Dlaczego internacjonalizm oznacza sprzeciw wobec Unii Europejskiej?

DLACZEGO INTERNACJONALIZM OZNACZA SPRZECIW WOBEC UNII EUROPEJSKIEJ?

[artykuł został opublikowany w brytyjskim periodyku „The Chartist” nov.-dec. 1998]

 Podczas gdy Partia Konserwatywna dzieli się na tle problemu „Europy”, wielu socjalistów kusi postawa typu „zostawmy im to” [leave-them-to-it]. Wolą oni ignorować różnice w łonie lewicy wobec tej kwestii i koncentrować się na sprawach, które wydają się być „bliższe ciału”. Takie stanowisko jest nie tylko nieuczciwe ale też błędne taktycznie. Temat Unii Europejskiej prawdopodobnie zdominuje politykę brytyjską w niedalekiej przyszłości, a nieumiejętność lewicy docenienia tego faktu doprowadzi do dalszej jej marginalizacji.

 Wierzę, że sprzeciw wobec Unii, wobec wielu aspektów jej polityki, a przede wszystkim wobec planów jej dalszego pogłębienia przez Traktat Amsterdamski i wspólną walutę, powinien stać się priorytetem dla wszystkich socjalistów. Rozumiem, że wielu lewicowców waha się, czy iść drogą, która wydaje się prowadzić ku zbliżeniu ze skrajną prawicą. To niemalże pełne skojarzenie antyunijnego punktu widzenia z poglądami nacjonalistycznymi było jednym z bardziej znaczących osiągnięć wielkiej prasy (choć – co warte odnotowania – osiągnięciem ograniczającym się do Zjednoczonego Królestwa)[1]. Zgrabnie symbolizuje tą manipulację stosowanie (i co gorsza – akceptacja) w iście Orwellowskim duchu etykietki „antyeuropejski” w znaczeniu „przeciwny Unii Europejskiej”. W rzeczywistości lewicowa opozycja przeciw Unii Europejskiej jest coraz lepiej zorganizowana na arenie międzynarodowej, a szczególnie silna pozostaje w Skandynawii, Holandii, Francji, Portugalii i Grecji. Nie opiera się ona na nacjonalizmie, ale na głębokiej trosce o dorobek politycznej i społecznej demokracji, której zagraża brnięcie na oślep w euro i kolejne traktaty integracyjne.

 Ekonomiczne argumenty przeciw wspólnej walucie są już doskonale znane. Zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy euro skupili się, co zupełnie naturalne, na tych właśnie aspektach. Pierwszy artykuł wstępny w „Spectre” z maja 1997 r. dotyczył przede wszystkim sposobu, w jaki Europejska Unia Monetarna (EMU) będzie ograniczać swobodę manewru rządów narodowych w reagowaniu na problemy ekonomiczne. Mobilny kapitał + niemobilna siła robocza = koncentracja wysokiego bezrobocia. Deflacyjne kryteria konwergencji[2] (a teraz Pakt Stabilizacyjny) prowadzą do obniżenia płac, do demontażu opieki socjalnej i państwa opiekuńczego. Powodują również, że każda socjalistyczna lub socjaldemokratyczna próba rozwiązania problemu bezrobocia i nierówności społecznej staje się niezmiernie trudna, jeśli nie wręcz niemożliwa. Niezdolność Unii do przemieszczenia wystarczających środków z regionów bogatszych do biedniejszych spowodowana jest brakiem scentralizowanych systemów: podatkowego i opieki socjalnej. Siły regulujące [corrective forces], które automatycznie redukują dysproporcje ekonomiczne w innych systemach federalnych, tu są bardzo słabe.

 „Lewicowi” zwolennicy euro próbują argumentować, że te cechy EMU mogą być wyeliminowane przez rozwój „Europy socjalnej”. Wymagałoby to wspólnej akcji przeciw bezrobociu przez, inter alia, skrócenie czasu pracy, inwestowanie w projekty kapitałowe oraz tworzenie nowych, korzystnych społecznie i ekologicznie, miejsc pracy. Podkreślają oni, że próba realizacji takiego kursu byłaby niebezpieczna dla każdego kraju z osobna. Natomiast wspólna akcja bloku obejmującego całą Unię zapobiegłaby niszczącej rywalizacji między sąsiadami [games of beggar-my-neighbour], jak również zniechęcającym strajkom inwestycyjnym i odpływowi kapitału. Jeżeli dobrze zrozumiałem, takie mniej więcej stanowisko reprezentują dwaj dysydenci niedawno wydaleni z Partii Pracy, byli deputowani do Parlamentu Europejskiego – Ken Coates i Hugh Kerr. To rozumowanie leży też u podstaw stanowiska Zielonych, części ruchu komunistycznego i jego bliskich sojuszników z Grupy Zjednoczonej Lewicy[3], oraz tej mniejszości Partii Europejskich Socjalistów[4], która nie stała się rzeczniczką wielkich korporacji (te coraz częściej dyktują linię PES, tak samo jak jej bliźniaczki, chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej). Uznaję, że ten pogląd wynika z zaangażowania na rzecz społecznej sprawiedliwości (zaangażowania tak samo mocnego jak u przeciwników Unii), a jego zwolennicy wpłynęli łagodząco na neoliberalną większość w Parlamencie Europejskim. Niestety, mylą się oni całkowicie nie tyle co do charakteru EMU (i samej Unii Europejskiej), co do jej celów.

 Zapewne każda unia monetarna w Europie byłaby obciążona ryzykiem, które przeważyłoby potencjalne korzyści. Jednakoż szkodliwe efekty EMU same przez się są zawarte w konkretnych warunkach określonych w Traktacie z Maastricht i późniejszym Pakcie Stabilizacyjnym. Ograniczenia, które na politykę ekonomiczną rządów nakładał Traktat o Unii Europejskiej, Pakt Stabilizacyjny czyni stałymi, a nie (jak zakładano) przejściowymi. Ustala w ten sposób sztywny deflacyjny reżim jako niepodważalną zasadę ekonomii. Pakt Stabilizacyjny jest w całości dotkliwy [is all pain, no gain] – przynajmniej dla tych, którzy wierzą w sprawiedliwość społeczną.

 Nie da się ukryć, że twórcy unii monetarnej (podobnie jak brytyjski minister skarbu) wierzą, że bezrobocie jest konieczne. Podstawowy problem ekonomiczny Europy widzą oni w rozrzutności: płace są za wysokie, państwo opiekuńcze jest balastem dla gospodarki (i nie przejmuje się swym amoralnym zachowaniem). Pakt Stabilizacyjny jest sposobem przeciwdziałania temu – sposobem modernizacji i podnoszenia konkurencyjności najbardziej zaawansowanych gospodarek Europy. Bezrobocie nie jest pechowym skutkiem ubocznym euro, ale istnieje dzięki niemu. Podobnie jak polityka „mocnego funta” Margaret Thatcher czy programy ekonomiczne wprowadzane w krajach rozwijających się przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, unia monetarna ma na celu zdyscyplinowanie pracowników, utrzymanie wysokiej stopy zysku obserwowanej w Europie od 1980 r. i wymuszenie prywatyzacji resztek własności publicznej. Te cele mogą być osiągnięte przy pełnej bierności siły roboczej, a dobrym sposobem na osiągnięcie takiego stanu  jest stałe zagrożenie bezrobociem (co wskazuje zarówno historia jak i zdrowy rozsądek). EMU jest Strukturalnym Programem Regulacyjnym Europy. Oskarżono mnie o nacjonalizm za moją krytykę Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. A przecież teoretyczną podbudową działań owych instytucji jest ta sama ortodoksyjna[5] myśl ekonomiczna, która leży u podstaw polityki Unii (i oczywiście te same klasowe interesy, które ta ideologia wyraża).

 Rzecz jasna władze państw członkowskich [...] wiedzą, że kiedy społeczeństwa odczują skutki EMU, ich reakcja może znaleźć ujście nie tylko w wyborach ale też na ulicach i w fabrykach. Wybory są w zasadzie pod kontrolą. Parlament Europejski to tylko fasada. Prawdziwą władzę dzierży Rada Ministrów, która spotyka się za zamkniętymi drzwiami i podejmuje ważne decyzje wykonawcze bez odwoływania się do opinii parlamentów narodowych. Komisja Europejska ogranicza się do powtarzania w formie ustawodawczych propozycji [...] stanowiska Europejskiego Okrągłego Stołu Przedsiębiorców. Arogancja Komisji byłaby po prostu śmieszna, gdyby ów niewybieralny organ nie był obdarzony tak wielką władzą.

 Ale będzie jeszcze gorzej. W ramach EMU wszystkie ważne decyzje makroekonomiczne będą podejmowane przez Europejski Bank Centralny (ECB) – niewybieralny, przed nikim nieodpowiedzialny i całkowicie niereprezentatywny. W jego kierownictwie nie znajdą się żadni ludzie pracy, związkowcy, reprezentanci mniejszości politycznych, kolorowi Europejczycy, drobni przedsiębiorcy czy rolnicy ani najprawdopodobniej kobiety. Niesamowitym jest, że [...] nie ma ani jednej feministki krytykującej Bank Centralny i jego potencjalny wkład w patriarchat.

 Tytuł tego pisma, „The Chartist”, rozbrzmiewa echem pierwszego masowego ruchu brytyjskiej klasy robotniczej na rzecz demokracji. Liderzy People’s Charter[6] byliby zaskoczeni zetknąwszy się z tymi kobietami i mężczyznami, którzy dziś nazywają siebie „socjalistami”. Ludzie wybrani w wyborach powszechnych, za które czartyści ryzykowali życie, z entuzjazmem przyczyniają się do obalenia demokratycznej kontroli nad gospodarką! Zarząd ECB, wyłoniony z przedstawicieli jednej profesji, będzie najwęższą elitą we współczesnych czasach.

 Uniemożliwiwszy dokonanie jakiejkolwiek znaczącej zmiany poprzez wybory, Unia (dzięki Traktatowi Amsterdamskiemu) zapewnia, że także pozaparlamentarny protest nie będzie uprawnioną alternatywą. Dział Traktatu poświęcony „Sprawiedliwości i sprawom wewnętrznym” może przerażać czytelnika. Europol (siły policyjne Unii) został obdarzony szerokimi uprawnieniami, takimi jak prawo do przechowywania danych o politycznych poglądach, przekonaniach religijnych i orientacjach seksualnych różnych ludzi. Siły te nie będą poddane skutecznej demokratycznej kontroli. Ich oficerowie za czyny popełnione w czasie służby pozostaną bezkarni. Europejski Trybunał Sprawiedliwości nie będzie mógł nic zrobić, jeżeli pojawią się spory pomiędzy państwami członkowskimi lub między Europolem i władzami państw. Innymi słowy policjanci Europolu będą mogli działać na terytorium krajów członkowskich bez demokratycznej, społecznej czy sądowej kontroli. Wizję takiego superpaństwa sił bezpieczeństwa [security superstate] potwierdzają wydarzenia, jakie miały miejsca już po podpisaniu Traktatu Amsterdamskiego. Przykładem tego jest niedawna propozycja stworzenia nowego systemu inwigilacji, skierowanego zwłaszcza przeciw osobom przekraczającym granice w celu wzięcia udziału w demonstracjach. Fakt, że wyszła ona z rządu Blair’a potwierdza represyjne instynkty administracji, którą wciąż popierają ludzie wcześniej uważani za lewicowców lub co najmniej zwolenników postępu. Ale choć rząd Blair’a jest być może najbardziej nieliberalnym spośród wszystkich rządów Unii, to na mało który z nich można liczyć w obronie podstawowego demokratycznego prawa do protestu.

 Traktat Amsterdamski zajmuje się też barykadowaniem Twierdzy Europa wobec „groźby” „masowego” napływu uchodźców. Jaka jest różnica pomiędzy opublikowanym w prasie wezwaniem labourzystowskiego eurodeputowanego by umacniać zewnętrzną kontrolę granic a niedawnym zabójstwem młodego nigeryjskiego azylanta przez belgijskich faszyzujących [fascist-affiliated] urzędników imigracyjnych? Zauważalna sprzeczność między Traktatem Amsterdamskim a Konwencją Genewską powinna doprowadzić do ponownego rozważenia krzywdzących postanowień [Traktatu]. Zamiast tego wzywa się do otwartego odrzucenia Konwencji. To nastawienie jest wyraźne i wciąż narasta. Przymiotnik ”europejski” zamiast być pojęciem włączającym [inclusive], internacjonalistycznym, staje się terminem coraz bardziej wykluczającym [exclusionist], zwierzchnim [superior] i – w ostatecznym rachunku – rasistowskim.

 Nieuchronnym efektem nieliberalnych zapisów Traktatu Amsterdamskiego dotyczących wymiaru sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, jak również podkopywania demokracji przy wprowadzaniu wspólnej waluty, jest bez wątpienia militaryzacja Unii Europejskiej. Odtąd polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa nie będzie kontrolowana (jak przewidywał Traktat z Maastricht) przez „Unię i jej Państwa Członkowskie” ale przez „Unię” samą. Unia Zachodnio-Europejska została włączona jako zbrojne ramię UE. Brak jakiejkolwiek ochrony dla pozycji neutralnych państw członkowskich odzwierciedla pogardę, z jaką pojęcie neutralności wciąż jest traktowane w kręgach unijnych.

 Unia nie ma jednak nic wspólnego z prawdziwym internacjonalizmem. Wręcz przeciwnie, chce być ekskluzywnym klubem tylko dla białych, a ostatecznie – supermocarstwem konkurencyjnym wobec Stanów Zjednoczonych. Prawdziwy internacjonalizm nie zamyka się w granicach jurysdykcji Trybunału Europejskiego. Internacjonalizm nie czyni rozróżnień na podstawie geograficznych czy kulturowych odległości. Internacjonalizm uznaje jednak rzeczywiste istnienie narodów, narodowych różnic i tradycji, jak również absolutną konieczność narodowego samostanowienia jako podstawę międzynarodowej współpracy.

 Obecnym priorytetem tego internacjonalizmu jest odbudowa radykalnej socjalistycznej alternatywy, która będzie starała się pogrzebać kapitalizm, a nie rozwiązywać zań jego problemy. Wzrost poparcia dla partii lewicowych w wielu krajach rozwiniętych uprawnia nas do przekonania, że jest to możliwe. Teraz, kiedy zarówno radziecki socjalizm państwowy jak i tradycyjna socjaldemokracja nie istnieją, otwarta jest droga do budowy twórczego, nowoczesnego ruchu. Ruchu potrafiącego zjednoczyć opozycję wobec tego chorego systemu, który zagraża światu konsumeryzmem, zniszczeniem przyrody i wojną.

 …„Spectre” jest wydawany przez Anglika mieszkającego w Belgii, a drukowany w holenderskim Rotterdamie. Największego wsparcia udzielają nam partie polityczne, ruchy i indywidualni aktywiści ze Szwecji, Danii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii i Ameryki Północnej. Ostatni numer zawiera artykuł o Japońskiej Partii Komunistycznej napisany przez Amerykanina zamieszkałego w Czechach, tekst mongolskiego ekonomisty z Sheffield, wywiad z irlandzką deputowaną do Parlamentu Europejskiego, teksty z Węgier, Skandynawii i Francji.

 Kiedy więc następnym razem jakiś blairysta nazwie nas „antyeuropejskimi” albo „wąskoangielskimi” [little Englanders], wtedy… postaram się sprzedać jej lub jemu nasz magazyn. Mimo wszystko, ludzie moet eten

 

Steve McGiffen

Autor jest wydawcą pisma „Spectre”: BP 5, Bxl 46, rue Wiertz, Brusels 1047, Belgia

[źródło: http://spectrezine.org/europe/internationalism.html]



[1] Autor się myli – w Polsce jest identyczna sytuacja (przyp. tłum.)

[2] warunki, jakie musiały spełnić państwa aspirujące do EMU, przede wszystkim ograniczenie deficytu budżetowego

[3] neokomunistyczna frakcja w Parlamencie Europejskim

[4] taką nazwę nosi frakcja socjalistycznych deputowanych do Parlamentu Europejskiego

[5] tj. neoliberalna

[6] Karta Ludu – ruch robotniczy w 1. połowie XIX w. w Anglii, domagający się powszechnego prawa wyborczego.

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Eurokrytycyzm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.