Precz z Halloween!

 

Rola kultury narodowej w rewolucjach antyimperialistycznych Iranu i Nikaragui

 

Tam – rewolucja w imię Allacha.

Tu  -  rewolucja w imię Augusta Sandino.

Tam – kraj wielki, zasobny, decydujący o sytuacji w niesłychanie ważnym regionie świata.

Tu – kraj malutki, ubogi, zaścianek regionu, o którym zwykło się mówić „jakieś tam republiki bananowe”.

Tam – pustynie, tu – dżungle, tam – ropa, tu – skromne rolnictwo, tam – fanatyczna wiara muzułmańska, tu –  katolicyzm, ale niezbyt gorliwy.

Wszelako jeden był punkt absolutnie zbieżny: i tu, i tam l u d słabo uzbrojony, kosztem niesamowitych poświęceń i hekatomby krwi, obalił system despotyczny, obwarowany potężną armią i wspierany przez najpotężniejsze mocarstwo Zachodu. Wspólne również było emocjonalne podłoże tej zbieżności: bunt przeciw upokorzeniu przez własnego tyrana i przez jego obcych protektorów, pragnienie odzyskania godności narodowej i zrzucenia więzów zależności, którymi omotane było całe życie polityczne, gospodarcze i kulturalne obu krajów.

Szach chciał wszystko w Iranie wymodelować na wzór amerykański.

W domu rodziny Somozów mówiło się po angielsku, język ojczysty służył do kontaktów zewnętrznych.

Iran, nim powstał do walki, cisnął się do meczetów, by słuchać natchnionych słów Ali Szariatiego –  i setek innych kaznodziejów – a zwłaszcza nagranych na  taśmy słów Chomeiniego, który przez kilkanaście lat powtarzał z emigracji: „Trzeba obalić szacha”.

Przywódcy szyitów kreowali wizję   o c z y s z c z e n i a     m o r a l n e g o   przez odrzucenie wszelkich obcych wzorów oraz głosili apoteozę martyrologii, którą symbolizował  imam Hussein, legendarny męczennik wiary i bohater –  narodowy w istocie – Irańczyków. To był fundament rewolucji islamskiej, która obaliła szacha i tego faktu nie wymaże z historii nic, nawet jeśli kiedyś, w przyszłości z perspektywy lat, uniwersalistyczne idee Chomeiniego zostaną uznane za absurdalną i przelotną utopię.

W Nikaragui nie było inaczej. Zanim naród stał się „sandinowski ” – dziesiątki badaczy, ideologów, rewolucjonistów szperało w starych zszywkach gazet, zbierało rozproszone listy, odnajdywało świadków –  staruszków, wertowało archiwa, ażeby zrekonstruować –  najpierw dla samych siebie, potem dla przekazania innym – k t o    t o    b y ł    S a n d i n o, co głosił, jak walczył, albowiem Sandino    n i e     i s t n i a ł    w oficjalnej historiografii nikaraguańskiej, nie było go w podręcznikach, został zewsząd starannie wymazany ; nie było go także w wielkich encyklopediach zachodnich, a w książkach amerykańskich figurował z rzadka i jedynie jako „bandyta”. Wykreślony został, a potem zniknął z pamięci ludzkiej człowiek, który w końcu lat dwudziestych był na ustach świata, którego sławił Romain Rolland, a Henri  Barbusse ochrzcił „Generałem Wolnych Ludzi „. Ślady po nim cierpliwie tropił pisarz Sergio Ramirez, teraz członek Junty, i działacz studencki Humberto Ortega, teraz członek Połączonego Kierownictwa. Książka Ortegi „50 lat walki sandinowskiej” stała się katechizmem młodych bojowników, którzy z szeroko otwartymi oczami dowiadywali się, że już za młodości ich ojców był ktoś, kto w Nikaragui zwyciężał obcych agresorów.

W całej zresztą  Ameryce Łacińskiej narodowe ruchy rewolucyjne, nim ewentualnie zaczną realizować przemiany typu socjalistycznego, muszą wpierw dokonać przełomu w   p a m i ę c i    n a r o d u,  zamulonej od pokoleń przez system propagandy i potop kultury masowej, rodem z obcego mocarstwa ; przez seriale telewizyjne, „Korpusy Pokoju”, cwanych  pseudomisjonarzy,  sklepowe witryny pryncypalnych ulic, oficjalne ośrodki amerykańskiej propagandy i anglojęzyczne szkoły dla elity, przez pocketbooki, komiksy i ckliwe westerny  oraz przez  monopol informacji pod literkami AP i UPI. Muszą w tej pamięci wskrzesić własnych bohaterów, jak w Nikaragui, a choćby i wymyślić ich, jeśli takowych brakowało. Muszą ludziom zaszczepić wiarę we własną wartość i zatruć wirusa kompleksu mniejszej wartości . Tak jest zresztą w całym Trzecim Świecie. Inna była metoda i retoryka w Iranie, inna w Nikaragui, Indonezji, Pakistanie, w Czarnej Afryce, ale wszędzie jednakowy był sens Odrodzenia Narodowego.

Dopiero gdy ono nastąpiło, w Iranie i Nikaragui (by poprzestać na tych przykładach) wrogość jankesów, do gringo, eksplodowała jak dynamit. Ale jest jednak ważna różnica : a Iranie to wrogość przerodziła się w obłędną  ksenofobię, która trwa i obejmuje wszystkich cudzoziemców, oprócz muzułmanów. Nic z tego w Nikaragui. Rewolucja była wręcz wzorcem   d u c h a    i n t e r n a c j o n a l i s t y c z n e g o,  który teraz od momentu zwycięstwa, rozciąga się   r ó w n i e ż    na naród północnoamerykański. Nikaraguańczycy doskonale potrafią rozdzielić nienawiść do  imperializmu od pragnienia przyjaźni z całym światem, nie wyłączając byłych wrogów.

Rewolucja irańska jest fascynująca, ale trochę jakby przerażająca.

Rewolucja nikaraguańska jest fascynująca, a do tego niesłychanie sympatyczna.

Wojciech Giełżyński, Rewolucja w imię Augusta Sandino, Warszawa 1979, s. 213-214

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Antyimperializm, OPRACOWANIA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.