Renesans Gomułki

BYŁ „SATRAPĄ”?

I.

Niezbyt ochoczo szukamy przyczyn kryzysów w Polsce, ochocza jest tylko tromtadracka plotka, a podjazdowe przyczynki często mają na celu odwrócenie uwagi od źródeł staczania się tzw. równi pochyłej w tzw. minionym okresie. Nie można mówić o dnie, ponieważ przed sobą mamy jeszcze przyszłość. Przepraszam, owszem, szukamy ale jakoś po akademicku. Materiał jest o wiele rozleglejszy w stosunku do przyczyn tragedii gdańskiej w grudniu 1970, ale to nie znaczy, że wyniki badań nie będą nigdy ogłoszone. Choćby na zasadzie próby. Owo szukanie nakłada się na gromadzenie i konfrontację materiałów dotyczących przygotowywanych od 10 lat sześciu czy nawet siedmiu tomów Historii Polskiego Ruchu Robotniczego. Całkiem ostatnio wyraża się jakby tęsknotę… zarzut… żal z powodu braku polskiego symbolu przywódczego w tym ruchu. Związek Radziecki ma Lenina (i Stalina – do niedawna mówili jednym tchem ci sami rozgoryczeni historycy i teoretycy). Niemcy szczycą się Thalmannem, Hiszpania – Dolores Ibarruri, Wietnam – Ho-Chi-Minhem, Chiny – Mao Tse-tungiem, choć z niebiańskiej budowli raz po raz leci tynk, we Włoskim ruchu komunistycznym panuje mocno kontrowersyjny Togliatti, ręka w rękę z klasykiem Gramscim, francuska lewica ma Jauresa – męczennika i koturnowego Thoreza. Do takich i podobnych pytań, które mogą się przerodzić w wołanie, należy odnieść się poważnie ale bez gorączki. Pewne jest że zjawiska (łagodne określenie) torsji ekonomicznych i moralnych nie da się oddzielić od czołowych przywódców. U nas zawsze istnieje pierwszy wśród równych. Nawet Stalin miał Biuro Polityczne. Wcale dużo znaczyły takie postacie jak np. Mołotow, Malenkow, Chruszczow… W tym zestawie nie umieszczam Berii, bo ten uosabia beriowszczyznę, a więc antykomunistyczny i antyhumanistyczny gwałt.

Wiem, że biegnę na skróty, ale chciałbym jak najszybciej dobiec do tego światła o sile polityczno-koncepcyjnej, innej niż „światełko w tunelu”. Światło – gdyby przemówiło – powinno rozjaśnić pewne tajnie i mateczniki naszego życia nie tylko partyjnego. A tym czasem światło nie udziela się, choć wznosi się coraz wyżej. Porównywane do potężnej skały, z której od czasu do czasu sypią się tylko skry, gdy tę milczącą górę ktoś spróbuje naruszyć, skrzywdzić.

Mimo panującej w marksistowskiej nauce historii kolektywistycznego traktowania rozwoju dziejów, to jednak w zależności od potrzeb, szuka się kozłów ofiarnych określanych z nazwiska i z kolei intronizuje lub znajduje się nowego bohatera, geniusza, „przywódcę partii” niebawem kreowanego na „przywódcę narodu”. Po detronizacji, po kompromitacji, znów stajemy przed subiektywistami w badaniu historii i przysięgamy mniej więcej w ten sposób: „Źródło wody nigdy nie było oceanem, a kawałek żelaza nie było parowozem”. Z tym łączy się pobożne przeświadczenie, iż kolektywistyczne potraktowanie historii da nam obraz kraju uwolnionego od grup uprzywilejowanych i pazernych. A to jest taka sama prawda jak powodzenie dynamicznej polityki ekonomicznej bez zagwarantowania koordynacji wywołującej kooperację i równomierność rozwojową. Chyba narażamy się na zarzut sprzeczności, gdy wskazujemy na Gomułkę i jego najbliższych współpracowników jako na ludzi szalenie skromnych, nie skażonych snobizmem i żądzą posiadania, maksymalnie czuwających nad wyrównywaniem niesprawiedliwości społecznych, nie cierpiących na kompleks zachodni, ba – nie hołdujących „czapką do ziemi” nikomu i równocześnie jako facetów rozporządzających się w podstawowych sprawach partii, budowy państwa i rozwoju narodu w sposób dyktatorski, przykład biorąc od Wiesława. Oceny brzmią w sumie niezachęcająco. Dodajemy do tego zarzut „siermiężnego socjalizmu”… „Siermiężny socjalizm” skazał naród na maksymalne wykorzystanie polskich możliwości produkcyjnych, na mycie zębów proszkiem z polskiej kredy, na buty z polskiej skóry, na rolnictwo, które powinno się samo finansować „na linii import-eksport” skazywał na 55-60 kg mięsa rocznie na głowę bez kartek na nie okradane i nie skwaśniałe mleko dla dzieci, skazał na budowę 5000 szkół i zapoczątkowanie wydawania kontrowersyjnych książek Pawła Jasienicy, mimo że autor został napiętnowany za udział w walkach bratobójczych w miesiącach obrony i utrwalania władzy ludowej (ta tolerancja w kulturze kształtowała się i rozwijała na pewno nie bez wpływu Kliszki i Kraśki). „Siermiężny socjalizm” sknerzył w zaciąganiu pożyczek zagranicznych, długi liczyły się ledwie na setki milionów dolarów, może 2-3 miliardy razem z rublami przy równoczesnym pozostawieniu następnemu etapowi ok. pół mld dolarów w skarbcu, no i, niestety, za tej ery wybuchła krew w Gdańsku w grudniu 1970. Te tragiczne wydarzenia zaćmiły wiekopomne dzieło Gomułki, jakim było oficjalne uznanie przez RFN granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej w czasie wizyty kanclerza Brandta 11 grudnia 1970, a więc 2 dni przed obwieszczeniem uchwały o podwyżce cen na niektóre produkty żywnościowe i obniżce cen na niektóre produkty przemysłowe. Owo dzieło zostało wniesione jako polskie wiano do Helsinek, natomiast pamięć tragedii została.

To wyegzekwowanie uznania polskiej granicy zachodniej było uwieńczeniem wysiłków Gomułki skoncentrowanych już w czasie okupacji na zachodnich granicach Polski po wojnie. PPR jako jedyna polska siła polityczna postawiła na globalne zwycięstwo ZSRR nad Hitlerią i właśnie dzięki temu ( równocześnie wnosząc polski zbrojny wkład w zwycięstwo) Polska uniknie groźby stania się li tylko wielkim księstwem warszawskim od Bugu i Sanu po… Ba, w imię granic zachodnich w idei powołania Kominternu w 1947 r. upatrywał rozszerzenia gwarancji dla tych granic dzięki zobowiązaniom KDL-ów, żeby uzupełnić gwarancje radzieckie. A więc rozszerzał możliwości. Natomiast elastyczność w stosunkach Wschód-Zachód dekady Gierka, w tym także otwarcie na Zachód, obdarzyła nas nieobliczalnymi pożyczkami zachodnimi podmywającymi naszą suwerenność, w dużej części konsumpcyjnymi, co w konsekwencji pomogło rozbudować socjalizm willowy, salonowy; obdarzyła tromtadracją wobec sąsiadów, obdarzyła ubezwłasnowolnieniem w sferze inicjatyw gospodarczych („zrób to sam”), który to fakt wywołuje w społeczeństwie znaki zapytania odnośnie unowocześnienia polskiego przemysłu w minionym dziesięcioleciu, skoro ten przemysł nie może podołać minimalnemu popytowi. Ludzie obserwujący polityczną ekspansję Wiesława – Władysława Gomółki, powiedzmy, bolejący nad nowymi zapadłościami najbardziej współczesnej historii, definiowali tak: przez wzburzone morza przepłynął, a utonął na brzegu.

Przepraszam, pogwałciłem kompozycję artykułu. Na początku miało być o tworzeniu sześciu tomów Historii Ruchu Robotniczego… i w tym tle o Gomułce. Na temat tego tworzenia odbyło się kilka dni temu w krakowskiej „Kuźnicy” spotkanie krakowskich marksistowskich historyków i działaczy kultury z zaproszonymi gośćmi z Warszawy na czele z profesorem Marianem Orzechowskim, aktualnie sekretarzem KC PZPR; to oni są blisko opracowywania historii stuletnich dziejów polskiego ruchu robotniczego. To było bardzo ciekawe spotkanie, raz po raz od metodyki przerzucało się do historii, a nawet do jej detali. Na pytanie czy będziemy omijać niewygodne tematy, odpowiadano że nie wszystkie archiwa – raczej nie w Polsce – są otwarte, poza tym poszczególni działacze nie chcą udostępnić swoich prywatnych dokumentów. Sam Gomułka jest jednym potężnym archiwum. Być może, nie uda się wyjaśnić sprawy Mołojców, itd.. itp. Gomułka, niestety, tylko co pewien czas zabiera głos w wielkim podrażnieniu w odpowiedzi na sensacyjnie brzmiące kłamstwa. Niestety, nie widzimy tego w druku. Taki los spotkał m.in. jego protest przeciw rozpowszechnianiu paszkwilu pt. „Moje czternaście lat – zwierzenia Władysława Gomułki” przedrukowanemu z izraelskiej gazety „Nowiny-Kurier”, który to protest skierował Władysław Gomułka w 1973 na ręce Edwarda Gierka, z prośbą o zdekonspirowanie inicjatorów i sprawców tego paszkwilu. O los m.in. tego dokumentu upominał się Gomułka w czasie rozmowy z Władysławem Kruczkiem, Jerzym Łukasiewiczem i Andrzejem Werblanem, który najbardziej zasłużonemu weteranowi polskiego ruchu robotniczego złożył gratulacje urodzinowe zimą w 1975. Bez skutku. Bez odpowiedzi pozostał list Gomułki w sprawie jw. skierowany do Komisji KC (pod kierownictwem Tadeusza Grabskiego) do zbadania przyczyn kryzysu w 1980.

W czasie spotkania w „Kuźnicy” centralni decydenci Historii Ruchu Robotniczego szczerze poinformowali o trudnościach związanych z opracowywaniem V i VI tomu – historii PZPR od zjednoczenia PPR i PPS do grudnia 1980 r. Te tomy są w rozsypce z powodu m.in. niejasności powstawania kryzysów ekonomicznych. Raz po raz przebijały się nazwiska Bolesława Bieruta i Władysława Gomułki, przy czym panowała zgoda, że Gomułka to większy format – niestety, mało upowszechniony. Gigant-samotnik. Wielki i… satrapa, który nikogo nie skrzywdził. Satrapa, który krzyczał na kogoś wtedy, gdy tego kogoś lubił i cenił.

Zabrał głos także niżej podpisany. Cytuję zdanie: „Polską opinię kształtuje w olbrzymiej części inteligencja, przeszło to z przełomu XIX i XX wieku. Owa część urobiła legendę Piłsudskiego, która nie mówiła o marszałku zdradzającym ideały ludowe PPS. Nie chcę ubliżać Wiesławowi, ale pod koniec swej ery zaczął w tych kręgach konkurować legendą Piłsudskiego. Jako kierunek”. Straciliśmy symbol. Można go renowować? Fakt, ta postać, jego wizja „polskiej drogi” coraz bardziej promieniuje. Jeśli przyrzekamy, iż będziemy pisać historię Ruchu bez kumoterstwa i jeśli Komisja KC PZPR do badania przyczyn kryzysów pod przewodnictwem Hieronima Kubiaka dąży do opisania tych przyczyn bez kumoterstwa, to bez względu na złą sławę zmiany cen na szereg artykułów przemysłowych i żywnościowych 13 grudnia 1970 r. trzeba powrócić do oceny owej decyzji z perspektywy. Jak klęska owej uchwały zarzutowała na następne kryzysy? Gomułka do dziś dnia twierdzi, że owe podwyżki i obniżki trzeba oddzielić od strzelania i traktować je jako dwa wydarzenia. Warto się zastanowić na „ideą” owej grudniowej uchwały także z tego względu, że obecnie wprowadzane podwyżki – jakże drastyczniejsze w stosunku do stopy życiowej, spotykają się ze smutkiem, goryczą, a nawet ze zgrzytaniem zębów, ależ przecież bez ulicznych wybuchów.

Ponieważ nie wszyscy pamiętają treść owej uchwały z grudnia1970 pozwalam sobie przepisać najważniejsze akapity Listu Biura Politycznego KC PZPR do podstawowych organizacji partyjnych – grudzień 1970.

„Podwyższa się ceny: mięsa, mąki, kasz, makaronów, mleka (na okres zimowy), ryb, przetworów owocowych, cukierków twardych, węgla, koksu, tkanin lnianych i bawełnianych, wełen niskoprocentowych, naczyń blaszanych i żeliwnych, wyrobów hutniczych oraz szeregu innych artykułów.

Jednocześnie obniża się ceny: tkanin z włókien sztucznych oraz odzieży z tych tkanin, wyrobów dziewiarskich z włókien sztucznych, koszul, bluzek, pończoch i skarpet stilonowych oraz stilonowych, telewizorów, magnetofonów, radioodbiorników turystycznych, lodówek, odkurzaczy, maszyn do szycia, leków, proszków i płynów do prania, farb i lakierów, nożyków do golenia i innych artykułów.

Szacuje się, że suma podwyżek cen detalicznych zwiększających wydatki ludności wyniesie w skali rocznej około 15 miliardów 710 milionów złotych. Natomiast suma obniżek cen detalicznych na towary i usługi zmniejszy wydatki ludności w skali rocznej o około 10 miliardów 900 milionów złotych. Różnica między sumą podwyżek cen i obniżek cen będzie jednak znacznie mniejsza. Wyniesie ona około 1 miliarda 200 milionów złotych, wskutek wprowadzenia dodatków do zasiłków rodzinnych, obniżenia opłat telewizyjnych oraz podniesienia cen skupu artykułów hodowlanych i innych posunięć. Różnica ta będzie prawdopodobnie zupełnie zniwelowana wskutek zmian w strukturze towarów rynkowych, nabywanych przez ludność.

W jakim celu przeprowadza się zmiany w cenach detalicznych?

„Ceny na artykuły żywnościowe i przemysłowe muszą uwzględniać rzeczywiste koszty produkcji, a także stosunek podaży do popytu na poszczególne towary. Jeśli ceny na dane artykuły, nabywane przez ludność, są niższe od kosztów produkcji, powoduje to straty, które muszą być pokrywane prze budżet państwa. Popyt na takie artykuły szybko rośnie, a zatem wzrastają straty przedsiębiorstw oraz wynikające stąd dopłaty państwa. Jeśli ceny na dane artykuły są znacznie wyższe od kosztów produkcji, przynosi to wprawdzie państwu wysokie dochody, czyli tzw. akumulację, ale równocześnie ogranicza popyt na te artykuły, powoduje nagromadzenie wysokich zapasów, a w konsekwencji hamuje produkcję tych towarów. W obu wypadkach powstają zatem zakłócenia w zaopatrzeniu rynku, a także w produkcji artykułów powszechnego użytku”.

„W rezultacie każdy wzrost dochodów ludności pociąga za sobą szybki wzrost zapotrzebowania na artykuły żywnościowe, zaś zapotrzebowanie na artykuły przemysłowe, zwłaszcza na wiele towarów trwałego użytku, rosło stosunkowo wolniej.

W produkcji rzecz natomiast ma się całkiem odwrotnie. Możliwości wzrostu produkcji przemysłowej są nieporównywalnie wyższe niż produkcji rolnej. Jest to prawidłowość powszechna, występujących we wszystkich krajach uprzemysłowionych.W ciągu ostatniego dziesięciolecia na przykład ogólna produkcja przemysłu środków konsumpcji, licząc w cenach porównywalnych, rosła przeciętnie rocznie o 6,4 proc., zaś produkcją artykułów żywnościowych – tylko o 2,4 proc. Nie jest to bynajmniej mały wzrost produkcji artykułów żywnościowych. Jednakże przy dotychczasowych cenach nie mógł on zapewnić równowagi na rynku. Zakupy towarów przemysłowych utrzymywały się na stosunkowo niskim poziomie, a ich udział w ogólnych wydatkach ludności od szeregu nie zmieniała się.

Niski jest u nas poziom spożycia dzianin i wyrobów pończoszniczych oraz tkanin z nowoczesnych włókien syntetycznych. Niedostateczne jest wciąż wyposażenie naszych mieszkań w przedmioty trwałego użytku, które ułatwiają prace w gospodarstwie domowym lub służą naszym potrzebom kulturalnymi wypoczynkowi po pracy. Większość rodzin nie posiada jeszcze lodówki, 60 proc. rodzin nie posiada jeszcze aparatu telewizyjnego, wiele rodzin nie korzysta nawet z aparatu radiowego. Tylko co czwarta gospodyni domowa ma maszynę do szycia, a zaledwie dwie spośród pięciu korzystają z pralek elektrycznych. Stosunkowo wysokie ceny na te i inne artykuły trwałego użytku utrudniały wzrost ich zakupów przez ludność. Natomiast popyt na artykuły żywnościowe, a zwłaszcza na mięso i jego przetwory, wzrastał szybciej niż możliwości produkcyjne naszego rolnictwa, co powodowało i powoduje nadal trudności i braki w zaopatrzeniu rynku”.

„W roku 1955 spożycie mięsa i tłuszczów zwierzęcych w przeliczeniu na 1 mieszkańca wynosiło 43,8 kg, w 1960 r. spożycie to wynosiło blisko 50 kg, zaś w roku 1969 – 61 kg. Tylko w ostatnich 10 latach spożycia mięsa i tłuszczów zwierzęcych wzrosło o przeszło 11 kg na 1 mieszkańca, a więc ponad 22 proc. Nie zapominajmy, że w tym samym czasie ludność kraju powiększyła się z 29,8 miliona na 32,7 miliona osób, a więc przybyło 10 proc. – prawie 3 miliony mieszkańców.

Rolnictwo mimo znacznych postępów w produkcji rolnej, nie mogło dostarczyć takiej ilości pasz, która zabezpieczałaby należyty wzrost produkcji hodowlanej, odpowiednio do rosnącego popytu ludności na mięso. Dlatego też zaspokajanie tego rosnącego popytu na mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego mogło się odbywać tylko przy stałym imporcie zbóż i pasz z zagranicy a także przy stopniowym ograniczeniu eksportu mięsa.

W ciągu bieżącego 5-lecia import zbóż wyniósł 9 milionów 800 tysięcy ton, to jest 1 milion 960 tysięcy średniorocznie. W latach dobrych urodzajów import ten się obniżał, ale w następstwie tegorocznego spadku zbiorów zbóż, w roku 1971 musimy zaimportować około 2 milionów 500 tysięcy ton, co jednak nie pokryje w pełni zapotrzebowania rolnictwa na pasze treściwe. Wydatki państwa na import zbóż i innych składników paszowych, takich jak: mączka rybna, makuchy itp. wyniosły w bieżącej 5-latce łącznie ponad 970 milionów dolarów. Z tej ogólnej sumy naszych wydatków na import zbóż i składników do pasz treściwych w latach 1966-1970 na kraje kapitalistyczne przypada 458 milionów dolarów. Pozostała część przypada na zakupy w Związku Radzieckim, które były dla nas dużą pomocą, gdyż pozwoliły zaoszczędzić tak trudno dla nas osiągalne wolne dewizy”.

Zapotrzebowanie kraju na mięso i przetwory mięsne musi być zaspokajane przede wszystkim w oparciu o nasze własne zasoby, a więc w oparciu o własną produkcję pasz i produkcję hodowlaną, przy zachowaniu ograniczonego importu zbóż oraz wysokowartościowych składników paszowych.

Wysiłek wsi polskiej wspierany przez wciąż rosnąca pomoc państwa, które wszystkimi środkami sprzyja intensyfikacji rolnictwa – może rozwiązać problem zaopatrzenia kraju w mięso i inne artykuły żywnościowe.

Obecnie przychodzimy rolnictwu ze zwiększoną pomocą, aby ułatwić wsi przezwyciężenie ubiegłorocznego nieurodzaju okopowych i tegorocznego słabego urodzaju zbóż.. Importujemy więcej niż w latach ubiegłych zbóż i pasz, a równocześnie, aby wzmóc zainteresowanie rolników, podnosimy ceny płacone hodowcom za dostawy żywca i mleka. Środki podejmowane przez państwo przyczyniają się do wzrostu produkcji hodowlanej i poprawy zaopatrzenia ludności. Równocześnie musimy zmniejszać rozpiętość między podażą a popytem na artykuły mięsne. Z tych powodów podwyżka cen na mięso i przetwory mięsne okazała się konieczna”.

„W roku 1970 państwo dopłaca do przetworów zbożowych 5 miliardów 285 milionów złotych, do przetworów owocowych – 354 milionów złotych, do mleka spożywczego 727 milionów złotych, do innych artykułów żywnościowych 800 milionów złotych, w tym do ryb i przetworów rybnych – 600 milionów złotych. Ponadto dopłaty państwa do artykułów żywnościowych odbywają się pośrednio poprzez dotacje do produkcji pasz treściwych w wysokości blisko 6 miliardów 500 milionów złotych, do maszyn rolniczych w wysokości około 1 miliarda 100 milionów złotych, do produkcji nawozów fosforowych, wapna nawozowego i środków ochrony roślin wysokości około 880 milionów złotych rocznie.

W sumie dopłaty państwa do produkcji deficytowych artykułów rolno-spożywczych oraz do środków produkcji dla rolnictwa w roku 1970 szacuje się na sumę około 16 miliardów złotych. Akumulacja na pozostałych artykułach rolno-spożywczych z wyjątkiem napojów alkoholowych jest minimalna.

Dalsze takie wysokie dopłaty państwa do artykułów spożywczych nie mogą być utrzymywane. Ceny detaliczne powinny być dostosowywane do rzeczywistych kosztów produkcji. Dokonywane obecnie podwyżki cen na artykuły żywnościowe zmierzają właśnie w tym kierunku, choć nie likwidują jeszcze wszystkich dopłat państwa do szeregu towarów.

Deficytowa pozostanie nadal cena mąki na rynku. Roczna dopłata będzie sięgać ok. 280 milionów złotych. Do kasz-płatków zarówno jęczmiennych jak i owsianych państwo dopłacać będzie około 200 milionów złotych rocznie, do makaronów około 110 milionów złotych, do ryb ok. 122 milionów złotych. Ze względu na podwyżkę cen skupu mleka, dopłata do mleka spożywczego nie ulegnie obniżce. Nowe ceny przetworów owocowych, to jest powideł, marmolad i dżemów pokryją tylko koszty ich produkcji nie przynosząc w zasadzie zysku. Ceny chleba nie pozostają zmienione, mimo, iż roczna dopłata państwa do mąki przeznaczonej na wypiek chleba wynosi 4 miliardy 223 milionów złotych, a więc 1 zł 30 gr. do każdego sprzedawanego kilograma chleba.

Prócz artykułów żywnościowych również ceny detaliczne na szereg wyrobów przemysłowych ukształtowały się na poziomie niższym od kosztów produkcji, powodując straty i konieczność dopłat z budżetu państwa. Dotyczy to wyrobów z surowców naturalnych, jak bawełna i jedwab, w większości przez nas importowanych, wyrobów przemysłu lniarskiego, do którego państwo dopłaca 852 miliony złotych rocznie, wyrobów ze skóry, drewna i celulozy, a także niektórych wyrobów metalowych, naczyń emaliowych i aluminiowych. Nowe podwyższone ceny na te towary likwidują deficyty i stwarzają dla ich producentów prawidłowe warunki gospodarowania. Powstała również konieczność podniesienia cen na materiały budowlane oraz węgiel, koks i brykiety”.

„Obniżką cen detalicznych objęte zostają:

* wyroby przemysłu lekkiego z włókien syntetycznych; suma obniżki wyniesie około 7 miliardów złotych,

* wyroby przemysłu chemicznego z tworzyw sztucznych – suma obniżki wyniesie około 900 milionów złotych,

* wyroby przemysłu farmaceutycznego – suma obniżki wyniesie około 1 miliarda 100 milionów złotych,

* przedmioty trwałego użytku – telewizory, pralki, lodówki, różne przybory elektrotechniczne itd. – suma obniżki wyniesie około 2 miliardów złotych.

Obniżki cen detalicznych na szereg artykułów przemysłowych są znaczne.

Tak na przykład ubranie męskie z tkaniny wełnianej 100 proc. Z udziałem elany, którego dotychczasowa cena wynosiła 1840 złotych, stanieje o 280 złotych, 3-metrowy kupon materiału czesankowego z tkaniny 100 proc. z udziałem elany, którego cena wynosiła 1.560 złotych, stanieje o 366 złotych; materiał sukienkowy czesankowy z 60 proc. wełny z udziałem elany, którego cena wynosiła 190 złotych za metr, stanieje o 52 złote; płaszcz męski z tkaniny elanobawełnianej, którego cena wynosiła 880 złotych, stanieje o 175 złotych; koszule męskie z włókien syntetycznych, sprzedawane w cenie 400 złotych za sztukę, stanieją o 60 złotych, bluzki damskie z anilany standard 100 proc., których dotychczasowa cena wynosiła 240 złotych, stanieją o 50 złotych; pończochy stilonowe w cenie 51 złotych za parę stanieją o 21 złotych.

Znaczne obniżki następują w cenach artykułów trwałego użytku. Np. telewizor typu „Lazuryt” w cenie dotychczasowej 9.000 złotych stanieje o 1.700 złotych; magnetofon ZK 120 w cenie dotychczasowej 5.500 złotych stanieje o 2.000 złotych; lodówka Polar 80, której dotychczasowa cena wynosiła 4.900 złotych stanieje o 1.500 złotych; pralka SHL, której cena dotychczasowa wynosiła 2.050 złotych, stanieje o 430 złotych.

Obniżenie cen na artykuły przemysłowe masowej konsumpcji rozszerza możliwości ich zakupu przez wiele rodzin, które dotychczas nie mogły sobie na to pozwolić. Obniżone ceny w powiązaniu z niedawno wprowadzonym udogodnieniem w zakresie sprzedaży ratalnej, które rozkładają spłaty kredytu na dłuższy okres czasu – zwiększa dostępność wielu towarów dla szerokiego kręgu konsumentów.

W rezultacie dokonywanych obecnie zmian w cenach detalicznych otwarte zostają możliwości dla wzrostu spożycia dóbr przemysłowych przy równoczesnym dostosowaniu wzrostu spożycia artykułów żywnościowych do możliwości produkcyjnych i rozwojowych naszego rolnictwa.

Praktyczne skutki dokonywanych zmian w cenach odbijają się w różny sposób na budżetach rodzin miejskich i wiejskich. Odmiennie też wpłyną na spożycie rodzin o różnym poziomie dochodów. Rodziny, które osiągają stosunkowo niskie dochody na osobę, bardziej odczują skutki podwyżek cen na żywność od korzyści wynikających z obniżek cen na dobra trwałego użytku.

Dlatego też, aby przyjść z pomocą rodzinom wielodzietnym, z dniem 1 stycznia 1971 roku wprowadzone zostają dodatki do zasiłków rodzinnych na dzieci. Dodatki te przysługiwać będą rodzinom utrzymującym się z pracy poza rolnictwem i rodzinom rencistów. W których dochód miesięczny na osobę nie przekracza 800 złotych oraz rodzinom łączącym pracę na roli z pracą poza rolnictwem, jeżeli powierzchnia ich gospodarstwa nie przekracza pół hektara, a dochód miesięczny na osobę nie przewyższa 500 złotych.

Wysokość dodatków będzie zróżnicowana, a mianowicie: dla rodzin, których miesięczny dochód na członka rodziny wynosi 500 złotych – wprowadza się dodatek do zasiłku rodzinnego w wysokości od 500 do 600 złotych – 20 złotych, a przy dochodzie od 600 do 800 złotych – 15 złotych. Szacuje się, że ilość rodzin objętych tymi dodatkami wyniesie ponad 1 milion 600 tysięcy, łączna zaś suma podwyżek zasiłków rodzinnych wyniesie w skali rocznej około 920 milionów złotych.

Z dniem 1 stycznia obniżone zostaną również o 25 proc. opłaty telewizyjne. Obniżka ta zmniejszy o ponad pół miliarda złotych wydatki przeszło 4 milionów rodzin.

Wszyscy ci, którzy spłacą raty za zakupione dobra trwałego użytku na przykład za lodówki, pralki, telewizory itp. skorzystają również z obniżek cen tych artykułów w formie zmniejszenia ilości pozostałych jeszcze do spłacenia rat. Szacuje się, że wynikająca z tego tytułu ogólna suma umorzeń części zaciągniętych kredytów na zakupy ratalne wyniesie w roku przyszłym około 800 milionów złotych.

Równocześnie ze zmianami cen detalicznych podwyższa się ceny skupu żywca wieprzowego przeciętnie o 3 złote 30 groszy za kilogram, młodego bydła rzeźnego – o 47 groszy za kilogram, a także ceny kurcząt tuczonych – o 2 złote za kilogram i mleka – o 18 groszy za litr w sezonie zimowym”.

„Dokonywana obecnie zmiana cen detalicznych artykułów żywnościowych i przemysłowych leży na linii naszych dążeń do wprowadzenia we wszystkich gałęziach ekonomiki zasad racjonalnego gospodarowania. Jej celem jest nie tylko likwidacja doraźnie występujących zakłóceń i braków na rynku, ale, co ważniejsze, ukierunkowanie na przyszłość takiej struktury spożycia, która odpowiada potrzebom ludności kraju coraz bardziej uprzemysłowionego.

Podwyżki cen na szereg artykułów powszechnego użytku nie mogą być, z natury rzeczy, przyjmowane z zadowoleniem przez masy pracujące. Chodzi o to, aby przyjęte zostały ze zrozumieniem. To właśnie ma na celu niniejszy list.

Najważniejszym, więc zadaniem stojącym przed wszystkimi członkami partii i przede wszystkim organizacjami partyjnymi w chwili obecnej jest wyjaśnienie wszystkim ludziom pracy przyczyn i słusznych celów, jakimi powodowała się partia i rząd podejmując te doniosłe decyzje. Aczkolwiek obecna regulacja cen może przejściowo obniżyć realne dochody przeciętnej rodziny w granicach 1,5 proc. to jednak mamy wszystkie warunki ku temu, aby spadek ten szybko nadrobić. Mimo różnych trudności, które musimy przezwyciężać, podstawową cechą naszej gospodarki jest jej stały rozwój i faktu tego nic nie może przesłonić”.

Tom IV anonsowej Historii kończy się na Zjeździe Zjednoczeniowym, który uchwalił program odbiegający od wizji nakreślonej przez I Zjazd PPR w grudniu 1945 r. Zwyciężyła linia Bieruta; Władysław Gomułka – mimo nalegań Stalina nie zechciał wejść do Biura Politycznego, ponieważ musiałby realizować nie swój program – program dużego skoku w industrializacji, kolektywizacji rolnictwa, program gwałcący prawa ekonomiczne. Nie złożył samokrytyki na Zjeździe Zjednoczeniowym PPR-PPS w grudniu 1948, ostrzegał i był żywiołowo oklaskiwany przez delegatów, co nie zostało uwidocznione w stenogramie. Zgodził się na wejście do Komitetu Centralnego; został wiceprezesem centrali ZUS, a potem aresztowany pod fałszywymi zarzutami gorszymi niż odchylenie prawicowo- nacjonalistyczne, którego miał być sztandarowym nosicielem. Rozgromienie beriowszczyzny w ZSRR, nie oznaczało wypalenia tej gangreny w Polsce – że tak powiem – z dnia na dzień.

Władysław Machejek

Życie Literackie nr 19/1982

 

[II]

 

W pierwszym odcinku artykułu („ZL” z 20 czerwca br.) gros miejsca pochłonęły obszerne cytaty z Listu Biura Politycznego KC PZPR do podstawowych organizacji partyjnych w grudniu 1970. Starsi wiekiem przypominają sobie, że zaanonsowane podwyżki cen, przede wszystkim ważącego zestawu produktów żywnościowych, w skali ogólnej częściowo miały być łagodzone obniżkami cen na niektóre towary przemysłowe powszechnego użytku, co w sumie jednak obniżyło realną stopę życiową o półtora procent – według zapodań urzędowych; były też poprzedzone pewnymi rygorami i limitami w zatrudnieniu w przemyśle, kolejnictwie itd., co na pewno dyscyplinowałoby pracę i produkcję; albowiem widziało się już symptomy zawołania: „czy się stoi, czy się leży, dwa patyki się należy”. Otóż po raz pierwszy miało się dokonać rewizji „socjalistycznego” zwyczaju w dziedzinie prawa do pracy w tym sensie, że nie musi figurować na liście płacy ten, kto źle pracuje, obija się, marnotrawi, czyli jak przysłowiowe krople dziegciu psuje wartość beczki miodu. Powiało „socjalistycznym” bezrobociem, chociaż przecież nie to przyświecało rygorom, większych wymagań w pracy i zatrudnieniu. Na ten temat szeroko wypowiadał się Bolesław Jaszczuk, sekretarz KC PZPR ds. ekonomicznych, człowiek w opinii jednych narzucający w tej sprawie poglądy Gomułce, a według drugich posłuszne narzędzie rachunków i podsumowań ekonomicznych Władysława Gomułki, liczykrupy, czyli człowieka wyliczającego się co do grosza. Np. sławne się stało obniżenie – podobno dzięki niezłomności ołówka Gomułki – ceny zapałek z 50 gr. do 45 gr., a to z tej racji, że brakowało kilkunastomilionowej kwoty do wyrównania ekwiwalentu za podwyżki określonych artykułów. Tak. Władysław Gomułka nie znosił podejrzeń, iż w ekonomii robi politykę złudzeń polegającą na tym, że biorąc od społeczeństwa, żąda podzięki za rzekome dawanie.

A więc nad „światem pracy” zawisła groźba zadbania o warsztat – przeciw rodzącej się praktyce antysocjalistycznego humanizmu wyrażonej hasłem: „czy się stoi czy się leży, dwa patyki się należy”. (Tu trzeba młodszym wyjaśnić, że dwa tysiące złotych w latach 1968-1970 miało wartość dzisiejszych 7-8 tysięcy złotych, albo przeliczając na realia: prawie tysiąca litrów mleka lub dziesięciu par niezłych półbutów męskich, ew. sutej wieczerzy w kilkoro osób u „Wierzynka” w Krakowie.) Na wprowadzane i zapowiadające się dalsze porządkowania dyscypliny pracy i płacy kładły się niepokoje wśród stoczniowców, nie tylko gdańskich, związku z ew. skutkami braku rentowności w Stoczni im. Lenina. Praca zależała od wydajności, zbytu i opłacalności; bez wielkich fanfar ząbkowały trzy „S”, niestety, to zło i dobro miało dotknąć, tak z brzegu, podstawę klasy robotniczej w Gdańsku. W tej sprawie poważną konsultację przeprowadzał w Gdańsku Zenon Kliszko, z polecenia Gomułki. Nic dziwnego, że ogień podwyżki cen, choć dotknął rzeczywiście najbiedniejszych, których nie dotyczyły obniżki na telewizory czy tranzystory, dotarł do materiału łatwopalnego, przy czym w łunie pożaru pokazały się niedostatki i obawy egzystencji wielu oddziałów klasy robotniczej. Komisja KC pod przewodnictwem Jana Szydlaka do wyszukania winowajców masakry robotników w Gdyni – dalekich od zamiarów kontrrewolucyjnych – powołana przez plenum KC PZPR w lutym 1971, nigdy nie przedstawiła sprawozdania.

Historia jeszcze długo będzie się zastanawiać nad tym czy w grudniu 1970 Władysław Gomułka stał się ofiarą zachowawczej, chłopskiej polityki wybrnięcia z impasu o własnych siłach („lepszy polski wróbel w garści, niż francuski kanarek na dachu”), czy bezpośrednio na skutek niewinnej krwi robotników idących rano do pracy. Jak wiadomo, tamta tragedia w Trójmieście różne przybierała fazy; w tempie zaiste kartaczowym.

Władysław Gomułka upiera się przy swoim twierdzeniu, że reformę cen trzeba oddzielić od wybuchów ulicznych i strzelania a więc niejako sugeruje prowokację i swoisty zamach stanu, którego nici wiodły z Warszawy do Katowic a poczęły się na sławnym zgromadzeniu w Sali Kongresowej po studenckim Marcu. Mianowicie w Kongresowej w czasie przemówienia Gomułki rozlegały się skandowania na galerii wśród zastępów Jerzego Łukaszewicza, sekretarza KD PZPR Wola, intronizujące Gierka: przy czym potrząsano odpowiednimi transparentami „Nie rozumiem” – powiedział Wiesław do Edwarda Gierka (czł. BP i I sekretarza w Katowicach) asystującego w prezydium manifestacji w Kongresowej za poparciem polityki Gomułki Gierek wyparł się wszystkiego. Do tych ciężkich spięć z 1968 może mi przyjdzie powrócić, w każdym razie marzec 1968 na dole trzeba przebadać, patrząc z innych punktów odniesienia społecznego niż zryw studencki pod auspicjami zdetronizowanych polskich beriowczyków, natomiast na tym miejscu chciałem powtórzyć sugestie pod adresem „Komisji Hieronima Kubiaka”, czyli ds. zbadania powstania kryzysów w Polsce, żeby wzięła pod uwagę intencje i ew. skutki społeczno-ekonomiczne prób regulacji rynku spożywczego w grudniu 1970 i w jakim stopniu tragiczny krach Gomułkowskich tendencji przyczynił się do zaaranżowania wielkich skoków w ekonomii – „przez żołądek do serca”, z pogłębiającym się zapominaniem o zobowiązaniach ideologicznych i demokracji społecznej.

Władysław Gomułka „odszedł” 20 grudnia 1970; urwała się druga jego, czternastoletnia, kadencja. Chciał odejść? Musiał – wszystko na to wskazuje, zaś oficjalnie powiedziało się o chorobie, która na pewno nie była zdrowiem. W kuluarach VII plenum i tuż przed plenum odbywały się właściwie tylko przesunięcia w dwuszeregu „gabinetu cieni”. Zawsze mnie śmieszyło to, że dystyngowany Gierek, książę wśród rosnącej ambitnej młodzi, denerwującej się z powodu czekania na awanse z gestii Wiesława, został wyniesiony na patriarchę zrywu „młodoturków”. Uwiodły ich zdolności wytęsknionego menedżera, któremu szerokiego i głębokiego gestu dostarczały naturalne możliwości województwa katowickiego i sama mentalność Ślązaków wychowanych pod zaborem pruskim z wszystkimi tego plusami i minusami. Takich nie zawinionych zdolności nie można było na pewno uzewnętrznić np. we Wrocławiu, też wielce uprzemysłowionym, ale bardzo zróżnicowanym. Edward Gierek nie winien wszystkich win – był grzechem pożądania, wzniósł się na pomnik dzięki grzechom marzeń o „doścignięciu i prześcignięciu” np. Czechosłowacji, NRD – w dobrobycie; ale tam działo się tak dzięki przede wszystkim pracowitości i dyscyplinie. Śnił się czar wojaży także politycznych. Znów zdradzili poniektórzy oblubieńcy, którym Wiesław zapomniał nawet przebaczyć. Taki był.

Wracam do Gomułki. W 1948 z jakąś straceńczą determinacją przypatrywał się, jak wokół niego tężeje beton, a potem – jeszcze na wolności – bezsilnie patrzył, jak zamykają „jego” generałów i pułkowników. Mógł to zażegnać, odwalić na czas? W sprawach polskich Stalin posługiwał się polskimi rękami. Moim zdaniem mógł, bez względu na okrążenie. Gomułka chyba nie był głuchy, widział, że w „kuchni” KC PPR przy al. Róż inaczej przygotowuje się potrawy dla perspektywy narodu, zaś inaczej w „kuchni” belwederskiej. (Takie obrazowe sformułowanie usłyszałem w czasie dyskusji w krakowskiej „Kuźnicy” i przypadło mi do gustu.) Bolesław Bierut działał jakby poza dyscypliną partyjną.

Po powstaniu Kominformu już jawnie szyto Gomułce buty, mimo to Wiesław jakby lekceważył lub szydził. O tym czasie politycznym coś niecoś piszę w czterotomowej powieści politycznej „Czekam na słowo ostatnie”, wydanej w Wydawnictwie Literackim w 1975 dzięki mocnemu wówczas Janowi Szydlakowi, Jerzemu Kwiatkowi (kierownikowi Wydz. Kultury KC) i Andrzejowi Kurzowi. (Powieść czeka na wznowienie.) Częściej lub rzadziej ukazują się na kartach książki (raczej w ludzkich opowieściach) postacie Gomułki i potępieńców takich jak Kliszko, Moczar, Korczyński oraz ówczesna przywódcza kadra: Bierut, Berman, Minc, Zambrowski, Radkiewicz. Występują pod kryptonimami.

Ale do rzeczy! Otóż w lipcu 1948 przygotowano wielką Wystawę Ziem Odzyskanych, miał ją otworzyć Władysław Gomułka, zresztą gorący orędownik i minister Ziem Odzyskanych. Ale wysłano go wraz z żoną na wypoczynek do poniemieckiego dworzyszcza w Sudetach. Półksiężyc (Światło) przepytuje na ten temat Wiktor, który przyjaźni się serdecznie z kpt. Kaleką, b. Bereziakiem, a w dramatycznym roku szefem obstawy Gomułki, z kolei oskarżonym o prowokację w KPP.

„Całe rozpytanie tyczy zachowania i tajemnic Starego, a nie marnego mikroba… Rozumiecie i pomożecie. Mimo wszystko… nie jesteście przecież odchyleńcem.

- Nie

- Co mówił wasz kolega Kaleka o humorze Starego, gdy go skrytykowano za pojednawczość w stosunku do niepodległościowej frondy PPS przed wybuchem pierwszej wojny światowej?

- Nic nie mówił.

- Ejże… – Półksiężyc groził dobrotliwie pulchnym paluszkiem.

- Widocznie Stary nie manifestuje swych uczuć wobec szeregowych towarzyszy.

- To nie podrzędny towarzysz! Każdy z Biura jest skazany na towarzystwo, w którym przebywa parę godzin dziennie. A co mówił na temat węgla? Że go mitygowano? Rzucał się z motyką na słońce. Na nasze słońce.

- Doprawdy, nie zwierzał się.

- A jednak z czegoś się zwierzał…

- Fajnie… Złości się na towarzyszy Derbienia i Wudzkiego, którzy zajęli proradzieckie stanowisko przeciw renegatowi Tito na posiedzeniu Biura Informacyjnego i robotniczych w Bukareszcie, prawda?

- Może tym razem powiem, że nie pamiętam? Już nudno ciągle mówić „nie” Ja naprawdę rzadko spotykałem się z Kaleką po jego wyjeździe z Wiekowego Miasta.

Pod grubą warstwą tłuszczu na twarzy Półksiężyca wyczuło się coś jak szarpnięcie szczęk. Ale wnet jego oczy zalśniły radością. Objawił to zaraz:

- Nie pamiętacie… hm… – postukał z zadowoleniem paluszkiem po stoliku, manewrując taktycznie koło filiżanki. – hm… to już coś jest… hm… Czyli możecie siebie przypomnieć… Wobec tego ja będę przypominał, a wy będziecie potwierdzać. Nie bójcie się, tu nie ma podsłuchu ani nie mam magnetofonu. – Pozorował podwinięcie rękawa marynarki. – Będziecie potwierdzać, dobrze?

- Bardzo chętnie, w miarę sił…

-”Tak”, „nie” w waszej odpowiedzi będzie oznaczało, że Kaleka w ogóle rozmawiał z wami na dany temat czy szczegół.

- Sprytnie to urządzacie. Ale w miarę sił…

- Zaczynamy. Jak widać, przydał się wstęp ideologiczny, strategiczny i sytuacyjny.

- Macie to w paluszku…

- O tak. Czuję się jak na froncie, najpierw ostrzelanie przedpola, a potem… Już nam Stary podszedł pod samą rękę. Teraz tylko sama technika…

- Słucham pilnie.

- No więc w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku… kiedy Stary zbyt zdenerwował się swymi porażkami w kolektywie, o których już wspominaliśmy… poradzono mu, żeby baczniej wniknął w swoje zdrowie i w stan nerwów i żeby wyjechał na odpoczynek. Konkretnie obrano pewną miejscowość na Dolnym Śląsku blisko Jeleniej Góry i czeskiej granicy. Wiecie, jak się nazywa ta miejscowość?

- Tak.

- No widzicie! – Półksiężyc szczerze się ucieszył. – No więc Kaleka coś tam mówił…

- Mówił o swoich wakacjach. Tak to nazywał, ponieważ ściągnął tam z Warszawy swoją żonę Reginę z córeczkami na wczasy. Dyrektor departamentu polecił Kalece wzmocnić szóstkę chłopaków z osobistej obstawy Starego przydzielił dodatkową piętnastkę.

- Kaleka mówił, kogo obstawiał?

- Nie pamiętam. Kogoś ważnego….

- Z żoną…

- Tak. I sekretarką osobistą…

- To jednak opowiadał bardzo szczegółowo; jesteśmy w domu.

Wiktor nie potrzebnie się zdenerwował i powiedział, jakby celowo drażniąc żarłoczność pułkownika:

- Z tych szczegółów dorozumiałem się, że to musiał być ktoś ważny. I że sekretarka miało około trzydziestu pięciu lat.

- No… no…

- Nic z tego – Wiktor zrobił taką minę, jakby pokazał język. – Ale ten ktoś wydawał mi się być ważny i z tego powodu, że skoro dyrektor departamentu w Warszawie odebrał telefon od Kaleki tej treści, że towarzystwo zostało bezpiecznie przyholowane na miejsce wypoczynku… do pałacu w parku w majątku poniemieckim… to polecił mu zostać z tą jego obstawą. Kaleka nie był na to przygotowany, widząc, że Stary ma przy sobie osobistą obstawę.

„Bielizny z sobą nie zabrałem, ani nikt z moich chłopaków” – mówił przez telefon.

„To ja ci jutro samochodem podeślę bieliznę”.

„Skoro taki rozkaz, skoro zanosi się przynajmniej na miesiąc czasu pobytu, to podeślijcie mi także żonę i dzieci”.

O, tyle wiedziałem o wczasach towarzysza Kaleki.

- Dobrze… dobrze… – Półksiężyc potwierdził, niedbale. – Napijemy się jeszcze kawy? Może po koniaczku? Coś mi stygniecie. Marysia! No więc jesteśmy w wygodnym pałacu pośrodku zieleni parkowej…

- Tak. To znaczy, jest tam Kaleka… – i tyle wiem.

- Sami powiedzieliście, że nie wiecie, co wiecie, ponieważ pamięć zawodzi i trzeba wydzierać z waszej pamięci… Kaleka zaraz na drugi dzień zainteresował się, jak zostali zakwaterowani ludzie z obstawy. Nie spodobały mu się warunki. Prowokacyjnie dał temu wyraz, przytakując krytyce i kwasom. Zupełnie tak jakby ci ludzie, eks partyzanci, byli urodzeni w piernatach i jedli marcepan. Ba, dopuścił się twierdzenia, że takie warunki stworzono obstawie w tym celu, żeby psioczyła na Starego i żeby wśród nienawiści stał się faktycznym więzieniem, niezależnie od tego, jak przewidziano w Warszawie. No więc w te pędy pobiegł do administracji z żądaniem zmiany warunków zakwaterowania obstawy. Kaleka nie ma internacjonalizmu nawet tyle, co brudu za paznokciami. Przecież zmianę warunków życia obstawy można było przeprowadzić tylko przez ścieśnienie niemieckich fornali i robotników rolnych, którzy chyba mieli chęć zostać i stać się autochtonami. Rozumiecie…

- Tak.

- Administrator nie był skłonny pogarszać losu Niemców, szły żniwa. No to wasz kolega Kaleka zatelefonował do Warszawy, dyrektor departamentu nie wyraził zgody na ścieśnienie rodzin niemieckich, to znaczy jedna rodzina do jednego pokoju. Wobec tego Kaleka na własną rękę zarządził ścieśnienie. Czy chwalił się tym przed wami?

- Nie.

- A może chełpił się tym, że Stary go pochwalił za tę ludzkość? Wiecie?

- Nie.

- Coś tam jednak było na rzeczy, bo administrator poskarżył się nie Staremu, ale zameldował o tym Warszawie. Dyrektor departamentu zameldował się u ministra. Z kolei inny dyrektor wezwał Kalekę do telefonu i kazał opuścić zajęte Niemcom pokoje. Kaleka bezczelnie odpowiedział, że nie wykona polecenia, bo obstawa największej w Polsce persony, nie może być zmęczona, niedokarmiona i rozgoryczona. I patrzcie… patrzcie… znalazł się obrońca w randze wiceministra. Kosiński, któremu bezpośrednie podległ Kaleka. Podjął się jechać na miejsce… Pamiętacie? A czy ten wiceminister pojechał tylko badać warunki życia obstawy, abstrahując od tego, że Kaleka już powinien być zdjęty za nie wykonywanie rozkazu? Przypominacie sobie, co mówił Kaleka o wiceministrze? Mieli wspólny język, też partyzant, podobno sławny, z Lubelszczyzny, bródka jak u watażki… a szyk partyzancki (zdjęcia, zdjęcia!) jak u ukraińskiego Machno. Kurtka z pasem… Hiszpan z Brygad Międzynarodowych… jakoś się uchronił przed aresztowaniem… Wiadomo, co trockiści i anarchiści narobili, w Hiszpanii w czasie wojny domowej, a potem we francuskim ruchu oporu… a przedtem jeszcze, gdy eksponowana część dostała się do Kraju Rad i próbowała… hm… swój prestiż i czynnik moralny przeciwstawiać autorytetowi Stalina i Berii, i szukać choroby, która rzekomo opanowała świat komunistyczny. Mieli w tym świecie duże powiązania. Wiceminister Zygmunt Kosiński… Czy on przyjechał do zameczku w owym parku dolnośląskim w mundurze czy po cywilnemu? Nie pamiętacie? Bo jeśli po cywilnemu, to znaczy, że pojechał tak jako polityk na kontakt ze Starym. W charakterze łącznika odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Na pewno towarzyszył mu Kaleka i ważne byłoby wiedzieć, o czym mówili dwaj czołowi przywódcy polskiego ruchu podziemnego w czasie okupacji hitlerowskiej. Niewątpliwie taki był zasadniczy cel wizyty wiceministra, bo przecież z pretekstem załatwił się bardzo szybko. Zapoznał się pokrótce ze stajennymi warunkami, w jakich mieszkała obstawa do przedwczoraj, i poklepał Kalekę po ramieniu. Kaleka chwalił się tym poklepywaniem?

- Nie… nie przypominam sobie. – Wiktorowi zrobiło się przykro, chciałby zadowolić Półksiężyca choćby w jakimś szczególiku i nie mógł. Nagle drgnął. Wydawało mu się, że pułkownik dostrzega w nim jakieś kłamstwo. Na chybił trafił powiedział: – Kaleka bardzo się cieszył, że miał dobre stosunki w Warszawie z bezpośrednimi przełożonymi.

- Aha, na pewno włączył w to wiceministra Kosińskiego.

- Chyba tak.

- Zadowolił się ochłapem… Bo ze Starym rozmawiał Kosiński kilkanaście godzin. Jak przypuszczacie… chyba nie tylko o warunkach życia obstawy? Ważne było wiedzieć, jakie Stary dawał dyspozycje Kosińskiemu dla swojej frakcji. Ziarenko do ziarenka i raz dwa uzupełniłoby się rzeczowe dowody na spisek, wojskowy spisek. Przygotowywało się zamach stanu… Kaleka na pewno podsłuchiwał i wie… Można popytać? Popytajcie. Natomiast z grubsza wiadomo, co mówił ze Starym dzisiejszy Pierwszy, Derbień i generał inżynier Niezbrojny, którzy odwiedzili Starego za kilka dni po wizycie Kosińskiego. Zjedli wspólnie kolację. Potem konferowali w czwórkę. Generał Niezbrojny, architekt, druh Starego z okupacji, opuścił towarzystwo o północy i poszedł spać. Jak myślicie, co było przyczyną tego? Generał Niezbrojny to też odchyleniec. Na pewno nie zgadzał się z tezami i argumentami Pierwszego i Derbienia. Uchylił się od pomagania w pokonywaniu oporów Starego. Głównymi tematami były ciągle węgiel i Tito, a więc święta dyscyplina wobec internacjonalistycznej racji Najwyższego… Wiadomo. Wyjechali rano. Ważna byłaby wiadomość, jak Stary zachowywał się po ich wyjeździe. Kpił, puszył się? Jego słowo ostatnie?

Półksiężyc błaganie patrzył na Wiktora, nienasycenie unieszczęśliwiało go. Wiktorowi znów zrobiło się przykro, ale naprawdę nie mógł wymyślić niczego pomocnego pułkownikowi. Na szczęście pułkownik zmienił taktykę oblizał grube, sinawe wargi, wziął głęboki oddech jak przed forsownym atakiem.

- Nie pamiętacie? Oj Boże! A dowiecie się, jak wtedy było?

- Tak.

- Dowiecie się także, jak długo bawił u Starego pułkownik Koczot, ówczesny szef WUBP w Łodzi, w czasie okupacji jeden z czołowych dowódców peperowskiej partyzantki. Pochlebcy robili mu legendę. Na pewno przyjechał w misji od odchyleńców. Z tej samej paczki nacjonalistycznej, co ówczesny wiceminister Zygmunt Kosiński. Nie pamiętacie, czy wręczył Staremu liścik od Pobóg-Mińskiego, swojego kumpla z sanacyjnego więzienia przed wojną. Dowiecie się?

- Tak.

- No, teraz już leci szybciej – Półksiężyc odetchnął. – Przy dobrej woli żadna rozmowa między towarzyszami nie jest daremna. Jeszcze przyjechał do Starego chudy Maciek. Niski, też rodem z Łodzi. Kierownik kadr w KC PPR. Co mówili? Dowiecie się. Dobrze byłoby stwierdzić, że Stary dawał dyspozycję usuwania komunistów przybyłych po wojnie ze Wschodu albo z I Armią. Czas biegł szybko. Po trzech tygodniach towarzysze Pierwszy i Derbień zadali sobie jeszcze trud podróży do dolnośląskiego pałacyku. Rozmawiali dłużej niż poprzednio. Od przedwieczerza przez noc aż do rana. Wyjechali pochmurni i zmęczeni. Towarzysz Derbień powiedział z żalem: „Syzyfowy to upór, kosztowne bohaterstwo kosztem całej partii. Nie można dopuścić do tego, żeby gniew najwyższego autorytetu pochłonął całą partię. Należy statek wyprowadzić na wspólny szlak.” Oto słowa prawdziwie odważne i odpowiedzialne. W tym czasie Stary miał wyznać swojej żonie: „Naprawdę dziwię im się, że nie znają mnie bliżej. Niemożliwa współpraca”.

 

*

Przerwę na chwilę cytowanie fragmentów ilustrujących ułamek wieloletniej „pracy” nad Starym, zanim go odsunięto od steru PPR. „Syzyfowa praca” – określił zmęczony Derbień, szara eminencja rządu, dialektyk i równocześnie scholastyk co się zowie, osobisty doradca Pierwszego w państwie. Zapytam: czy upór Starego miał charakter czysto subiektywny, czy też narodził się z widzenia dalekowzrocznego: pozwolić zrobić dziurę w całości poglądów, które wytrzymały próbę okupacji hitlerowskiej i najbliższych myślenia awangardy robotniczo-chłopskiej, poglądów realizowanych w praktyce, przeto zdobywających systematycznie intelektualistów i inteligencję zniechęconych wywałaszonym Zachodem – oznaczałoby początek końca tożsamości politycznej i wyrzeczenie się polskiej drogi do socjalizmu. (Chodzi o specyfikę narodową, a nie tromtadracki nacjonalizm.) Nie zgadzał się z naporem i z tego powodu zasłużył na miano apodyktycznego satrapy oraz twórcy frakcji? Czy polityk ceniący nad wszystko stołek władzy zgadza się na urlop, gdy wkoło już huczy burza? Bronił własnych poglądów i tu wyrzekał się taktyczenia. A Andrzej Werblan. („Polityka” z dnia 13 czerwca br.) wspominał o zarzutach taktyczenia Gomułki i PPR, co budziło złość na „lewicy”. Ci z „lewicy” namawialiby Starego z mojej powieści do tego, do czego kusili wysocy delegaci z Warszawy, a na co Stary, którego prototypem jest Władysław Gomułka, nie zgadza się. Z autopsji pamiętam słowa Wiesława wypowiedziane w związku uchwałami majowego (1945) plenum w KC PPR w replice na pojawiający się zarzut jego „prawicowości”, w replice także na niecierpliwość w kręgach partyzanckich:

„Linia polityczna PPR wprowadzana w życie tak w czasie okupacji, jak i obecnie, po osiągnięciu niepodległości, tak w czasie wojny, jak i obecnie – to linia jednoczenia wszystkich demokratycznych sił narodu w jednym froncie narodowym, na jednej, wspólnej wszystkim siłom demokratycznym ugrupowaniom platformie politycznej. Tę jasną prostą myśl polityczną zaciemnia niektórym ludziom fakt, że Polska Partia Robotnicza jest partią marksistowską, partią, która wychowuje swych członków w duchu ideologii marksizmu-leninizmu. Powstaje u nich wobec tego pytanie, dlaczego nie wysuwamy haseł socjalistycznych, lecz hasła demokratyczne, które w ich uszach brzmią niezrozumiale, skoro pochodzą z naszych ust”. Jakże „niedorzeczne są twierdzenia niektórych ludzi, że PPR jest jakimś prawym skrzydłem ruchu mas pracujących, wobec tego PPS stoi na lewym skrzydle tego ruchu (…) Polska Partia Robotnicza nie ma zamiaru wyrzekać się dążenia do socjalizmu, lecz na drodze do osiągnięcia tego celu widzi konieczność przebycia długiej walki o zbudowanie silnego gmachu pokoju (…) Droga do socjalizmu nie jest ani krótka, ani nie może być uproszczona”.

Taka linia polityczna miała sukcesy (odbudowa kraju, solidne podstawy dla Sześciolatki, powrót setek tysięcy rodaków także w mundurach wojskowych, do kraju, ekspansja polskości na zachód, rozładowanie „lasu” i podziemia), ponieważ wywodziła się z realizmu. Taktyczenie często pachnie dojutrkowym, tanim krętactwem. „Przepraszam, Andrzej Werblan nie siebie obciąża zarzutem taktyczenia, lecz

„…w kołach pepesowskich w ogóle, a na lewicy w szczególności, z niechęcią odnoszono się do nazbyt koniunkturalnego traktowania przez PPR haseł politycznych, do stawiania, zwłaszcza w propagandzie, taktyki przed strategią i zasadami”.

Nie dał się „przełamać” (modne wówczas określenie), bo reprezentował właśnie zasady, zaś poczuciem internacjonalistycznej wspólnoty nie dał się szantażować, albowiem internacjonalizmu nie przynosi się z zewnątrz i nie kreuje go się przez przytupywanie czy głosowanie.

Władysław Machejek

Życie Literackie nr 20/1982

 

[III]

 

 

 

 

Już nieraz dawałem wyraz obawom, że nad Wiesławem – Władysławem Gomułką zawisło fatum nieufności od czasu wybrania go na sekretarza KC PPR po uwięzieniu przez Niemców Pawła Findera i utraty połączenia z Dymitrowem i Moskwą co się podejrzanie przedłużało. Tam rosły uzurpacje wśród polskich komunistów z dala od ziemi i kraju. Aż Stalin w sporach z aliantami o „sprawę polską” złapał KRN, powstawały inicjatywy Wiesława jak bezcenny podarunek i poradził towarzyszom CBKP i ZPP uznać zwierzchnictwo tejże KRN nad ZPP i armią, zaś Centralnemu Biuru Komunistów Polskich podporządkować się KC PPR. I stało się tak, przynajmniej formalnie, co nie oznacza, że Gomułka był akuszerem PKWN, i co nie oznacza, że komuniści podzielili się na krajowych i wschodnich – „prawicowo nacjonalistycznych” i „lewicowo-internacjonalistycznych”, albowiem to „krajowiec” Bierut posłał jeszcze miesiąc przed wyzwoleniem „małej Polski Lubelskiej” list do Dymitrowa tej treści:

„W organie kierowniczym naszej partii powstała niepokojąca sytuacja. Sekretarz Komitetu nie stoi na wysokości zadania… cechują go dyktatorskie dążenia… czyni bez przerwy zygzaki od sekciarstwa do skrajnego oportunizmu i odwrotnie”. Z biegiem czasu oskarżyło się Gomułkę o tworzenie frakcji, gdy tymczasem list do G. Dymitrowa pełniącego te same obowiązki co rok temu w Kominternie świadczy w świetle zasady centralizmu demokratycznego o frakcyjnym charakterze anonsa. Czy o tym liście wiedział Wiesław, właśnie w tych dniach gdy do Moskwy dotarła oficjalna delegacja KRN i KC PPR, a także gen. „Rola”-Żymierski? Ten list leżał w safesie, o zwrot tego listu postarał się Bolesław Bierut, gdy doszedł do wniosku, że dobrze będzie na plenum sierpniowo-wrześniowym (1948 r.) KC PPR referat „o odchyleniu prawicowym i nacjonalistycznym i sposobach jego przezwyciężenia” podeprzeć dowodem, iż grzechy Wiesława zauważył dużo wcześniej. Wolna wola sumienia komunisty kominternowca.

Gomułka mało się zwierzał ze swych gorzkich tajemnic, a dziś stan jego zdrowia nie pozwala na żadne drążenia wywiadowcze. Raczej wiedział o liście… i znów okiełzał swój charakter ” satrapy”, wyższy nad knowania.

Wiesława usunięto z funkcji sekretarza generalnego KC PPR na owym plenum sierpniowo-wrześniowym, następcą został Bolesław Bierut. Józef Cyrankiewicz ubrał się w ciemny garnitur i z innymi liderami przywództwa PPS udał się do Belwederu, żeby powiadomić, iż PPS widzi w osobie Bieruta przewodniczącego zjednoczonej partii; już trwały przygotowania do zjazdu zjednoczeniowego. Józef Cyrankiewicz został jednym z trzech sekretarzy KC PZPR.

Ale wróćmy jeszcze do przepytanki prowadzonej przez Półksiężyca w dworzyszczu podsudeckim odnośnie Starego.

„Kaleka pojechał do Wrocławia zarządzić pewne środki ostrożności. Wystawę miał otwierać Stary. Kiedy Kaleka wrócił z Wrocławia, dowiedział się, że był do niego telefon od dyrektora departamentu. No więc kazał się łączyć z Warszawą. Powiedziano mu, że nie pojedzie na Wystawę.

- Jak to… nie pojedzie? Przecież nie miał jechać sam.

- On tylko mówił o sobie.

- Gówniarz! Dyrektor departamentu powiedział mu, że Stary nie będzie otwierał wystawy i żeby o tym nie mówić nikomu. Rzeczywiście, Kaleka milczał. Ale smucił się a do jednego z obstawy wyraził się: „Aha… coś jest w naszym kierownictwie”. Na drugi dzień, czyli w sobotę rano, Stary zakomunikował Kalece, że nie pojadą do Wrocławia na Wystawę; pojadą za kilka dni. I znów Kaleka wyraził się ze smutkiem do jednego z obstawy: – „Aha, w Warszawie coś zadecydowali w sprawie Starego”. Ale wnet się rozchmurzył, widząc Starego pogodnego i pogwizdującego w parku. Powiedział, że w niedzielę pojadą na Śnieżkę. Rzeczywiście pojechali willysem.

Markotno było raczej jego Geni. Ale i ona poweselała, kiedy na dwóch sklepach po drodze zobaczyła portret Starego… Powiedziała, żeby rozruszać męża, czyli Starego:

„Widzisz jeszcze wisisz”.

„Stary nie odezwał się”, stwierdził Kaleka. Zaraz rozeszły się pogłoski…

W tym czasie – ciągnął Półksiężyc – gazety rozwijały temat renegactwa i nacjonalizmu Tito. Chłopcy z obstawy nagabywali Kalekę, chcieli szerszych wyjaśnień. Raz w parku nie mógł się wymigać i zaczął tłumaczyć ogólnikowo wśród szumu drzew i śpiewu ptaków. Na wesoło, wczasowo. Zobaczył nadchodzącego spacerem Starego. Przysłuchiwał się słowom Kaleki, streszczającego relacje prasowe. „Może wy, towarzyszu sekretarzu wytłumaczycie kompetentniej. Znacie Tito…”

Stary uśmiechnął się. Jak swój do swego, i wykręcił się sianem.

„To wytłumaczy przyszłość”.

- Po pięciu w sumie tygodniach – mówił dalej Półksiężyc – ekipa wyruszyła do Warszawy. Odchylenie czekało na swojego wodza. Mówił Kaleka o spotkaniu Starego z pułkownikiem Koczołem za Łodzią? Och, mieć choćby szkic tej rozmowy! Coś tam Kaleka wie… chociaż dwaj mędrcy odeszli kawałek od samochodów i zapuścili się w zagajniku za szosą. Napomkniecie o tym? Dziękuję. Stary był podenerwowany, gdy wrócił do samochodu. O, na pewno z powodu wiadomości od Koczoła, który raczej meldował o izolowaniu odchyleńców w Warszawie. Zawrócił do Łodzi. W butach z cholewami na kawaleryjskich nogach, zupełnie jak na partyzanckiej fotografii, kiedy jeździł na kasztance. Też ziółko. Pojednawca.(Chodzi o stosunek do AK.) Stary spieszył się na plenum. To wielkie, przełomowe, trwające trzy dni plenum. Zaczął się rozgrom odchylenia. Ale Stary nie chciał złożyć samokrytyki. Opowiadał Kaleka, że nasz minister miał nadzieje na ustępstwa ze strony Starego? Cudowny komunista, najprzystojniejszy w rządzie minister. Na tę wzniosłą chwilę przygotował się jak najserdeczniej, wezwał Kalekę jako szefa obstawy i kazał mu kupić dziesięć litrów wódki. Opiją zgodę i zwycięstwo większości…

Półksiężyc trochę się zmęczył, na policzki wystąpiły plamy wątrobiane, serce mocniej, boleśniej pulsowało.

- Przypominam sobie… coś niecoś… To chyba dotyczyło owego zamówienia ministra. Kaleka dobrze się musiał napocić, żeby rozkaz wykonać. To była północ, sobota, poza tym dzień bezalkoholowy. Kaleka opowiadał, że szukał wódki, ale nie mówił o przeznaczeniu tej wódki. Szukał na Pradze, aż wreszcie przypomniał sobie o znajomym kierowniku restauracji naprzeciw gmachu KC. Pochodził z Wiekowego Miasta. Dogadali się. Ale trudy i pośpiech nie przydały się na nic. Nie wiedziałem, dlaczego…

- Jasne, dlaczego. Bogu dzięki… że się tak stało, pojednanie byłoby chore. Kiedy Kaleka zameldował o wykonaniu rozkazu, nasz minister powiedział „Zawieź z powrotem, wódka już niepotrzebna. Pokłócili się od nowa. Stary tonie i odrzuca jedyny ratunek, którym jest samokrytyka.”

Półksiężyc powoli złożył dłonie na brzuchu, tak jak się zamyka bardzo cenną książkę.”

Półksiężyc – płk Światło przepytuje i podle dywaguje na „okoliczność” sprawy b. sekretarza generalnego KC PPR, któremu nie pozwolono dojść do mety i zostać głównym przywódcą PZPR. W czasie przepytanki (Półksiężyc – Wiktor) ON siedzi w izolowanym więzieniu w Miedzeszynie nie podlegającemu Ministerstwu Sprawiedliwości. „Zbrodnia” tzw. odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego Wiesława polegała na zarzucie, iż cenił tradycje PPS, która w sprawie niepodległości Polski (przed I wojną światową) wykazała wiele realizmu politycznego, odczuwała o wiele lepiej rzeczywistość polityczną aniżeli SDKPiL; że zbyt mocno krytykował sekciarstwo i dogmatyzm KPP, że nie doceniał ówczesnej sytuacji międzynarodowej na progu „zimnej wojny” forsowanej przez Churchillów i Trumanów, a te wahania ideologiczne najostrzej uwydatniły się w sprawie jugosłowiańskiej. Że nie widział perspektyw rozwoju wsi w aspekcie zaostrzającej się walki klasowej. I zaostrzania. Poza tym styl pracy… Apodyktyczny „satrapa”?

Na dobrą sprawę nigdy nie dano Gomułce pełnej satysfakcji, że to nie on się mylił w 1948 r. Na ironię losu ci, którzy wieszali na nim psy, w zasadzie tylko dlatego zdobyli się na szukanie w nim ratunku dla Polski po śmierci Bieruta w zaostrzającej się sytuacji wewnętrznej, żeby nie dać się ubiec, tzn. żeby Wiesław nie został wywindowany dzięki tzw. natolińczykom, którzy (choćby przewodniczący CRZZ Wiktor Kłosiewicz) ostro występowali przeciw obniżaniu stopy życiowej klasy robotniczej i żądali przegonienia na cztery wiatry – a bodajże nawet ukarania – głównych – ich zdaniem – sprawców nadmiernego wysilania się w sferze inwestycji, winnych także terroru politycznego, którego nie przetrwała śmierć Berli. Tu z ociąganiem wzorowano się na Związku Radzieckim i Chruszczowie. Padły nazwiska m. in. Bermana, Zambrowskiego, Minca, Mazura. Powrót Gomułki miał się dokonać pod warunkami, i tak też stało się. Na plenum lipcowo-sierpniowym KC PZPR w 1956 r. puławczycy skutecznie przeciwdziałali zaproszeniu Gomułki na to plenum, żeby wysłuchać jego opinii o sytuacji w kraju i jak wybrnąć z ówczesnego kryzysu. Niektórzy z mówców wprost żądali iżby Gomułka przyznał się do grzechów „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego”, wobec których to żądań uczynił afront na Zjeździe Zjednoczeniowym w grudniu 1948 r. A „satrapa” znów chciał udowadniać, że życie potwierdziło jego program, a ten program zasadzał się – upraszając – w dziedzinie gospodarczej na budowie Polski rolniczo-węglowo-chemicznej. Gorącym rzecznikiem tego kierunku inwestycji był m. in. Bolesław Rumiński. W sferze ideologii i polityki Gomułka obstawał przy kontynuowaniu zasad frontowonarodowych bez nerwowych zrywów, idąc do socjalizmu, wpierw zbudowawszy solidne podstawy, także w psychice ludzkiej, w specyfice narowistego narodu polskiego. Trudno mi powiedzieć w jakim stopniu Władysław Gomułka był więźniem układów czy też rozmów z „puławczykami”, w każdym razie nie było granic zdziwienia u bezstronnych obserwatorów, gdy wrócił do gmachu przy Nowym Świecie 6 gęsto otoczony przez tych, którzy go do niedawna ostro zwalczali. I masz „satrapę”! Nawet Andrzej Werblan sprzeciwiał się zaproszeniu Gomułki w czasie trwania cytowanego już plenum lipcowo-sierpnowego. A z jakiegoż to powodu? Chyba na zasadzie że musiał się jakoś opowiedzieć, ponieważ koła młyńskie, miażdżące przeciwników ideologicznych pracowały, a chciał być zawsze aktywny i na widowni politycznej; ja to rozumiem. Zahaczyłem akurat o AW w pochyleniu czoła przed jego polityczną inteligencją, przed niezwykłą dialektyką w zbliżaniu spraw tamtych czasów, a jeszcze chcę go o coś zapytać. „Zgoda – mówił AW na owym plenum lipcowo-sierpniowym w 1948 r. – na powrót Gomułki, ale nie zgadzam się z wnioskiem o zaproszenie i … wysłuchanie go na plenum. Nie mogę zgodzić się w świetle jego listu do towarzysza Zawadzkiego, który został nam rozdany. Gomułka pisze, że jego samokrytykę w 1948 r. (chodzi o wystąpienie na plenum lipcowo-sierpniowym, a nie na Zjeździe Zjednoczeniowym) przekreśliło życie, że jego stanowisko okazało się w świetle późniejszych wydarzeń słuszne, a nie stanowisko partii w 1948 r. było słuszne.(…) Całe osobiste doświadczenie z tego okresu uczy mnie, że było w partii odchylenie prawicowe i nacjonalistyczne, że nie była to mistyfikacja (…) W walce z odchyleniem (…) wychowaliśmy w duchu socjalizmu i internacjonalizmu naszą partię i nasze kadry (…) Grupa towarzyszy niech jeszcze raz dokona dokładnej analizy dokumentów historii 1948 r.”. A w sprawie winowajców zauważalnych zapaści ekonomicznych i politycznych w latach po śmierci Stalina: „Padły tu cztery nazwiska, wydaje się, że tylko na skutek przestrzegania zasady ‚de mortuis nihil nisi bene’ tu nie padło jedno nazwisko”. AW miał na myśli Bieruta? Mógł znać zakamarki działań Bieruta, wielkich nieprzemijających, i małych, lepiej niż przeciętny działacz, ponieważ przez pewien czas był jego sekretarzem. „De mortuis nihil nisi bene”.

Ale Gomułka nie pozwolił zdejmować portretów Bieruta albowiem tenże Bierut wniósł niewątpliwie dużo zasług w odrodzeniu Polski, a poza tym nie Gomułka kazał wieszać. Swojego portretu zabronił epatować, zresztą tak jak potem Edward Gierek swojego. A usłużnych dworaków w „organizacji” życia i propagandzie nie brakowało, i nie brakuje.

Z pierwszej kadencji w 1948 r. odchodził Gomułka, ponieważ – w opinii pewnych kręgów – z rozmysłem, rzekomo z ociąganiem – prowadził do socjalizmu, a z drugiej kadencji zniesiono go wprawdzie na fali tragedii na Wybrzeżu gdańskim, ale przede wszystkim za „siermiężny socjalizm”, który nie zadowalał m. in. aspiracji młodzieży. W imię dynamicznych perspektyw Gomułka nie chciał się stoczyć do garnuszka zachodnich pożyczek i żyć na tym garnuszku. Dynamicznie piliśmy z tego pozłacanego garnka, rosła plutokracja, ciało prześladują niemiłosiernie gnidy, do dziś nie wiadomo w którym miejscu wpierw się drapać, znikały zobowiązania ideologiczne, aż ten zachodni garnek odjęto. I okazało się, że po drodze od garnka do ust wiele substancji wylało się, zmarnotrawiło. Szanse nie zostały wykorzystane.

Najłatwiej winić samego Gierka i nie widzieć przy nim tysięcy podobnych winowajców, choć o mniejszych możliwościach tromtadrackich i lizusowskich.

Czy miał, czy ma Gomułka swój Sulejówek? Nie nadużywajmy porównań. Niechętnie mówił i mówi o przeszłości, odgania od siebie tamte tematy. Spotkałem się ze zżymnięciem, gdy wniosłem pretensje, że rozmawia o przeszłości z Turlejską, znaną kontrowersyjną dla wielu publicystką, autorką książek nawet kiedyś zakazanych. Owszem, przypadkowo na spacerze w Konstancinie… Sama Turlejska przyznała w kwietniowym numerze krakowskiego miesięcznika „Zdanie”, że Gomułka wymyka się ciekawskim wywiadowcom i sensatom, kierując rozmowę na tematy ekonomiczne: denerwowali go niezguły przede wszystkim przy rządzeniu minioną dekadą.

Odpowiada na napaści i przeinaczenia tyczące tzw. gomułkowszczyzny czy też okupacji, lecz nie drukują go lub nie doczekuje się odpowiedzi.

O jednym z takich listów wspomina w krakowskim „Zdaniu” (numer majowy) anonimowy interlokutor, odpowiadając na pytania Macieja Szumowskiego a dotyczące postaci i postawy Władysława Gomułki przed odejściem z gmachu PZPR w grudniu 1970 i jego stosunku do polityki Edwarda Gierka. Dotyczy prowokacyjnego paszkwilu pt. „Moje czternaście lat – zwierzenia Władysława Gomułki”. Pozwólmy sobie na chwilę uwagi dla zwierzeń Anonima o Wiesławie. Anonim przyznaje się, że od r. 1956 kręcił się – w politycznym wymiarze – blisko Władysława Gomułki. Nikogo nie stać na opinie bezwzględne, aliści Anonim pretenduje do autorytetu odnośnie zachowań Gomułki, równocześnie raz za razem tonując łagodząc. Nawet cofa się. W konsekwencji czujemy niedosyt. Oto Gomułka „miał charakter przywódcy politycznego. Miał dostatecznie szerokie horyzonty. Dość dużą przenikliwość i dalekowzroczność. (…) Ogólnie rzecz biorąc miał dużą wiedzę, tylko bardzo niesystematyczną, była to wiedza samouka. (…) Dobrze zwłaszcza rozumiał, jak sądzę, kwestię chłopską”. Po Październiku – mimo euforii społecznej – w dalszym ciągu miał świadomość poparcia jedynie przejściowego. „Przyczyny takiego myślenia upatrywał w stosunkach polsko-radzieckich. Jest taki jego list do Dymitrowa (…) Społeczeństwo dużo łatwiej zniosło – jak sądzę – w sumie korzystne przesunięcie terytorialne Polski niż zmiany ustrojowe, których sobie nie życzyło”.

Stop! Głuchy – ślepy ten Anonim, czy o drogę pyta? Nieświadom wpływów przemożnej reakcji w czasie okupacji hitlerowskiej, jakby przebywał za granicą. Zda się nie wierzy słowom Wiesława skierowanym do Dymitrowa w marcu 1944, odpowiadającym na zarzuty, iż PPR nie umie robić frontu narodowego nawet z narodową burżuazją i kupczykami wzorem komunistów francuskich, włoskich czy jugosłowiańskich. Jedną. Choć bardzo ważną podnietą nienawiści do Związku Radzieckiego była sprawa granicy.

Gomułka:

„W związku z wyrażoną obawą, że PPR nie udało się dotychczas doprowadzić do stworzenia frontu narodowego na wzór Jugosławii, Czechosłowacji lub Francji, nie wynika ani z sekciarskiej pozycji politycznej partii, ani z naszej słabości, lecz z ustosunkowania się naszej partii do zagadnienia granic wschodnich Polski” (…) „Reakcja polska, widząc bezpośrednie zagrożenie jej klasowych interesów, szczególnie potęgowane sąsiedztwem Polski ze Związkiem Radzieckim, rozpętała walkę klasową do małej wojny domowej” (…) „Gdyby w Polsce bractwo św. Antoniego stanęło na gruncie rewizji wschodnich granic Polski, to też zostanie okrzyczane przez reakcję jako agentura moskiewska…”

Czyżby Gomułka wmawiał niekorzystne nastroje dużej części społeczeństwa?

O stosunku do Kraju Rad a nawet wyzwoleńczej Armii Czerwonej pisze tygodnik KW PPR „Głos Pracy” w marcu 1945 r., że na inauguracyjnym otwarciu 581 roku akademickiego rektor wszystkim dziękował za przetrwanie i ocalenie, hr. Morstinowi, rządowi londyńskiemu, tylko nie rzeczywistym wyzwolicielom, Armii Czerwonej, „Czcigodna aula własne jej ocalenie przyjęła milczeniem”.

Poza tym Anonim wymyśla społeczeństwu, które nie chciało zmian ustrojowych. Przecieram oczy i jeszcze raz czytam. Bo przecież fakty stwarzały myślenie, a z faktów tworzył się ustrój. Przyjmując takie zależności, olbrzymia część społeczeństwa nie chciała przedwrześniowym czasów, ba, nienawidziła dzisiejsze bożyszcze nieświadomości historycznej; to Piłsudski zasłużył na taką opinię u emigracyjnego pisarza Józefa Wittlina, co uwidocznił w londyńskich „Wiadomościach”: „Po Piłsudskim Boy był najsystematyczniej u nas nienawidzony”.

Olbrzymia część społeczeństwa gorąco pragnęła przepędzenia dziedziców i fabrykantów, wielkich kamieniczników oraz ukrócenia szarogęsienia się kleru.

Wpadłem w nastrój polemiczny, albowiem raz po raz napotykam w owej rozmowie na opinie dezawuujące się wzajemnie.

„Gomułka był niewątpliwie ortodoksyjnym komunistą”, ale odżegnał się od naporu ortodoksji w lecie 1948 r. a potem „Autokrata dość szczególnego rodzaju – niechętnie eliminował swoich przeciwników. Bardzo niechętnie. (…) Zawsze był gotów odejść od władzy gdyby… gdyby pozostawanie przy niej miało się łączyć z przekroczeniem granic, które on uważał za nie do przyjęcia”. Nie miał schadenfreude, gdy Gierek popełniał błędy, a zachowywał się tak jakby odpowiadał. Studiował, robił obliczenia. Niepokoił go wzrost zadłużenia, niepokoiły go rozmiary inwestycji. Przewidywał, że to się musi katastrofalnie skończyć”.

Władysław Machejek

Życie Literackie nr 21/1982

[Artykuł niedokończony]

 

 

 

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Narodowy komunizm i nacjonalbolszewizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.