerzego Modzelewskiego za najodpowiedniejszego alternatywnego przywódcę, ponieważ odstąpił on od współpracy z Gomułką w momencie łamania się linii października, a będąc w Anglii zapoznał się z funkcjonowaniem „demokratycznego społeczeństwa”.

Jeden z „Komandosów” w obszernym opracowaniu „Sprawa Komandosów”, mającym charakter socjologicznej analizy, bardzo zdecydowanie podkreśla, że wydarzenia „marcowe”, będące ekstremizmem działań młodych „Komandosów” – były na pewno polityczną prowokacją starych „Komandosów”.

„Gdy ogólna podatność na histerię ma się jednak przerodzić w określoną atmosferę, w której następnie zrodzone zostaną czyny, przejść należy do działań bardziej bezpośrednich. W nich mają do odegrania swoją rolę dwa instrumenty: barykada „opozycyjnego” stolika w pewnej kawiarence na Foksalu (rolę męża politycznego pełni w niej Stefan Staszewski, tym razem występujący jako rzecznik „liberalizmu”, rolę statysty duchowego, zaś Antoni Słonimski, tym razem pozujący na ostatniego wieszcza), przez tę barykadę działają tajemnicze ośrodki polityczne, dla których stanowi ona propagandową transmisję…”

W wymienionym opracowaniu charakteryzuje on „Komandosów” jako, z jednej strony – grupę towarzyską, z drugiej – „stowarzyszenie polityczne założone dla biernej kontemplacji świętej księgi”, ale także jako grupę działającą.

W sferze uzasadnień tego działania był tworzony i istniał system mitów, w sferze jego organizacji – system reguł praktycznych.

Na system mitów składały się:

• mit wodzów (wyjątkowość politycznej przeszłości, czyści, bezkompromisowi, nieugięci, cierpiący),

• mit programu (jedynego!),

• mit działania (działanie radykalne, akcja bezpośrednia – każdy krok, który zmierzał do zamącenia społecznego porządku w dowolnie wybranej sytuacji, był dobry),

• mit moralnej czystości,

• mit ruchu (istniejącego, rzekomo dysponującego kontaktami z „klasą robotniczą” i rzecznikiem „klasy robotniczej” w innych krajach świata).

Na system reguł praktycznych składały się następujące zasady:

• zasada wyłączności decyzji „wodzów”,

• zasada częściowej informacji,

• zasada wykonawczej roli członków grup,

• zasada ochrony „wodzów”.

Dalej tak opisuje on funkcjonowanie tego mechanizmu w konkretnych sprawach:

„…najsampierw, zgodnie z mitologicznym porządkiem tego myślenia tworzy się atmosferę historycznego podniecenia wokół jakiejś dowolnie wybranej ‚sprawy’, która ma się stać pretekstem kolejnej akcji. Wodzowie w znany tylko sobie sposób omawiają sytuację oraz decydują konkretny kształt tej akcji, podejmują w swoim gronie, do którego od czasu do czasu zależnie od powodów technicznych bywa dopuszczany ten lub ów z bardziej zaawansowanych ‚Komandosów’, decyzję o jej przeprowadzeniu. Ustalają wtedy terminy, okazje, listę ludzi, którzy zostaną wyznaczeni do jej przeprowadzenia oraz zespół przedsiębranych zabiegów. Kiedy całość ta jest już gotowa, wzywa się na ‚spotkanie’ potrzebnych do przeprowadzenia akcji ludzi i stawia w obliczu gotowych zleceń. Nie znają oni ani całości, ani też pełnego sensu inicjowanego przedsięwzięcia, to co podaje się im do wiadomości, jest tylko zasobem informacji niezbędnym do wykonania polecenia. Jeśli nie wystarcza do uczestnictwa w owym powyżej opisanym mitologicznym porządku wiary. Struktura sytuacji łatwo zostaje przekształcona w strukturę moralnego terroru – odmowę, przedstawi się jako odstępstwo, tchórzostwo lub konformizm. Jeśli komuś przyjdzie do głowy zastanowienie się nad nieznaną mu całością i zażąda ponownego rozpatrzenia decyzji, wtedy powie się, że jest już za późno, ponieważ akcja została już rozpoczęta i nie można robić świństwa kolegom, którzy już działają. Udział w politycznym wichrzeniu zostanie przedstawiony jako akt moralnej solidarności. W ten sposób ci, którzy dotąd mieli wątpliwości, poczują się winni wobec swoich, już wciągniętych do afery współtowarzyszy i zaczną na wyprzódki reklamować swoją entuzjastyczną gotowość. Zadania zostaną sprawnie przez wodzów rozdzielane, ponieważ ustalili oni już uprzednio ich plan, ustalony również zostanie sposób ‚kontaktowania’ się i przebiegu akcji, tak pomyślany, aby na wypadek interwencji władz, wodzowie pozostali poza kręgiem, jeśli nie podejrzanych, to przynajmniej bezpośrednich sprawców. W dyskusji, która będzie już miała tylko techniczny charakter, uda się od czasu do czasu któremuś z maluczkich usprawnić jakiś szczegół, co zostanie ze zrozumieniem przez ‚wodzów’ przyjęte. Inicjatora się pochwali, aby wszyscy mieli poczucie współuczestniczenia w podejmowaniu decyzji. Kiedy akcja zostanie już rozkręcona, wodzowie znikną, a bezpośrednio narażonymi na represje pozostaną wykonawcy ich poleceń, jako że oni wykonywać będą konkretne działania. Stopień konkretności tych działań będzie wzrastał w miarę oddalania się od ośrodka dyspozycyjnego – najbardziej czarną i najbardziej też spektakularną, a zatem najbardziej narażoną na represję robotę wykonywały osoby przypadkowe lub mające mniejszą dla grupy wartość. System ten działa ‚w górę’ i ‚w dół’, by tak rzec – to znaczy dotyczył on studentów, wciąganych do różnych akcji poprzez wykorzystywanie ich młodzieńczej szlachetności, ale dotyczył też pracowników naukowych i profesorów…”

Potwierdzenie powyższych spostrzeżeń zawarte jest m.in. w oświadczeniu Ireny Grudzińskiej. Znamienne są jej uwagi na temat „programu” i na temat terroru moralnego, jaki obowiązywał w stosunkach wewnątrz grup.

I. Grudzińska pisze w oświadczeniu z dnia 14 VIII 1968 r.:

„Na proces krystalizacji grupy złożyły się więc następujące elementy: 1. Opinia w sprawie Modzelewskiego i Kuronia, czyli to, o czym pisałam powyżej, jak i podkreślanie faktu, że ponoszą oni ofiarę w imię swych poglądów, że ich jedynym całościowym programem zmian politycznych, a więc byłby świetną płaszczyzną dyskusji (program ten znany był nielicznym nie tylko na UW, ale i wśród późniejszych „Komandosów”). Spora część wśród nich, do której i ja się zaliczałam, nigdy o nie wyznała ani nie krytykowała ze względu na istotne braki w wykształceniu. Nigdy też nie spotkałam się z całkowitym poparciem tego programu, jego wartość dla większości polegała na tym, że był programem.”

Stosunek grup do tzw. działania jest przez nią charakteryzowany w sposób następujący:

„Działanie było obowiązkiem moralnym, którego niespełnianie dyskwalifikowało człowieka nie tylko pod względem moralnym, ale i intelektualnym (ze względu na specyficzny sposób dyskutowania i ogólnie, myślenia ‚Komandosów’). Było też obowiązkiem wyróżniającym, jeśli tak można powiedzieć – stawiając nam większe zadania stwarzała poczucie większej wartości wobec tych wszystkich, którzy według nas obowiązku tego nie spełniali. Stąd, jak mi się wydaje, powstała w grupie swoista presja moralna – oceniając surowo innych baliśmy się sami jak być oceniani. Szczególnie, że o surową ocenę nie było trudno – Gross nie akceptując ulotki ‚wietnamskiej’ nie potrafił przedstawić własnego planu działania, wyciągnięto więc wniosek o jego uchylaniu się od wszelkiego działania. Niewielu z nas posiadało własny program działania.

Ujawnia się tu główny mechanizm poruszający grupę ‚Komandosów’ – mechanizm ‚wyboru wartości’. W tej sytuacji opowiedzenie się za jakąś akcją lub przeciw niej, nie jest wyłącznie sprawą racji intelektualnych, lecz również akceptacji pewnych wartości nadrzędnych, tzn. postawy i postawa właśnie decydowała o ocenie oponenta. Należy dodać, że rozpatrywana ona była z punktu widzenia wartości idealnych, które niekiedy nie miały poza działaniem odpowiedników w życiu codziennym aktywistów grupy. Mechanizm ten samiśmy stworzyli i rozwijali, lecz nie był on niekontrolowany…”.

Zasady powyższe znajdowały praktyczne zastosowanie w ramach różnych przejawów: „działalność” takich nieoficjalnych spotkań dyskusyjnych, salony polityczne, kolportaż materiałów i ulotek, oficjalne obozy i seminaria dyskusyjne, organizowanie demonstracji.

Wypróbowano je w akcjach związanych z „Listem 34″ w kwietniu 1964 r.; w końcu 1964 opracowano i przekazano do RWE odpowiednio spreparowane życiorysy działaczy politycznych i państwowych PRL; akcja solidarnościowa z sądzonymi Modzelewskim i Kuroniem w gmachu sądów, zbiórka pieniężna na pomoc dla przebywających w więzieniu Modzelewskiego i Kuronia; manifestacja polityczna nad grobem Z. Modzelewskiego 19 czerwca 1965; manifestacja w związku z postępowaniem dyscyplinarnym w stosunku do Michnika i innych w listopadzie 1965; demonstracja 1-majowa 1966 r.; demonstracja przed ambasadą USA – w dniu 1 Maja 1966; rezolucje w związku z dziesięcioleciem Października 1956; akcja petycyjna w związku z postępowaniem dyscyplinarnym przeciw A. Michnikowi; zbiorowe „odwołanie od decyzji ZMS w spawie usunięcia 17 członków organizacji za udział w „akcji petycyjnej”; protesty przeciw usunięciu z partii L. Kołakowskiego i K. Pomiana; demonstracje w czasie przedstawień „Dziadów” – aż do wydarzeń „marcowych”.

Polityczne cele „Komandosów” – dominowały w ich działalności. Niemniej jednak zaczynali oni dostrzegać, że bez poparcia szerszego ogółu studentów „będą drobną, izolowaną grupą” (oświadczenie Henryka Szlajfera z 2.07.1968). Oto dalsze fragmenty tego oświadczenia:

„W listopadzie 1967 r. będąc u Karola Modzelewskiego (sam) rozmawialiśmy m.in. na temat ‚Komandosów’. Powiedziałem bez ogródek, że istniejący stan rzeczy w grupie jest nie do utrzymania na dłuższą metę. Albo panowie i panie ‚intelektualiści’ (miałem m.in. na myśli Adama, Irenę Grudzińską, B. Toruńczyk) i ‚ministrówny’ pomyślą realnie o studentach z akademika i zamiast pić koniak etc. wezmą się do rzetelnej roboty, albo likwidujemy interes…

„Oświadczam Karolowi, że bez poparcia studentów z akademików ‚Komandosi’ będą drobną, izolowaną grupą.

Karol odpowiedział, że to jest oczywiście prawda i zaproponował przeprowadzenie akcji, która na pierwszy plan wysunie postulaty ekonomiczne studentów, a zatem tzw. ‚akcji bytowej’. Zgodziłem się bez zastrzeżeń. Zresztą kilka tygodni później rozmawiając z Jackiem, usłyszałem od niego mniej więcej to samo. Wyraziłem jednak swoje wątpliwości, czy nasi ‚domorośli intelektualiści’ zechcą się w ogóle ruszyć.

Sesja zimowa przerwała na jakiś czas działalność ‚Komandosów’, niemniej jednak sprawa ‚bytowa’ zaczęła się powoli wykluczać. Powstała propozycja zorganizowania pod ‚skrzydełkami’ Rady Osiedlowej DS-u przy ul. Kickiego, zebrania mieszkańców akademickich, na którym wystąpiliby ‚Komandosi’…”

Krystalizacja grup „Komandosów” ich aktywności były możliwe nie tylko jako rezultat zdeterminowanego działania grona przywódców, organizowanej przez nie akcji rekrutacyjnej m.in. w postaci tzw. „szturmu na szkoły” – ale także jako rezultat określonych czynników sprzyjających.

Z oświadczenia Ireny Grudzińskiej (z dnia 14.08.1968) wynotować można szereg takich czynników sprzyjających:

• Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, jej zdaniem „zastępował szkolne koło ZMS – nie prowadziły one wówczas żadnego kształcenia ideologicznego”,

• „Organizacja ta (ZMS) zresztą w latach 1964-6 na UW wykazywała absolutny niedowład pracy ideologicznej, co wydatnie zwiększyło ilość i oddziaływanie ‚Komandosów’”,

• rozpowszechnione mniemanie o zorientowaniu tej młodzieży w sprawach tzw. „kuchni politycznej”,

• „Poważne tratowanie jego przedstawicieli przez niektóre autorytety naukowe”,

• poparcie ze strony innych środowisk i grupek (np. wśród literatów),

• „niechęć władz akademickich do jakiejkolwiek rozmowy z uczestnikami akcji (podpisów – przyp. autora) czy chociażby dla wygłaszania uzasadnienia represji”,

• niedostatek informacji: „Sprawa „Dziadów” dla aktywizacji była wymarzonym pretekstem, a to, że w prasie panowało na ten temat kompletne milczenie ułatwiło nam sprawę. Toteż można powiedzieć, że akcja zakończyła się naszym sukcesem.”

Zanim „Komandosi” wpadli na pomysł wykorzystania „Dziadów” Mickiewicza, przeprowadzili kilka prób. Pierwszą taką zaplanowaną, przygotowaną i częściowo wykonaną próbą była akcja „Komandosów” w związku z „Listem 34″.

Przypomnijmy w tym miejscu, że list ów był rozreklamowany w kraju i za granicą jako protest intelektualistów przeciwko ograniczeniu ich swobody twórczej. Inicjatorami zredagowania „Listu” i nadania mu biegu byli ci sami ludzie, którzy w kilka lat później w lutym 1968 r. doprowadzili do zwołania nadzwyczajnego zjazdu Oddziału Warszawskiego ZLP i wykorzystali ten zjazd do wystąpień będących przygrywką do działania „Komandosów”. Ci właśnie ludzie, głęboko przejęci troską o los kultury polskiej, zredagowali ów sławetny list i zanim jeszcze dotarł on do adresatów w kraju, już nadała go Wolna Europa, już obiegł on łamy różnych gazet zachodnich nie wyłączając zachodnioniemieckich. „Komandosi” ruszyli wówczas do akcji. Wytworzyli wokół listu niesłychaną wrzawę, kolportowali ulotki, reklamowali autorów listu i jego treść. Nawoływali młodzież akademicką do demonstracyjnego poparcia protestu „34″. Mieli wówczas gotowy plan eskalacji działań. Chcieli drogą stopniowego rozszerzenia wrzawy wokół listu doprowadzić do stanu ogólnego chaosu i wrzenia. Szybko jednak zrozumieli, że planu tego nie da się zrealizować, że wrzawa nie wyjdzie poza wąskie kręgi ich sympatyków, sojuszników oraz nieliczną grupę naiwnych studentów. „Komandosi” wycofali się, a raczej wstrzymali się od gwałtownych demonstracji i wrócili do planowanego, stopniowego działania na UW.

Następną poważną akcją „Komandosów” była kampania w obronie Kuronia i Modzelewskiego. W 1965 r. obaj co „rewolucjoniści” zostali skazani na 3 i 3,5 lat więzienia za rozpowszechnianie tzw. „Listu otwartego”. Dokument ten sporządzony przez Kuronia i Modzelewskiego był zlepkiem różnych teorii i próbą sklecenia jakiejś nowej teorii, ideowego credo „Komandosów”. Istotny w tej mieszance był tylko wniosek końcowy. Kuroń i Modzelewski domagali się likwidacji armii i nawoływali do obalenia przemocą ustroju. Było to więc jawne wezwanie do rewolty, do zamachu stanu. Autorzy „Listu” stanęli przed sądem pod zarzutem rozpowszechniania go. Nie zostali natomiast pociągnięci do odpowiedzialności za rozpowszechnianie tzw. „Listu otwartego”. Dokument ten sporządzony śledztwo w pełni ten zarzut udokumentowało.

Na temat sprawy Kuronia i Modzelewskiego dzięki zakulisowym naciskom ukazała się w naszej prasie tylko krótka notatka, raczej dezinformująca niż informująca. Działalność obu skazanych, ich powiąznia, kontakty, prawdziwe cele i metody nasza prasa absolutnie przemilczała. Henryk Szlajfer tak mówi na ten temat: „Ponieważ propaganda oficjalna nikogo nie zadowalała, więc tę lukę postanowiliśmy wypełnić my”.

W przypadku sprawy Kuronia i Modzelewskiego i nie tylko w tym przypadku, trudno odmówić Szlejferowi słuszności. Ponieważ na temat procesu Kuronia i Modzelewskiego milczały nasze środki masowego przekazu. Wściekła kampania „Komandosów” wypełniając tę lukę rozpowszechniała na ten temat przedziwne komentarze, plotki i insynuacje. Kuroń i Modzelewski byli przedstawieni jako męczennicy za ideę, bojownicy o lepszy socjalizm, ofiary bezprawia. Tak reklamowali ich drogą szeptanych informacji „Komandosi”, tak mówiła o nich „Wolna Europa”, pisała paryska „Kultura” i cała masa zachodnich gazet. Kampania ta wobec naszego milczenia dezorientowała wielu ludzi, a u młodych i naiwnych zyskiwała tu i ówdzie posłuch. Proces Kuronia i Modzelewskiego miast stać się okazją do zdemaskowania „Komandosów” i ich sojuszników, stał się ich sukcesem. Od tego czasu aż do dni marcowych Kuroń i Modzelewski będą w pewnych kręgach młodzieży bohaterami, nieugiętymi bojownikami bliżej nieokreślonej idei.

Ten kapitał zaprocentuje w okresie zimy 1967-68. Zaprocentuje dramatycznie w dniach marcowych gdy wielu młodych, wartościowych ludzi pójdzie za Kuroniem i Modzelewskim tylko dlatego, że w odpowiednim momencie nie zdarto masek z ich twarzy, nie ogłoszono publicznie ich kłamliwej legendy.

Podobnie jak w sprawie „Listu 34″, tak też w sprawie Kuronia i Modzelewskiego, „Komandosi” szybko zorientowali się, że nie udało im się porwać za sobą mas młodzieży. Jednakże przez następne trzy lata aż do marca 1968 r. sprawa Kuronia i Modzelewskiego była maksymalnie eksploatowana we wszystkich akcjach propagandowych „Komandosów” i to zarówno w kraju jak też za granicą. Komandoska Toruńczykówna opublikowała w jednej z włoskich gazet materiał reklamujący „program” Kuronia i Modzelewskiego. Publikacja ta ukazała się jako płatne ogłoszenie. Nie trudno się domyślić, że imprezę tę finansował skarb państwa PRL, tak jak zresztą większość wojaży i wydatków organizacyjno-propagandowych „Komandosów”.

Trzecią wielką próbą „Komandosów” było zorganizowanie szeregu prowokacyjnych akcji pod hasłem dziesiątej rocznicy Październikowej ‘56. Akcję otworzyła prelekcja Leszka Kołakowskiego, którą „Komandosi” odpowiednio rozreklamowali. Mimo, iż „Komandosi” robili wszystko co w ich mocy, aby wciągnąć do awantury młodzież UW a następnie, drogą eskalacji, studentów innych warszawskich uczelni, szczególnie SGPiS – awantura nie udała się, nie wyszła poza Krakowskie Przedmieście, a i na terenie UW nie nabrała odpowiedniego rozmachu.

Jeden z „Komandosów” zeznał na ten temat:

„Zebranie z prof. Kołakowskim przemienione zostało de facto w wiec. Było wyreżyserowane… przy milczącej aprobacie prof. Kołakowskiego. Generalnie było wyrazem protestu przeciwko więzieniu Kuronia i Modzelewskiego oraz przeciwko polityce kulturalnej, społecznej i ekonomicznej władz.”

Reakcja władz UW była jak zwykle niekonsekwentna i niedopuszczalnie słaba. Zawieszono w prawach studentów Henryka Szlajfera, Adama Michnika, Andrzeja Duracza, Seweryna Blumsztajna i kilku innych. „Komandosi” odpowiedzieli natychmiast protestem, pod którym podpisało się 1.045 studentów i 160 pracowników naukowych UW. Czy wiedzieli co podpisują, kogo bronią? Marzec 1968 udowodnił, że ogromna większość nie miała zielonego pojęcia, w jaką sprawę się angażuje składając swój podpis pod pretekstem.

W styczniu 1967 r. odwołano zawieszenie. Warto dodać, że komisja dyscyplinarna, mimo stanowiska rektora, nie usunęła Adama Michnika z uczelni, a komisja odwoławcza zajęła identyczne stanowisko. Prawidłowo zareagowały natomiast władze partyjne i ZMS-owskie. Usunięto z partii L. Kołakowskiego i jego asystenta Pomiana, a następnie Aleksandra Smolara, który zresztą po marcu wyemigrował do Londynu. Około 20 „Komandosów” usunięto z ZMS.

 

MARZEC 1968 – NIEUDANY ZAMACH STANU

W jesieni 1967 r. „Komandosi” po licznych naradach dochodzą do wniosku, że sytuacja na UW dojrzała do działań na szerszą skalę. Stagnacja ekonomiczna tego okresu, ewidentne błędy kierownictwa partyjnego i państwowego potwierdzały słuszność takiego wniosku. Potrzebny był tylko detonator, impuls przy pomocy którego można będzie poruszyć masy młodzieży, hasło, które zapali wszystkich. Takie hasło spadło „Komandosom” jak z nieba: „Dziady”! Dramat narodowy, o którym jeden z „Komandosów” niezwykle trafnie powiedział, że „nie ma odpowiednika w całej światowej literaturze swą funkcją w dziejach świadomości narodu”. „Dziady”, kiedy – jak to znów z tą trafnością orzekł ów „Komandos” – „muszą zaangażować serca i umysły członków tego narodu”. Więc już od jesieni zaczynają krążyć na temat „Dziadów” wystawionych w Teatrze Narodowym różne dziwne wieści, rośnie atmosfera skandalu i podniecenia. Nasilają się zdumiewająco identyczne, pozornie spontaniczne owacje nadające określonym partiom dramatu politycznie prowokacyjny posmak.

Gdy atmosfera skandalu wokół przedstawienia osiągnęła odpowiednie nasilenie, nagle obiega Warszawę wieść podawana z ust do ust jako informacja „z kół dobrze poinformowanych”, że „Dziady” mają zostać zdjęte ze sceny na skutek interwencji ambasadora ZSRR. Ten niezwykle cyniczny chwyt miał wywołać określone reperkusje polityczne. Cytowany już tutaj Henryk Szlajfer tak określił ówczesną sytuację: „Było dla mnie oczywiste, że takiej gratki jak zdjęcie „Dziadów” nie można wypuścić z rąk”.

Przykład działań „Komandosów” na rzecz „literatów” stanowić mogą decyzje z 20 lutego 1968 r.

„20 lub 22 lutego 1968 r. w mieszkaniu dr. A. Zabłudowskiego odbyło się zabranie. Uczestniczyła w nim czołówka „Komandosów”, a mianowicie: K. Modzelewski, J. Kuroń, T. Bogucka, T. Lasota, B. Toruńczyk, A. Michnik, A. Perski, J. Lityński, W. Holsztyński, S. Blumsztajn, A. Zabłudowski i H. Szlajfer.”

W czasie zebrania podjęto następujące decyzje:

a) powiadomić studentów o zebraniu ponad 3 tys. podpisów pod petycją protestacyjną w sprawie zdjęcia „Dziadów”,

b) rozkolportować wśród studentów ulotkę wyjaśniającą sens zdjęcia „Dziadów”,

c) zorganizować wiec młodzieży akademickiej najpóźniej po upływie tygodnia od daty nadzwyczajnego zebrania OW ZLP,

d) niezależnie od akcji kolportażu ulotek, prowadzić o mającym się odbyć wiecu szeptaną propagandę, aby wiec nie był zaskoczeniem,

e) prowadzić akcję mobilizującą literatów do dalszych wystąpień. W tym celu niektórym osobom ze środowiska literacko-naukowego doręczyć fotokopie przesłanej do Sejmu PRL petycji protestacyjnej wraz z podpisami.

Ustalono, że fotokopie należy doręczyć: A. Słonimskiemu, M. Ossowskiej, St. Morawskiemu, L. Kołakowskiemu, M. Jastrunowi, J. Andrzejewskiemu, W. Wirpszy, J. Bocheńskiemu, P. Jasienicy, J. Lipskiemu, K. Brandysowi, T. Kotarbińskiemu i G. Holoubkowi.

Według założeń przyjętych na zebraniu, doręczenie literatom i naukowcom fotokopii miało być dodatkowym argumentem, że środowisko studentów potępia zdjęcie „Dziadów”.

„Komandosi” wiedzą o zdjęciu „Dziadów” znacznie wcześniej niż ci, którzy mają o tym decydować. „Komandosi” wiedzą o tym, ponieważ zrobili wszystko, aby do zdjęcia doprowadzić. Styczeń 1968 r. upływa im na gwałtownym podsycaniu skandalu wokół „Dziadów” i wzmaganiu prowokacji na samych przedstawieniach. „Komandosi”, i to zarówno młodzi jak i starzy, nie przepuszczą takiej „gratki”. Wprawdzie plotka o interwencji ambasadora ZSRR ma niezwykle krótki żywot i „Komandosi” po wykorzystaniu jej dla wywołania szoku, wycofują się z obiegu, ale tymczasem stan wrzenia ogarnął już znaczą część młodzieży UW.

„Czyn rodzi histerię, histeria rodzi czyn, które znów rodzą histerię, itd.”. Tą „złotą” dewizą posługują się „Komandosi” w przygotowaniu wydarzeń marcowych.

Procesy „Komandosów” wyjaśniły jak to się stało, że w czasie przedostatniego przedstawienia „Dziadów” zmieniono zakończenie sztuki. W nowej wersji „Dziady” kończyły się tekstem: „Już niedługo koniec dziadów (czytaj: „Dziadów”). Proces ustalił, jak to się stało, że wiadomość o zdjęciu „Dziadów” została natychmiast rozkolportowana.

Faktem jest, że na ostatnim przedstawieniu „Komandosi” stawili się prawie w komplecie, pociągając za sobą grupę naiwnych. Doszło do awantury w teatrze, potem na placu przed teatrem, a w końcu na ulicach. W celu przywrócenia porządku i spokoju do akcji wkroczyła milicja. Winnych zakłócenia porządku publicznego ukarano grzywnami. Teraz już akcja potoczyła się błyskawicznie. Ponieważ na temat zajść w teatrze i przed teatrem ukazały się niewiele mówiące i znów, jak w sprawie Kuronia i Modzelewskiego, raczej dezinformujące, niż informujące notatki, ponieważ wokół „Komandosów” w dalszym ciągu istniała dziwna zmowa milczenia, ponieważ nie zdarto masek z twarzy starych i młodych „Komandosów” i nie oddano ich pod pręgierz opinii publicznej, mieli oni szerokie pole do działania.

Kuroń i Modzelewski, którzy po powrocie z więzienia jeden w maju, drugi w listopadzie 1967 r. przyjęli od Michnika pełnię władzy nad „Komandosami”, odbywają szereg narad i konsultacji ze starymi „Komandosami”. Scenariusz marca opracowany przy udziale wszystkich sojuszników „Komandosów” ustalił kolejność akcji. Michnik udaje się z wizytą do posła Klubu „Znak”, Tadeusza Mazowieckiego, od którego uzyskuje obietnicę poparcia petycji do Sejmu przez Klub poselski „Znak”.

W dniu 22 lutego odbywa się narada „Komandosów” w mieszkaniu jednego pracowników naukowych. Na naradzie tej podjęto następujące decyzje:

1. Najpóźniej w ciągu tygodnia po nadzwyczajnym Zjeździe Oddziału Warszawskiego ZLP zorganizować na UW wiec. Jeśli w ciągu tygodnia władze UW lub któraś z organizacji uniwersyteckich zorganizują zebranie w sprawie „Dziadów”, wtedy wiec stanie się niepotrzebny, ponieważ „rozreklamujemy to zebranie i następnie przekształcimy je w wiec”.

2. Kuroń i Modzelewski napiszą ulotkę omawiającą zdjęcie „Dziadów” i nawołującą do demonstracji.

3. Wszyscy „Komandosi” włączeni zostaną do akcji szeptanej propagandy w sprawie „Dziadów” tak, aby stworzona została atmosfera sprzyjająca wiecowi („Czyny rodzą histerię, histeria rodzi czyny”).

Jeden z czołowych „Komandosów” zeznaje: „Równocześnie rozpoczęliśmy akcję mającą zmobilizować literatów. Kilkuosobowe delegacje studentów (oczywiście spośród „Komandosów”), wyposażone w fotokopie listu z podpisami pod petycją do Sejmu, udały się do poszczególnych osób ze środowiska literackiego i naukowego i przekazały te fotokopie: prof. Leszkowi Kołakowskiemu, Mieczysławowi Jastrunowi, Witoldowi Wirpszy, Jerzemu Andrzejewskiemu, J. Bocheńskiemu, P. Jasienicy, J. J. Lipskiemu, K. Brandysowi i Antoniemu Słonimskiemu”.

W dniu 24 lutego ulotka zredagowana przez Kuronia i Modzelewskiego pt. „Sens polityczny zdjęcia „Dziadów” – A. Mickiewicza” rozkolportowana została we wszystkich wydziałach UW.

Pięć dni później 29 lutego odbywa się nadzwyczajny zjazd Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich. Z licznych publikacji znamy przebieg tego zjazdu, jego atmosferę i wynik. W publikacjach tych uszła uwadze autorów pewna niezwykle istotna cecha charakterystyczna tej prowokacyjnej imprezy. Pisano o wrogich wystąpieniach, gwałtownych wybrykach niektórych uczestników zjazdu. Nikt jakoś nie zwrócił uwagi na to, że niektórzy z uczestników zjazdu ulegli szaleństwu tam, na sali zjazdu, ale prawdą także jest, że cała ta paskudna i w konsekwencji wręcz heca, była od początku do końca przygotowana i wyreżyserowana. Starzy „Komandosi” lepiej niż młodzi wiedzieli, jak organizować prowokację. Wytrenowali się w tej sztuce w okresie stalinowskim, posiedli wszystkie jej arkana. Role zostały rozpisane i wyreżyserowane.

Jedna z „Komandosek”, Teresa Bogucka, zwróciła się przed Zjazdem do Henryka Szlajfera z pytaniem, czy zgodzi się, by pewien literat mówiąc o polskim antysemityźmie podał jako przykład tego antysemityzmu przykrości, jakie spotkały Szlajfera w związku z przekazaniem przez niego informacji politycznych korespondentowi „Le Monde”.

Materiały ze Zjazdu zostały natychmiast przekazane „Komandosom” i rozkolportowane na UW oraz innych uczelniach. Przekazanie materiałów i to zarówno rezolucji, której treść „Komandosi” doskonale znali zanim została uchwalona, jak też niektórych szczególnie prowokacyjnych wysąpień, było także zaplanowane z góry, jak wszystko w tym rzekomo spontanicznym buncie „gniewnych twórców”.

W dniu 3 marca u Jacka Kuronia odbywa się narada „Komandosów”. Czterdziestu obecnych. „Komandosi” prawie w pełnym składzie. Widomo już o relegowaniu z UW Michnika i Szlajfera. Wiadomość przekazała „Komandosom” córka prof. Schaffa. W czasie narady zapada decyzja: wiec zostanie zwołany w środę 6 marca. Następnego dnia, na odprawie sztabu, termin wiecu zostaje przesunięty na 8 marca. Jednocześnie dokonane zostają ostatnie korekty w scenariuszu. Rezolucję ma odczytać Irena Lasota. W delegacji do rektora, która zostanie wybrana na wiecu, uczestniczyć będą m.in. Aleksander Smolar, Irena Lasota, Wiktor Holsztyński. Ustalono co i kiedy będą skandować wiecujący, kto, co i kiedy będzie krzyczał, jakie hasła i kiedy rzucać w tłum.

Pod datą 6 marca Henryk Szlajfer zanotował:

„Rozmawiam z Adamem Ringerem i Edwardem Frankowskim z Politechniki. Robota idzie całą parą.”

Tegoż dnia odbywa się na UW otwarte zebranie POP. „Komandosi stawiają się w doborowej stawce. Andrzej Duracz i Aleksander Perski domagają się wyjaśnień, na jakiej podstawie Michnik i Szlajfer zostali relegowani z uczelni. Zebranie ma niezwykle burzliwy przebieg. W powietrzu pachnie prowokacją. Po zebraniu Michnik, Grudzińska, Toruńczykówna, Blumsztajn i Lityński idą do Modzelewskiego i po krótkiej naradzie we własnym gronie udają się do Jerzego Andrzejewskiego.

W naradzie u Andrzejewskiego poza gospodarzem i wymienionymi „Komandosami” uczestniczą m.in.: J. Bocheński, J. J. Lipski, Daniel Passent, Witold Wirpsza. Zebrani ustalają, że w chwili wiecu literaci wystosują list do rektora apelując o tolerancję i wyrozumiałość. Już uprzednio Barbara Toruńczyk poinformowała o planach zwołania wiecu prof. Włodzimierza Brusa i Leszka Kołakowskiego. Obaj oczywiście w pełni popierali działanie „Komandosów”, ale obaj wyrazili tę samą wątpliwość „czy jest to właściwy moment aby uderzyć”. Warto także dodać w tym miejscu, że syn jednego z literatów w rozmowie z Aleksandrem Smolarem zobowiązał się przyprowadzić na wiec jedenaste klasy Liceum im. Narcyzy Żmichowskiej. Epizod pozornie bez znaczenia, a jednak jakże wymowny! Nie cofali się nawet przed wykorzystaniem naiwności i niewiedzy, pogoni za przygodą młodzieży szkół średnich, prawie dzieci.

Jaki był tuż przed 8 marca plan „Komandosów”? Na pytanie to Henryk Szlajfer odpowiada następująco:

„Wychodziliśmy do studentów z programem sensu stricto politycznym. Jednak wysunięcie od razu wszystkich postulatów nie było możliwe. Po prostu środowisko studenckie nie było do tego jeszcze „przygotowane”. Na pierwszy ogień poszła kwestia obrony praw studenckich, protest przeciwko bezprawnym relegacjom. Obok tego akcja solidarnościowa ze środowiskiem literackim. Te dwa postulaty mogły być „skonsumowane” przez studentów bez większych oporów i wokół nich mogliśmy gromadzić zarówno tych bardziej rozeznanych w polityce, jak i mniej. Protest przeciwko relegacjom i komisjom dyscyplinarnym oraz sprawa „Dziadów” to tylko wyłącznie wstęp. Te dwie sprawy trzeba było od razu rzucić na szersze tło polityczne.”

6 marca odbyło się zebranie organizacji partyjnej UW. H. Szlajfer relacjonuje, że:

„Po zebraniu Adam Michnik, Irena Grudzińska, Barbara Toruńczyk, S. Blumsztajn, J. Lityński idą do Karola Modzelewskiego, a następnie na spotkanie do J. Andrzejewskiego. Z tego co wiem, u Andrzejewskiego są obecni – Jasienica, Bocheński, Lipski, Passent, Wirpsza. ustalają, że w chwili wiecu literaci wystosują list do Rektora.”

„Zasadniczy trzon grupy „Komandosów”, to osoby pochodzące ze środowisk inteligencji, wyższych urzędników państwowych i partyjnych” (H. Szlajfer).

Zakresy tych powiązań i odpowiedzialności charakteryzują pośrednio decyzje personalne w sprawie J. Kofmana, J. Góreckiego, J. Zarzyckiego, E. Ochaba, M. Naszkowskiego, F. Chabera, Lityńskiego, Blumsztajna, Grudzieńskiego, R. Zambrowskiego, A. Schaffa, S. Żółkiewskiego.

H. Szlajfer prezentuje taką ocenę sytuacji politycznej w Uniwersytecie Warszawskim:

„Jedna sprawa nie budziła żadnych wątpliwości: żadna organizacja działająca na Uniwersytecie nie będzie w stanie przeciwdziałać wiecującym studentom. ZMS i PZPR są na Uniwersytecie skompromitowane doszczętnie. ZSP jako siła polityczna nie liczy się prawie w ogóle.

Zakładaliśmy zatem, że w chwili gdy studenci pójdą na wiec, jedynie my, tj. ‚Komandosi’, będziemy w stanie nadać protestowi studentów określone ramy i kierunek.

W chwili wiecu, gdy organizacja polityczna na UW ‚stracą głowę’ i przestaną się liczyć istnieje szansa przekształcenia Komitetu Studenckiego, który powstanie w tym miejscu, w jedyną silną władzę na UW i co na dodatek: władzę legalną…”

I raz jeszcze H. Szlajfer:

„Tak więc reasumując to, co wyżej napisałem:

1 – wiec w dniu 8 marca stanowić miał przygrywkę do dalszych akcji,

2 – wiec ten miał doprowadzić do stworzenia Komitetu Studenckiego, który byłby jeśli nie opanowany przez ‚Komandosów’, to pod ich poważnym wpływem,

3 – Komitety Studenckie należałoby przekształcić jak najszybciej w trwałą formę organizacyjną. Miały one zarazem być ‚parawanem’ dla akcji ‚Komandosów’.

4 – w momencie konsolidacji tych Komitetów nadszedł czas do wysunięcia platformy politycznej ‚Komandosów’”.

Jeden z „Komandosów” tak interpretuje zamierzenia i plany organizatorów „marcowych” wydarzeń:

„Niczego się tutaj nie robi sobie a muzom, wszystko tutaj robi się w określonym i jasno widzianym celu, założonym już na wstępie, do którego umiejętnie tylko dobiera się środki. „Dziady” muszą być po to, aby zadziałał detonator, detonator musi działać, żeby stan histerii przerodził się w żądzę czynu, żądza czynu współdziałająca z histerią musi doprowadzić do czynu znacznie bardziej obfitującego w skutki, a ów czyn z kolei też musi być po coś… czynem tym musi być wiec, lub inny rodzaj publicznej manifestacji, dlatego wiec ten ma być po to, aby manifestacje te, po przekroczeniu pewnej bariery spowodowały chaos w kraju. Wówczas wykorzystując nagromadzony kapitał rozładowanej histerii i przyrodzoną prostotę myślenia per analogiem, które zawsze jest formalne, a nie merytoryczne, wyjdą na widownię rzecznicy lepszej alternatywy, przedstawiając się tym komu trzeba jako strażnicy porządku… W odpowiednim nawet momencie, kiedy pomimo maksymalnego już zdawałoby się stopnia podniecenia, zachodzić będzie obawa, że podniecenie to nie przekroczy barier środowiskowych, a zatem cała akcja nie osiągnie zamierzonych rezultatów, rzuci się na szalę argument w tym kraju i w tym narodzie (choć znowu rzecz jasna spreparowany) być może najbardziej dotkliwy i najbardziej bolesny, albowiem poruszający go w jego najbardziej tragicznych historycznych wspomnieniach – mianowicie trupa młodego człowieka, ściśle młodej dziewczyny. Ten trup był przygotowany, hołubiony w myślach i pieszczony oczyma wyobraźni! Ileż trzeba cynizmu i ileż trzeba na to wszystko pogardy. Ale nie tylko – potrzeba też sprytu… Sztuka nie polega tylko na tym, aby zorganizować pewną sytuację chaosu, w której nastąpić może przejęcie władzy, sztuka nie polega tylko na tym, aby zaatakować istniejącą strukturę polityczną, wyprowadzając ludzi na ulicę, sztuka polega na tym, żeby sama ta sytuacja i sami ci ludzie wskazali tych, którzy z chaosu kraj mają wyprowadzić oraz tych, którzy mają przejąć władzę”.

„Wiec w dniu 8 marca miał być zarazem sondą i przygrywką do dalszej akcji. Było dla nas oczywistym – stwierdza Szlajfer – że jeśli władze postanowią zastosować najostrzejsze środki, to zgniotą nas. Jeśli natomiast powstrzymają się przed policyjnymi represjami, to wygraną mamy po prostu w kieszeni”.

Niezwykłe wyznanie.

Antoni Zambrowski kreśląc wizję przyszłych wydarzeń politycznych powiedział zacierając z uciechą ręce: „Najpierw studenci, później robotnicy, potem żołnierze, a w końcu będzie krwawy Budapeszt”.

Taki był ich plan. Do tego chcieli doprowadzić. Do tego zmierzali „Komandosi”, ów doskonale przygotowany oddział wykonawczy syjonistycznej spółki. Przecież to nie ich krew miała się polać. Za ich plany i ambicje mieli zapłacić polscy studenci.

Czy plan „Komandosów” kończył się na wiecu? Oczywiście nie. Dalej miało nastąpić powołanie do życia Komitetów Studenckich na poszczególnych uczelniach warszawskich, potem przekształcenie tych komitetów w Rewolucyjny Komitet Studencki (RKS), a następnie drogą ekslacji, włączenie do akcji wyższych uczelni poza Warszawą. Na Uniwersytecie Warszawskim „Komandosi” byli pewni zwycięstwa. Jak pisze Szlajfer optowała za nimi znaczna część pracowników naukowych UW, w tym wiele autorytetów. Szlajfer wymienia nazwiska wielu z nich: Brus, Kołakowski, Baczko, Morawski, Zakrzewska, Assordobraj, Ossowska, Szacki, Szaniawski, Murzynowski, Beylin… W ośrodkach akademickich Wrocławia i Krakowa wysłannicy „Komandosów” od dawna przygotowywali grunt do działań. „Komandosi” liczyli na poczucie solidarności studenckiej, na ich zupełny brak rozeznania politycznego.

Wiec 8 marca miał być początkiem otwartego zamachu stanu. Spisek miał przerodzić się w otwarty bunt, który drogą stopniowej eskalacji miał doprowadzić do stanu anarchii i chaosu w kraju. Wtedy dopiero – zdaniem „Komandosów” – zaistniałyby warunki dla wysunięcia pełnej platformy żądań politycznych. Spiskowcy zgodni byli tylko w zamiarze burzenia tego co jest. Dalej poszczególne grupy miały już własne programy, których wobec innych nie ujawniały.

„Komandosi” i ci, którzy nimi kierowali, chcieli po prostu dokonać zmiany władzy. Jaki system rządów zafundowaliby nam ludzie pokroju Zambrowskiego, Staszewskiego, Schaffa, Matwina, Albrechta, Ochaba, Jędrychowskiego, nietrudno zgadnąć. Spotkałby nas los podobny temu, jaki w czasach stalinowskich zgotowali oni „zaplutym karłom reakcji” czyli żołnierzom Armii Krajowej. Dziś wiemy, że bez względu na hasła propagandowe dążeniem ich była nieograniczona władza. W marcowym spisku przeciwko władzy brały udział różne grupki, ale decydującą rolę odegrały w nim elementy syjonistyczne.

Analizując wydarzenia marcowe nie sposób nie dostrzec zbieżności sił, celów i metod inspiratorów i organizatorów tych wydarzeń, z tym, czego byliśmy świadkami w Czechosłowacji i Francji. Był to więc element zakrojonej na szeroką skalę akcji. Wykorzystali niewiedzę części studentów, wykorzystali błędy naszego kierownictwa, wykorzystali wszystko, co można było wykorzystać w kraju i za granicą, a gdy zorientowali się, że ponoszą klęskę, nie zawahali się nawet przed zastosowaniem makabrycznego chwytu z trupem młodej dziewczyny rzekomo zamordowanej w czasie zajść.

Rozkolportowano tysiące klepsydr informujących o tej rzekomej w śmierci, zwołano wiec. Miał rację Karol Modzelewski wyrażając obawę, że wiec może się stać gwoździem do trumny „Komandosów”.

Nie udał się zamach. Zakończył się klęską spiskowców. Takiej klęski z pewnością żaden „Komandos” nie przewidział. Nie spodziewali się, że przerwane zostanie milczenie ujawniające syjonistyczne machinacje tak znakomicie dotychczas ułatwiające im działanie.

Wielu młodych ludzi odpokutowało swą naiwność. Wielu zapłaciło przerwanymi studiami, zwichniętym losem, złamaną karierą, miesiącami więzienia. W stosunku do tych, którzy dopuścili się w marcu różnych przestępstw, ale działali w nieświadomości celów przyświecających prowodyrom, ogłoszony został akt przebaczenia.

Osobiste dramaty tych ludzi stały się jeszcze jednym punktem w moralnym akcie oskarżenia, jaki przedstawiono Kuroniowi, Modzelewskiemu, Zambrowskiemu i Michnikowi.

 

WIĘŹNIOWIE STANU?

„Komandosi” trafili do więzienia. Wzbudziło to litość. Nikt przecież nie wiedział, że traktowano ich w więzieniach jak prawdziwych więźniów stanu. Bo też decyzje o trybie postępowania z „komandoską wierchuszką” były – delikatnie mówiąc – przedziwne.

Mit „wodzów” cierpiących za sprawę, był podtrzymywany przez władze. Decyzje o trybie i sposobie stosowania represji służyły obiektywnemu umacnianiu ich pozycji.

Tak było w związku ze sprawą Modzelewskiego i Kuronia w roku 1965.

Sprawę K. Modzelewskiego i J. Kuronia po zakończeniu śledztwa skierowano do Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy, do innych osób, podejrzanych w tej sprawie, postępowanie umorzono, uznając ich ściganie za niecelowe.

„Na skutek decyzji politycznej proces Modzelewskiego i Kuronia, wbrew stanowisku organów ścigania, ograniczony został jedynie do zarzutu kolportażu wrogich opracowań, mimo, że w toku śledztwa i na rozprawie sądowej zebrane zostały pełne dowody winy świadczące, iż dopuścili się oni ciężkiej zbrodni zdrady Ojczyzny (art. 5 mkk)”, (notatka Prokuratury Generalnej z dnia 21 marca 1968 r.)…

Proces Modzelewskiego i Kuronia wykorzystany zostaje do zinterpretowania tej części młodzieży studenckiej, która przejęła reprezentowane przez nich poglądy, a nadto do poszerzenia ich  wpływów w środowisku studenckim i pozyskania nowych zwolenników…

…Fakt włączenia się K. Modzelewskiego i J. Kuronia do antypaństwowej działalności natychmiast po warunkowym, przedterminowym zwolnieniu od odbycia reszty kary pozbawienia wolności dowodzi, że kara, jaką im wymierzono i jaką faktycznie, w uprzywilejowanych warunkach, odcierpieli „nie spełniła w stosunku do nich roli wychowawczej jak również zapobiegła kontynuowaniu przez nich przestępczej działalności” (notatka Prokuratury Generalnej z dnia 21.03.1986 r.).

K. Modzelewski karę pozbawienia wolności odbywał w więzieniach w Warszawie i Barczewie. W okresie pobytu w więzieniu w Warszawie był czterokrotnie karany dyscyplinarnie m.in. za odtworzenie w celi tekstu „Listu otwartego”. W opinii wystawionej za okres pobytu w tym więzieniu charakteryzowany był jako więzień arogancki i mało zdyscyplinowany. Nie przeszkadzało to Ministerstwu Sprawiedliwości w wyrażaniu zgody na przygotowanie pracy doktorskiej i spotkania z promotorem tej pracy, prof. A. Gieysztorem…

…W dniu 18 lipca 1967 r. K. Modzelewski złożył prośbę o warunkowe zwolnienie z więzienia, którą uzasadnił względami zawodowymi i rodzinnymi.

J. Kuroń odbywał karę więzienia w zakładach karnych w Warszawie, Sztumie i Potulicach. W okresie pobytu w Sztumie był dwukrotnie karany dyscyplinarnie. W 1966 r. Ministerstwo Sprawiedliwości udzieliło mu zezwolenia na przygotowanie sprawy doktorskiej, polecając jednocześnie przenieść go do Potulic; darowano mu także karę dyscyplinarną…

…W dniu 2 maja 1967 r. opuścił więzienie J. Kuroń, a K. Modzelewski w dniu 3 sierpnia 1967 r. Stosując warunkowe przedterminowe zwolnienie, Sądy Wojewódzkie w Bydgoszczy i Olsztynie podkreśliły, że zarówno J. Kuroń, jak K. Modzelewski nie byli w poprzedzającym wydaniu postanowienia okresie karani dyscyplinarnie, należycie wykonywali powierzone im prace, nadto zaś – w odniesieniu do K. Modzelewskiego – sąd wziął pod uwagę jego oświadczenie następującej treści:

„…zdaję sobie sprawę z tego, że droga do działalności politycznej jest dla mnie zamknięta. Wraz z usunięciem mnie z Partii i skazaniem przez Sąd zamknęły się bowiem przede mną wszelkie platformy działalności legalnej, natomiast próby działalności nielegalnej uważam za nonsensowne” (oświadczenie z 21.07.1967 r.)…

W. Górecki, komentując stosowane wobec „Komandosów” represje, stwierdził:

„w rozwoju wydarzeń specyficzną rolę odegrały władze administracyjne i polityczne… Zastanawiała nas często niekonsekwencja tych decyzji. Motywy decyzji były zwykle wątłe, wyglądały często na preteksty… Wyglądało na to, że zależy komuś na stworzeniu atmosfery represji, na stworzeniu atmosfery męczeństwa wokół niektórych osób. Nie twierdzę, że słusznie byłoby, gdyby władze rozprawiły się konsekwentnie i bezwzględnie z osobami krytycznie nastawionymi, lecz sądzę, że niekonsekwentne represje są społecznie gorsze od konsekwentnych…” (oświadczenie z 18.06.1968 r.)”.

Zdaniem niejednego uczestnika poczynań „Komandosów” – odpowiedzi na pytania o brak zdecydowania i konsekwencji władz szukać należy analizując problem genezy dróg rozwoju i wzrostu „Komandosów”.

Minęło 12 lat od tamtych pamiętnych dni. Wielu z tych, którzy wówczas podjęli walkę przeciwko socjalizmowi, opuściło nasz kraj, osiedlając się w Izraelu, RFN, Austrii, Szwecji, Holandii, USA.

Lekko i bez żalu rozstali się z naszym krajem tak samo jak lekko i bez żalu rozstali się z legitymacjami partyjnymi oraz odznaczeniami i orderami polskimi, które wrzucili do ubikacji na stacji granicznej w Zebrzydowicach. Wielu dołączyło do chóru opluwaczy Polski szkalujący nasz kraj od wielu lat, zarzucających nam antysemityzm, współudział w zbrodniach hitlerowskich dokonanych na narodzie żydowskim.

Zapomnieli, że życie swoje zawdzięczają męstwu i ofiarności Polaków. Zapomnieli, że tysiące Polaków zginęło z rąk faszystów niemieckich za pomoc okazaną wszystkim żydowskim współobywatelom. Zapomnieli także, że w latach stalinowskiego terroru rządzili Polską niepodzielnie, że obsadzili swoimi ludźmi wszystkie ośrodki władzy od Biura Politycznego KC PZPR, rządu, dyplomacji, handlu zagranicznego, kultury i prasy aż do aparatu terroru i zbrodni Ministerstwa Bezpieczeństwa, Sądów Wojskowych, prokuratury i kapturowych sądów specjalnych.

Nie pamiętają, nie chcą pamiętać. Zrobili wszystko, abyśmy i my zapomnieli, aby młode pokolenia Polaków nie wiedziały kim byli Jakub Berman, Roman Zambrowski, Stefan Staszewski, Władysław Matwin, a także „specjaliści” z UB: Mietkowski, Romkowski, Różański, Feygin, Światło, Bristigerowa, aby zapomniano na zawsze co pisali twórcy socjalizmu na usługach syjonistycznych: Brandysowie, Andrzejewski, Ważyk, Braun i inni. A także „żurnaliści”: Wolicki, Rawicz, Skulska, Hajnicz i dziesiątki innych, aby zapomniano filmy szkalujące Polaków produkowane w naszym kraju, za nasze pieniądze przez Forda i spółkę. Dziś ludzie o których piszemy stanowią sztab tzw. opozycji. Dziś oni właśnie mają czelność kalać nasze kościoły urządzając głodówki. Dziś, pewni, że przeszłość zapadła w niebyt i nikt jej nie ożywi, ośmielają się raz jeszcze sięgać po władzę nad Polską, mieniąc się patriotami polskimi i obrońcami robotników. Oni to stworzyli KOR i kierują nim. Oni to dążą do zniszczenia Polski, wtrącając ją w zamęt, rzucenia młodych pod gąsienice obcych czołgów. Kuroń mówi o tym wprost. W wywiadzie dla angielskiej gazety „Sunday Telegraph” Kuroń powiedział: „Interwencja będzie drogo kosztowała. Rosjanie wiedzą, że będzie to co innego niż Czechosłowacja w 1968 r. Tym razem będzie wojna.”

Kuroń mówi o paleniu komitetów i wieszaniu komunistów. Mówi o wojnie Polski z ZSRR. Mówi, że będzie to „straszna Polska wojna”. Jednocześnie cała falanga obecnych KOR-owców, byłych „Komandosów” i byłych stalinowców robi wszystko, aby pogrążyć Polskę w chaosie, aby sprowokować ZSRR do interwencji zbrojnej. Czy mamy patrzeć obojętnie na te zbrodnicze manipulacje? Czy mamy biernie czekać, aż Polska, nasz jedyny dom, legnie w gruzach ku radości cynicznych wodzów marzących o nowej strasznej wojnie”? Czy mamy milczeć, gdy Michniki, Szlajfery, Kuronie i Blumsztajny chwytają w swoje ręce sztandar naszej polskiej solidarności, aby doprowadzić nasz kraj, nasz naród do zguby? Nie! Po stokroć nie!

Polacy! Otwórzcie oczy! Nie pozwólcie, aby garstka łajdaków niszczyła naszą ojczyznę! Szukajcie prawdy o KOR-ze, nie w wydawnictwach antypolskiej organizacji, nie w oficjalnych publikatorach, bo tutaj działa stale system zakłamania. Pytajcie o prawdę starszych braci i ojców. Pytajcie żołnierzy AK, kto ich więził w latach stalinowskich. Pytajcie o życiorysy tych, których nazwiska podajemy wyżej. Sięgnijcie do gazet i książek z lat stalinowskich. Uczcie się historii naszego narodu, tej najnowszej, najtrudniejszej i najbardziej zakłamanej. Nie pozwólcie aby synom stalinowskich zbrodniarzy udało się to, co nie udało się ich ojcom. Zniszczyć Polskę.

 

UWAGA! TROCKIZM!

„Komandosi”, gdy spoważnieli i przypięli sobie miano obrońców robotników KOR, niechętnie przyznają się do ścisłych kontaktów z IV Międzynarodówką, skupiającą dziś neotrockistów.

Nie jest jednak dziełem przypadku, że dziełem IV Międzynarodówki formułowali w dniu 16 marca 1968 r. następujące hasła:

Niech żyją studenci i robotnicy polscy i czechosłowaccy w walce!

Niech żyją intelektualiści, młodzież radziecka uwięziona i ich obrońcy, niech żyje Siniawski i Daniel, Ginzburg i Galanskow, Litwinow i Ja.

Niech żyją Kuroń i Modzelewski ponownie aresztowani.

Niech żyje młodzież walcząca przezwana „chuligani”! Niech żyją ci „chuligani”!

Uwolnienie wszystkich aresztowanych!

Rewizja publiczna i kompletna wszystkich procesów politycznych, szczególnie procesu Slanskiego!

Precz z rządem policyjnym biurokratów!

Precz z ich haniebnym antysemityzmem!

Niech żyją wysiłki studentów polskich i czechosłowackich o „jedność z klasą robotniczą”!

Niech żyją studenci z Warszawy i Rzymu, z Pragi i Paryża, Leningradu i Londynu!

Niech żyje łączność ich walki!

Organizujcie się!

Łączmy się z młodzieżą, z robotnikami rewolucyjnymi krajów kapitalistycznych!

Łączmy nasze siły przeciw rządom biurokratycznym: ZSRR, w Europie Wschodniej!

Niech żyje Federacja Socjalistyczna Robotników Europy Wschodniej i Środkowej!

Niech żyje Komitet Międzynarodowy Czwartej Międzynarodówki, jedyne wyrażenie, jedyna organizacja, jedyna wiara o walkę klasy robotniczej i młodzieży międzynarodowej.”

Na szerszym tle widziały wydarzenia polityczne w Polsce ośrodki imperialistyczne, które zakładały:

a) wykorzystanie dywersji ideologicznej dla:

- na pierwszym etapie – zaszczepiania fermentu i zamętu ideologicznego, ułatwiającego działalność opozycyjnych sił antysocjalistycznych,

- na drugim etapie – wywołania opozycyjnych wystąpień i zamieszek, podważających stabilność struktury politycznej socjalizmu, w szczególności zaś kierowniczą rolę partii,

- na trzecim etapie – jeśli zostałyby zrealizowane wymienione wyżej zamierzenia – wysunięcia i urzeczywistnienia hasła zmiany kierownictwa politycznego (przy czym – jak wynika m.in. z wielu amerykańskich enuncjacji – USA, zdając sobie sprawę z niemożliwości dokonania klasycznej kontrrewolucji burżuazyjnej, zadowoliłaby się zmiana na bardziej ugodowe kierownictwo, skłonne do pertraktacji z Amerykanami),

b) – na ile to możliwe – koordynację swej działalności ze wszystkimi siłami opozycyjnymi w krajach socjalistycznych – występującymi z różnych pozycji, zarówno jawnie antysocjalistycznych, jak i rewizjonistycznych, a – w każdym razie – co najmniej ich wykorzystanie.

Analiza materiałów zachodnich wskazuje przy tym, że za główne obszary realizacji tych zamierzeń uznano CSRS, Polskę i Węgry.

 

doc. dr hab. IDA MARTOWA

[broszura kolportowana w 1981 r.]

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Narodowy komunizm i nacjonalbolszewizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.