Nacjonalizm gospodarczy i samorządność pracownicza

 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kurs „reform” gospodarczych prowadzony pod hasłami „otwarcia Polski na świat”, „wymienialności złotówki” i „wejścia do Europy” - jest jak najbardziej na rękę naszym zachodnim partnerom. A raczej, mówiąc językiem „twardych reguł rynkowych”, konkurentom.

 Po sforsowaniu barier celnych ostatnią przeszkodą ich pełnej ekspansji na polski rynek zbytu, ostatnim bastionem przed neokolonialnym podbojem Polski w drodze agresji ekonomicznej, jest… gospodarka państwowa. Jaka ona jest, taka jest. Ale dopóki istnieje – przy sprzęgnięciu z odwrotną polityką gospodarczą – mogłaby popsuć misterną zabawę. To właśnie odróżnia byłe „demoludy” od klasycznych krajów „trzeciego świata”. No, ale od czego polityka recesji i hurra-prywatyzacja?

 W ten sposób nieprzypadkowa polityka reform i ich nieprzypadkowe skutki podają sobie ręce. Zachód, owo bijące (!) źródło doktryny i praktyki „twardych reguł”, ekonomicznej „wojny wszystkich ze wszystkimi” – ten sam Zachód , który z konieczności owych reguł również wobec nas jest naturalnym, a do tego niezwykle silnym konkurentem (czytaj: wrogiem ekonomicznym) – stał się dzięki „naszym” rządom, naszym protektorem (politycznym „doradcą” z zadłużeniowym batem w ręku).

 Wszystko to wygląda mniej więcej tak, jakby wilkowi powierzyć pilnowanie stada owiec i w tym celu – żeby mógł lepiej pilnować – rozbierać wszelkie ogrodzenia jako niepotrzebne (np. ochronę celną). Aż tak drastycznych bajek nawet bracia Grimm nie wymyślali.

  

Jakie wnioski?

 A. Z faktu, że współczesna, kapitalistyczna gospodarka światowa to jedno wielkie pole bitwy ekonomicznej – wypływa naturalny wniosek, który sam definiuje kardynalną zasadę: kto się nie broni, ten ginie (patrz „rozwój niedorozwoju” w tzw. „trzecim świecie”). Przy czym nie może to być raczej walka taka, jaką środkami militarnymi prowadziła np. Francja w latach ‘39-40. „Twarde reguły” z definicji weryfikują zachowania łagodne, jako zbiór logicznie pusty.

 B. Tymczasem „nasze” rządy do rangi cnoty najwyższej i racji stanu podnoszą ekonomiczną bezbronność. Efekty widać gołym okiem. Tak więc pierwszy ruch na szachownicy – w przeciwnym razie wszystkie inne nie mają sensu – to odrzucenie tej „nowatorskiej” zasady obecnych reform. Nie ma rady: koszty kapitulacji przed twardym przeciwnikiem będą dużo większe (już są!) niż koszty obrony. Tym bardziej, iż kłamstwem jest alternatywa: albo kapitulacja (neokolonializm) albo klęska (kryzys). Bo i tak w końcu wychodzi na jedno.

 C. Jak wojna, to wojna. Trzeba się bić. Jak? Kiedy gospodarka o wiele słabsza zmuszona jest do konkurencyjnej walki z całą koalicją gospodarek o wiele silniejszych – przy czym, uwaga, walka nie jest toczona w próżni: tych samych przeciwników mają kraje „trzeciego świata” i spychane tam byłe kraje „realnego socjalizmu”! – to walka w otwartym polu wolnej konkurencji jest strategią samobójcy. Tym bardziej, że i przeciwnicy – EWG, USA, Japonia – siedzą w dobrze umocnionych, antyliberalnych kołach. Ot, choćby wspólne działania krajów OECD, elitarnego klubu 24 najwyżej rozwiniętych państw kapitalistycznych w zakresie narzucania nierównoprawnych warunków terms of trade w stosunkach handlowych z pozostałymi państwami czy działalność COCOM-u w zakresie monopolizowania w ich ręku najnowocześniejszych technologii. Dlatego również Polsce potrzebne są m.in. mury celne. Nawet jeśli ceną tego będzie względna izolacja (autarkia), i tak jest to wariant o niebo lepszy niż postępująca kapitulacja czy heroiczna masakra w otwartym polu wolnej konkurencji.

Co to konkretnie znaczy?

 1. Zamiast liberalizacji handlu zagranicznego – jego powtórna monopolizacja w ręku państwa. Nie „ręczna” (administracyjno-rozdzielcza) – bardzo krępująca aktywność przedsiębiorstw i operatywnie nieczytelna, lecz nakazowo-parametryczna, tj. posługująca się określonymi regułami ekonomicznymi (system licencji i kontroli handlu z zagranicą).

 Przede wszystkim jednoznaczny protekcjonizm w zakresie polityki celnej: obwarowane co do zwolnień równoprawnością traktowania, cła zaporowe na import:

a) rynkowo-konsumpcyjny,

b) inwestycji kapitałowych nieprodukcyjnych,

c) produktów finalnych.

 Preferencje dla selektywnego importu:

a) artykułów inwestycyjno-zaopatrzeniowych (w tym kupna technologii lub ich dzierżawy, np. licencje na instalowanie montowni samochodów w kraju – taką propozycję składali Japończycy, nie wiedzieć czemu została odrzucona, a import gotowych samochodów w ub. roku wyniósł ponad 300 tys. sztuk!);

b) produktów bazowych oraz surowców niewystępujących w kraju (np. ropy naftowej czy benzyny – import tej ostatniej został w zeszłym roku idiotycznie obłożony wyższym cłem);

c) produktów komponentowych (np. paszowych – zamiast importu gotowych wyrobów mięsnych).

 Po drugie – komplementaryzm w zakresie doboru partnerów handlowych, tj. reorientacja kierunków handlu zagranicznego i w ogóle współpracy gospodarczej z zagranicą. Nie pchać się w kontrakty z wysoko rozwiniętymi państwami Zachodu, do których możemy eksportować co najwyżej surowce, najprostsze prefabrykaty czy produkty „brudnych technologii”. Kierunek zasadniczo odwrotny: tzw. „trzeci świat” i byłe kraje „obozu”, dla których znaczna część naszych produktów może być atrakcyjna (oczywiście nie przy preferowaniu „cen światowych”) ze względu na porównywalne z naszym a nawet słabsze poziomy technologiczne, mniejsze wymagania jakościowe dyktowane mniejszymi zdolnościami finansowymi oraz oferowanie w zamian warunków dużo bardziej równoprawnych niż te, który narzuca Zachód.

 2. Zamiast zewnętrzno-kursowej stabilizacji siły nabywczej złotówki (co samo w sobie, literalnie żadnych korzyści nie przynosi, a tylko w obecnej postaci zwiększa kłopoty z obsługą zadłużenia zagranicznego plus wywołuje ujemny bieżący bilans handlowy) – bezwzględny priorytet dla wewnętrznej dynamizacji sił wytwórczych, dla czynnej restrukturyzacji aparatu produkcyjnego. Przede wszystkim poprzez preferowanie intensyfikacji produkcji i rzeczywistą polityką antyinflacyjną.

 Szacuje się, że ok. 50 proc. parku maszynowego jest niewykorzystywane. Dochodzi do tego marnotrawstwo siły roboczej: blisko 2,5 mln bezrobotnych jawnych i 2 do 3 mln bezrobotnych ukrytych. Dodajmy do tego marnotrawstwo środków obrotowych (pieniędzy i kredytów) angażowanych m.in. w import konsumpcyjny czy finansowanie przedsięwzięć nieprodukcyjnych, niepropodażowych (np. konsumpcja luksusowa, obrót spekulacyjny itd.). Są to naprawdę ogromne rezerwy, dzięki którym, jeśli się je uruchomi!, można uzyskać dynamiczny wzrost gospodarczy (ilościowy i jakościowy). Pod warunkiem jednak, że na to właśnie nakierowana będzie polityka gospodarcza państwa.

 Dynamiczny model osiągania równowagi wymaga:

- uruchomienia maksymalnej części środków produkcji, żeby kurz i czas nie zjadał kapitału rzeczowego;

- maksymalnie produkcyjnego zaangażowania środków obrotowych, na amortyzację i inwestycje, a nie na spekulację i luksus, bo nas na to nie stać;

- pełnego wykorzystania siły roboczej – zmartwieniem powinien być deficyt rąk i głów do pracy, a nie bezrobocie jawne czy ukryte.

 Żeby niwelować produkcję anachroniczną i dysproporcje międzydziałowe, można zastosować model przećwiczony przez „małe tygrysy” z Azji Płd.-Wschodniej, tj. selektywny ruch ciągły i pracę wielozmianową w preferowanych dziedzinach produkcji (na gruncie polskim koncepcję tę prezentuje dr M.Gruchelski, doradca „Solidarności” RI).

 Wzrost produkcji automatycznie oddziaływałby na obniżanie kosztów produkcji i zwiększanie podaży, a zatem na wzrost dochodów przedsiębiorstw i płac w sferze produkcyjnej, na wzrost dochodów budżetu (m.in. wzrost świadczeń społecznych i płac w sferze budżetowej), na przywracanie równowagi rynkowej poprzez wzrost podaży, na stabilność cen w kraju i poprawę konkurencyjności cenowej (w perspektywie także technologicznej – patrz: środki na modernizację) polskich wyrobów za granicą.

 W ten sposób zostałaby też uruchomiona rzeczywista, a nie fikcyjna jak obecnie, polityka antyinflacyjna – poprzez zaatakowanie kosztowych źródeł inflacji: bierno-kosztowego (zamrożony kapitał bezczynnych maszyn) oraz oporowo-kosztowego (spadek produkcji nieuchronnie pociągający za sobą wzrost jednostkowych kosztów produktu). Pozwoliłoby to również blokować cenowy mechanizm inflacji w postaci niedoborów: to właśnie spadek produkcji, a co za tym idzie spadek strumienia towarów i usług powoduje, że wciąż jest za dużo pieniędzy. Tak więc atak na dominującą, podażową warstwę inflacji.

 Poprzez likwidację bezrobocia można by też usunąć jeden z elementów popytowej warstwy inflacji – wypływ pieniądza z zasiłków dla bezrobotnych i płac dla bezrobotnych ukrytych, którzy nic nie wytwarzają lub świadczą gotowość do pracy zamiast samej pracy. Byłoby wprost nieprzyzwoite i ekonomicznie nieracjonalne zapomnieć o podstawowym źródle inflacji popytowej, o zyskach „przedsiębiorczych jednostek”. Tu bardzo potrzebny byłby „popiwek”, i to nie jeden a z dziesięć.

 Dzięki temu mogłaby następować naturalna stabilizacja gospodarki, poprzez wzrost. A nie sztuczna, poprzez recesję (jak mówię, rzecz bardzo na rękę naszym zachodnim konkurentom). Tym samym osiągalibyśmy też stabilizację obrotu i wygaszanie inflacji. Nie takie jednak jest zaprogramowanie „naszych” prozachodnich rządów…

 3. Zamiast tzw. integracji z rynkiem światowym, czyli samobójczego przyjmowania „twardych reguł” narzucanych przez panujących nad tym rynkiem potentatów i ich instytucje międzynarodowe (EWG, MFW, Bank Światowy itd.) - maksymalna autonomizacja podejmowania decyzji makroekonomicznych, tak wewnętrznych jak i zagranicznych; wypracowywanie koncepcji rozwojowych nie pod dyktando obcych „doradców” i rywali w jednej osobie. Odrzucenie wszelkich „programów dostosowawczych” i „zaleceń”, jako z gruntu mających na celu nie nasz przecież interes. Zamiast bezcelowej i de facto niemożliwej (za wysokie progi na nasze nogi) pseudointegracji z samym epicentrum światowej konkurencji, która może nas tylko zniszczyć, tj. z wysoko rozwiniętymi państwami kapitalistycznymi -

 a) to o czym była już mowa: współpraca handlowa i kooperacja technologiczna głównie z byłymi krajami „realnego socjalizmu” i państwami tzw. „trzeciego świata”, zwłaszcza tymi, które mają problemy podobne do naszych; np. niekorzystne warunki wymiany narzucane przez Zachód.

 b) wzmacnianie krajowych powiązań między przemysłem, rolnictwem i usługami (wciąż np. pozostaje niespełnione zadanie uprzemysłowienia rolnictwa, stąd jest ono tak słabe), równoprawne traktowanie wszystkich sektorów własnościowych gospodarki narodowej, przywrócenie mechanizmów planowania weryfikowanego na rynku krajowym itd.;

 c) zamiast programu grabieżczej i rujnującej hurra-prywatyzacji, realna socjalizacja (rzeczywiste uspołecznienie) sektora państwowego i spółdzielczego, poprzez odbiurokratyzowanie spółdzielczości i wprowadzenie autentycznej samorządności załóg; ta ostatnia została zapoczątkowana w latach 80-tych (okresy wcześniejsze nie zachowały ciągłości organizacyjnej), ale nie dane jej było się ziścić; podobnie jak w Jugosławii, gdzie samorząd powstał jako fasada i taką pozostał.

 Nie ma co jednak rozważać tego co można, skoro nic nie można, dopóki samostanowienie ekonomiczne kraju jest fikcją. A to pozostanie marzeniem, bez samostanowienia (samorządności) społeczeństwa, głównie ludzi pracy. To jest pierwszy warunek. A nie jest on spełniony. Dlatego też nie mamy prawa spodziewać się jakiejkolwiek innej polityki „społecznej” niż rosnące ubóstwo, „popiwkowe” płace, masowe bezrobocie, brak mieszkań itd., oraz jakiejkolwiek innej polityki „ekonomicznej” niż drenażowy import, wzrost zadłużenia, niszczycielska konkurencja, uwstecznianie technologiczne itd. W sumie dalszy spadek samodzielności i rosnące uzależnienie „naszej” polityki zagranicznej od rządów i kapitałów zachodnich.

 Krótko mówiąc: kraj nadal będzie liberalnie, stabilnie i integralnie tonął. Ba, już tonie!

 P.S. Żeby było jasne. Daleki jestem od antyzachodnich ksenofobii. Co innego jednak podziw dla cywilizacji Imperium Rzymskiego – a co innego bycie rzymską prowincją, która na tę cywilizację łoży.

 Niech żyje Zachód! Byle nie naszym kosztem…

 Ale do tego, potrzeba rewolucji.

 

 Tygodnik Antyrządowy (pismo Grupy Samorządności Robotniczej) nr 14/1992 

 

             

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Narodowy komunizm i nacjonalbolszewizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.