21 tez w sprawie socjaldemokracji

 

1.

Nigdy identyfikacja tożsamości różnych nurtów ideowo-politycznych nie była jednoznaczna. Jednak dwie, trzy dekady temu panował większy porządek.

 Lewa strona była podzielona na socjaldemokrację i komunistów. Komuniści odrzucali rynek, prywatną własność i demokrację. Zgodnie z ogólną dyspozycją Marksa ład społeczno-ekonomiczny opieral na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W sferze polityki rozstrzygnięcia pochodziły od Lenina i Stalina: dyktatura partii komunistycznej (w praktyce jej wąskiego kierownictwa) była prezentowana jako najlepszy sposób wyrażania aspiracji „ludu”. Państwo-partia miało postać rozbudowanej biurokratycznej piramidy. Wspólnota narodowa nie była traktowana jako źródło istotnej więzi. Komunizm sowiecki kontrolował państwa satelickie (i ruchy komunistyczne w krajach kapitalistycznych), a ich elity nie miały znaczącego udziału w decyzjach „socjalistycznej wspólnoty”.

 Socjaldemokraci, choć dość długo uznawali inspiracje marksowskie, akceptowali rynek i prywatną własność (kapitalizm), ale uważali, że ma on istotne wady zarówno w sferze wytwarzania jak podziału. Keynesowskie zalecenia dotyczące regulacji systemu kapitalistycznego były przez socjaldemokratów powszechnie akceptowane, choć nie były jedyną inspiracją ich polityki. Demokrację polityczną uznawali za zasadniczy instrument pozwalający modyfikować system kapitalistyczny, by zapewnić mu dynamizm, zagwarantować większą równość i bezpieczeństwo socjalne (przez rozbudowane państwo opiekuńcze). Na ogół opowiadali się za modelem demokracji, który był czymś więcej niż sposobem na ochronę indywidualnych wolności. Socjaldemokraci uznawali więzi wyrastających ze wspólnoty narodowej i respektowali suwerenność państw, ale ich polityka nie koncentrowała się na tych kwestiach.

 Po prawej stronie zawsze można było wyodrębnić liberałów i konserwatystów. Dla tych pierwszych kwestia ochrony indywidualnych wolności była kluczowa. Zabiegali przede wszystkim o swobody obywatelskie, dostrzegając ich zagrożenia w rozbudowie – choćby i na drodze demokratycznej – instytucji państwa. Dla liberałów było ważne by system demokratyczny nie ograniczył indywidualnych wolności. Nie negując pewnych wad systemu kapitalistycznego, zawsze byli nieufni do „wielkiej inżynierii społecznej” i podkreślali konieczność wspierania indywidualnej zapobiegliwości. Opowiadali się za równymi szansami, a więc przeciw grupowym przywilejom. Ich stosunek do wspólnoty narodowej i suwerenności państwa nie różnił się od socjaldemokratów.

 Konserwatyści także akceptowali kapitalizm. Byli niechętni jego modyfikacjom uznając to za ryzykowne. Wspólnotę narodową, kościół i suwerenność państwa traktowali jako fundamenty życia publicznego wymagające szczególnej ochrony. Z innych powodów niż liberałowie, byli nieprzychylni modelowi demokracji dającemu wyborcom szerokie możliwości bezpośredniego rozstrzygania w ważnych sprawach. Ale konserwatyści wspierali pewne instytucje społecznej solidarności. Uznając społeczną stratyfikację za stan naturalny uznawali też, że grupy wyżej ulokowane mają powinności wobec tych niżej ulokowanych.

 Podział sceny politycznej na przywołane tu cztery nurty nie był oczywiście klarowny, ale – za cenę pewnych uproszczeń – można przyjąć, że był trwały i względnie przejrzysty. Wyborcy udzielając poparcia ugrupowaniom należącym do poszczególnych nurtów mogli się spodziewać określonych konsekwencji. Zarazem jednak, z wyłączeniem nurtu komunistycznego (panującego, ale nie wybieranego „na wschodzie” i uzyskującego znaczne poparcie wyborców, ale izolowanego „na zachodzie”), ugrupowania reprezentujące poszczególne nurty ideowo-polityczne nie tylko ze sobą konkurowały, ale też zdolne były do współdziałania. Było to możliwe ponieważ wszyscy akceptowali fundamenty ustrojowe: demokrację, rynek i prywatną własność – także potrzebę (choćby ograniczonej) interwencji państwa w sferze społeczno-ekonomicznej. Różnili się – i to poważnie – tym jaki konkretny kształt powinien mieć ład ustrojowy i jaka być powinna polityka państwa.

2.

 Po wojnie, w rozwiniętych krajach, system kapitalistyczny skojarzony z polityczną demokracją bardzo długo (blisko trzy dekady) przynosił satysfakcjonujące większość rezultaty. Nie przypadkowo mówi się o tym okresie jako o Złotym Wieku Kapitalizmu. Ten ład ustrojowy od 2-3 dziesięcioleci postrzegany jest jednak jako system, który utracił wiele swoich walorów i wszedł w fazę zasadniczych przekształceń.

 Jednocześnie nastąpił zmierzch nurtu komunistycznego. Nie tylko – poza dwoma reliktami: Północnej Korei i Kuby – zniknęły realne systemy komunistyczne (socjalistyczne), ale utraciły one też atrakcyjność jako wzorce programowe. Więcej nawet, marksizm jako diagnoza kapitalizmu i zespół najogólniejszych zaleceń budowy ładu alternatywnego ma obecnie status dysydencki. Eliminacja „komunistycznej alternatywy” z całą pewnością wzmacnia legitymacje konkurencyjnych nurtów ideowo-politycznych. A jednak upadek komunizmu nie może być interpretowany jako „koniec historii”. Nie kończy się spór o pożądany kształt rozstrzygnięć ustrojowych.

3.

 Interesuje mnie tu ewolucja nurtu lewicowego. Nie mogę się więc uchylić od odpowiedzi na pytanie, czy jest jakaś „esencja lewicowości” wspólna dla nurtu komunistycznego i socjaldemokratycznego. Za uznaniem istnienia zasadniczego pokrewieństwa przemawia wspólna geneza nurtu komunistycznego i socjaldemokratycznego. Pewne wartości i przekonania były zbliżone. Obydwa nurty łączył egalitaryzm i nieufność wobec rynku, a także przekonanie, że ludzie – jeżeli tylko znajdują się w ramach „odpowiedniego” systemu – są w zasadzie „dobrzy”. Oba nurty zawsze dzielił stosunek do demokracji, także zasadniczo różny radykalizm krytyki rynku.

 Obserwacja rządów komunistycznych i socjaldemokratycznych nie uzasadnia jednak tezy o wspólnej tożsamości. W praktyce rządzenia trzeba jednak odróżnić – przy całym ryzyku tego zabiegu – to co uznać można za realizację misji programowej i to, co odzwierciedlało uwarunkowania danego czasu (politycznej gry). Więcej, nie można odrzucić tezy, że w pewnych okresach mieliśmy do czynienia z pełną „alienacją” ośrodków władzy – wtedy misja rządzących wypełniała tylko funkcję barwy ochronnej. Dotyczy to przede wszystkim rządów komunistycznych. Szczególnie w swoim schyłkowym okresie system komunistyczny był podtrzymywany nie dlatego, że rządzący wierzyli, że sprzyja on realizacji głoszonych celów, ale dlatego, że aparat władzy mógł zachować swoją dominującą pozycję tylko w ramach tego systemu. Nie wynika z tego prosta ocena wartościująca. W każdym razie zbrodnie komunizmu były często popełniane dla urzeczywistnienia misji.

 Upadek komunizmu (realnego socjalizmu) wyeliminował ze sceny życia publicznego wzorzec praktykowany w tzw. krajach socjalistycznych, ale marksowskie (a nawet leninowskie) inspiracje dla lewicy (choć mają dziś znikome znaczenie) są obecne i mogą odzyskać atrakcyjność. Z drugiej niejako strony, neoliberalna krytyka powojennego kapitalizmu okazała się niebywale wpływowa. Można więc powiedzieć, że projekt komunistyczny (w swoim pierwotnym kształcie ideowym) nie został definitywnie przekreślony, a projekt socjaldemokratyczny został co najmniej zasadniczo osłabiony.

4.

 Reakcją nurtu lewicowego na krytykę neoliberalną i rozpad realnego socjalizmu jest przede wszystkim porzucenie programowej misji socjaldemokracji. Zarówno ugrupowania (partie) socjaldemokratyczne na Zachodzie jak i samoidentyfikujące się jako lewicowe (prawie wyłącznie o charakterze postkomunistycznym) ugrupowania w Europie Środkowo-Wschodniej, zaakceptowały nieomal w całości kanon postulatów neoliberalnych. Ten zwrot (który dokonał się w ciągu ostatnich dwu dekad), cechuje różny stopień radykalizmu, ale generalnie ukształtowała się nowa tożsamość głównych ugrupowań odwołujących się do lewicy. Jest ona na tyle odmienna od tradycyjnej tożsamości socjaldemokracji, że bezzasadne wydaje się mówienie o socjaldemokracji w dotychczasowym sensie tego słowa. W gruncie rzeczy dawna socjaldemokracja zajęła miejsce dawnych liberałów, którzy często (pod różnymi konkretnymi szyldami – np. chadecji) swoją liberalną tożsamość zradykalizowali.

 Ugrupowania postsocjaldemokratyczne, porzucając tradycyjną misję w kwestiach społecznych (często także politycznych) zarazem zradykalizowały swoje postulaty w przestrzeni „obyczajowej”. Eksponowane są takie kwestie jak ekstremalnie definiowane prawa homoseksualistów, równouprawnienie kobiet, nieraz eutanazja i rygorystyczne oddzielenie kościoła od państwa. Bardzo ważnym składnikiem tej nowej tożsamości jest uznanie państwa narodowego za historyczny relikt i promowanie programu przekształcenia Europy (UE) w strukturę federalną.

 Przyczyny tych zmian wydają się niejednolite. Przede wszystkim środowiska socjaldemokratyczne (jak dotąd) nie były zdolne przeciwstawić się neoliberalnej krytyce powojennego modelu kapitalizmu. Nie potrafiły też wypracować własnej polityki wobec globalizacji, która co najmniej ogranicza skuteczność dotychczasowych środków stosowanych przez socjaldemokratyczną politykę (antycykliczna polityka makroekonomiczna, redystrybucja dochodów i państwo opiekuńcze, selektywna nacjonalizacja przedsiębiorstw).

 Źródła ewolucji tkwią też w alienacji socjaldemokratycznych elit politycznych. Osłabienie identyfikacji tych elit z wykrystalizowanymi grupami społecznymi (przede wszystkim ze względu na dekompozycję struktur społeczno-zawodowych) skłaniało je do poszukiwania poparcia „w centrum” i nagradzało elastyczność. Polityka przesuwała się w kierunku jeszcze jednego sektora „usług dla ludności”, pozbawiając skuteczności zachowania pryncypialne i pełnienie funkcji przywódczych. Elity lewicowe stały się w pełni częścią politycznego establishmentu (także wchodząc w symbiozę ze środowiskami biznesu) i przywykły do standardów egzystencji grup uprzywilejowanych. To niewątpliwie zaważyło na postrzeganiu przez nich kwestii nierówności. Przypuszczalnie miało to też znaczenie dla orientacji w kwestii integracji ponadnarodowej – w końcu klasa polityczna właśnie w brukselskich strukturach jest najlepiej „zabezpieczona” i nieomal w pełni autonomiczna. „Unijni politycy” są najmniej narażeni na zmienne nastroje wyborców.

5.

 Zmierzch socjaldemokracji, który obserwujemy od dwu dekad, wielu skłonnych jest uznać za naturalną adaptację lewicowego nurtu do obiektywnych realiów nowej doby (czasów „ponowoczesnych”). Jednak w miarę upływu czasu i obserwowania następstw aplikowania rozwiniętym społeczeństwom lekarstw z neoliberalnej apteki, można mieć coraz więcej wątpliwości, czy skutek tej terapii jest zadawalający. Oczywiście, ciągle brakuje wystarczających przesłanek do bilansu, a zwolennicy zdecydowanej kuracji na modłę neoliberalną, podkreślają, że wiele elementów ich programu nie zostało jeszcze wdrożonych. To jest prawda przynajmniej w odniesieniu do wielu krajów europejskich (ale nie w stosunku do Stanów Zjednoczonych). Sugeruje się więc często, że pozytywne następstwa przyjdą z opóźnieniem (pod warunkiem konsekwentnego wdrożenia programu). Przypomina to niestety trochę postawę niegdysiejszych komunistów, którzy na wczesne porażki swojego projektu odpowiadali postulatem: więcej socjalizmu. Zresztą, sposób widzenia świata przez komunistów i neoliberałów jest do siebie zbliżony. I jedni i drudzy „mają bezpośredni kontakt z historią” – wiedzą wszystko i nie mają wątpliwości (dobrym tego przykładem w Polsce są teksty i wypowiedzi L. Balcerowicza).

 A jednak są powody by niepokoić się o następstwa neoliberalnej terapii. Gwałtownie rosną i osiągają monstrualne rozmiary nierówności. To przede wszystkim skutek deregulacji rynków, ograniczania redystrybucyjnych funkcji podatków, i szerzej, postępującego demontażu opiekuńczego państwa. Akceptacja globalizacji i pełne otwarcie gospodarek jest zarówno jedną z przyczyn jak i skutkiem tych procesów. Otwieranie gospodarek (choć z pewnością sprzyja wzrostowi wydajności i efektywności), jest też źródłem presji na płace (i likwidację zabezpieczenia socjalnego) wielu grup zatrudnionych w krajach rozwiniętych. Grupy te stają często przed dylematem: albo zgoda na ograniczenie standardów płacowych i socjalnych, albo utrata pracy. Jednak w Europie kuracja neoliberalna dopiero się rozpoczęła. Jej kontynuacja musi powiększyć skalę nierówności i zdecydowanie osłabić system socjalnej ochrony. Więcej: grozi erozja społecznej spójności w poszczególnych krajach.

 Zanika więc opiekuńczy (i interwencyjny) kapitalizm. „System” odzyskuje klasowe cechy. Czy można jednak oczekiwać, że kompensatą będzie większa dynamika wzrostu, która – w dłuższym okresie – przyniesie korzyści wszystkim (lub prawie wszystkim). Nie sposób na to pytanie odpowiedzieć kategorycznie, ale są powody by mieć wątpliwości. Stany Zjednoczone, które zrealizowały nieomal w całości zalecenia neoliberalne, rozwijają się w ostatnich dwu dekadach nieco szybciej niż Europa, ale trudno powiedzieć, czy przyczyny związane są z wolnorynkowym modelem amerykańskiego kapitalizmu, czy to raczej skutek unikalnych cech amerykańskiej gospodarki (która np. w szerokim zakresie może finansować deficyt budżetowy i deficyt w handlu zagranicznym emisją pieniądza). Zupełnie pewne jest to, że ten szybszy wzrost nawet w długim okresie nie przynosi korzyści „zwykłym obywatelom” – ich dochody spadają, a zabezpieczenie socjalne raczej się pogarsza.

 Może więc sukces powojennego kapitalizmu był możliwy także dlatego, że był on regulowany, a przede wszystkim w ryzach utrzymywane były nierówności i wielu obywateli korzystało z pomocy, gdy ponieśli porażkę na rynku. Wydaje się, że to właśnie dzięki temu powojenny kapitalizm zapewniał znaczne wyrównanie szans, a więc umożliwiał utrzymanie społecznej i politycznej stabilności. Mechanizmy selekcji merytokratycznej działały stosunkowo sprawnie. Zabezpieczenie społeczne pozwalało ograniczyć „wyścig szczurów”, a korzystną tego konsekwencją była kumulacja kapitału społecznego. Wszystkie te rzeczy zapewniało „państwo” (strach powiedzieć – narodowe), które dźwigało odpowiedzialność za losy obywateli.

 Trzeba się wystrzegać idealizacji tego systemu, ale trzeba dostrzec, że zapewniał on sporą dozę społecznej harmonii. Mimo to główni twórcy powojennego modelu ustrojowego (socjaldemokraci) dążą dziś (dodajmy gwoli ścisłości – nie wszyscy) do jego demontażu. To wybór brzemienny w konsekwencje.

6.

 Ciągle żyjemy w czasie „przejściowym”. Klasa polityczna w krajach rozwiniętych i postkomunistycznych (po części też w Azji i Ameryce Łacińskiej) dąży nie do reformy rozumianej jako modernizacja modelu powojennego kapitalizmu, ale do reformy rozumianej jako zastąpienie tego modelu systemem nieomal w pełni wolnorynkowym. Ten wysiłek klasy politycznej jest dość zgodny (są oczywiście różnice między lewicą i liberałami, a konserwatystami, ale ich głównym polem różnic nie jest program reformy systemu społeczno-ekonomicznego), natomiast przeciwstawiają się tym wysiłkom duże grupy społeczne. Model politycznej demokracji w którym reprezentowanie interesów różnych grup było powinnościom różnych partii, został w znacznej mierze zastąpiony przez model w którym skonsolidowana klasa polityczna perswaduje społeczeństwu potrzebę akceptacji neoliberalnego programu. To z pewnością łagodzi opór społeczny, ale go nie eliminuje. To także oznacza, że wobec braku alternatywy na głównej scenie szansę otrzymać mogą dysydenci.

7.

 Dysydenci mogą być bardzo różni. Mnie interesują tu lewicowi radykałowie. Ich powrót staje się obecnie bardziej prawdopodobny, bo „nowy kapitalizm” jest nieprzyjemny dla bardzo wielu ludzi, a „poważne” ugrupowania odwołujące się do lewicy go afirmują. Jednocześnie pamięć o komunizmie słabnie, co jest równoznaczne z jego idealizacją. Musi więc rosnąć skłonność do akceptacji diagnozy, pierwotnie sformułowanej przez Marksa, głoszącej, że kapitalizm trzeba odrzucić. Każdy kapitalizm. Na rzecz czego? Nieważne, zobaczymy potem.

 Ten scenariusz ciągle ma niewielu zwolenników, niewielu aktywistów go organizuje i nieliczni są intelektualiści, którzy go opracowują. Ale przecież ruch antyglobalistyczny już istnieje i ma, niewątpliwie, antykapitalistyczny charakter. Nie brak radykalnie lewicowych „partii”. I są znów intelektualiści (choćby Negri, Żiżek, Wallenstain), głoszący totalną – choć niejednolitą – krytykę kapitalizmu. Pewnym uznaniem cieszą się nie tylko radykalnie lewicowe cele, ale i środki. Trudno się temu dziwić, gdy wstęp na główną scenę polityki nie jest możliwy bez zainwestowania góry pieniędzy, choć – oczywiście – to nie jedyna przyczyna.

 Po kapitulacji socjaldemokracji i po upadku komunizmu lewa strona sceny politycznej jet de facto ciągle pusta, ale wkrótce może rozpocząć się proces wypełniana jej utopią. Nawet nie koniecznie nową – to może być odgrzewany kotlet marksistowsko-leninowski. Łatwo sobie też wyobrazić, że podjęta będzie próba „sprawiedliwej oceny” dorobku krajów socjalistycznych. W Ameryce Łacińskiej (gdzie kapitalizm zawsze miał wredne oblicze) nie od dziś widać sympatie dla Kuby Castro. Antyglobaliści nie chcą rozstać się z wizerunkami Mao i Che, a nawet Trockiego. W Rosji Stalin jest idolem pewnej części społeczeństwa.

8.

 Neoliberalna krytyka powojennego kapitalizmu nie jest intelektualną aberracją, ani „spiskiem kapitalistów”. Wyrasta z realnych niesprawności tamtego systemu. Problem tkwi jednak w absolutyzacji tej krytyki. Gdyby była ona w pełni trafna, to i proponowana terapia była by w pełni skuteczna. To by unieważniało tradycje lewicowego myślenia, a cenione przez lewicę wartości trzeba by uznać za utopijne. Tak z pewnością nie jest, a w każdym razie, jest wiele powodów by wskazać na skrajności neoliberalnej krytyki i wątpliwą trafność proponowanej terapii – w znacznej mierze wyrażającej po prostu interesy najzamożniejszych grup.

 Socjaldemokratyczna lewica nie ma żadnych powodów (choć to właściwie uczyniła) by rezygnować ze swojej misji reformy kapitalizmu, ale musi tę misję dostosować do rzeczywiście obiektywnych uwarunkowań. To zresztą warunek by po lewej stronie sceny politycznej nie odrodził się nurt lewacki z postulatami tradycyjnie komunistycznymi – marksowskimi, a może i leninowskimi.

 Obiektywne uwarunkowania nie są jednak łatwe do sprecyzowania. Podejmując taką próbę zawsze wchodzimy na pole wielkiej niepewności. Poruszanie się po tym polu jest szczególnie niebezpieczne dla tych, którzy marksowską tezę o zależności „nadbudowy od bazy” interpretują rygorystycznie (należą do nich dziś także neoliberałowie). Przyjęcie jednak, że zbiorowa wola (a także przypadek) również kształtują historię, osłabia znaczenie „obiektywnych uwarunkowań” i pozwala dostrzec szerszy przedział możliwej ewolucji. Taka właśnie „filozofia” przyświecała niegdyś socjaldemokratom, którzy przyjęli, że XIX wieczny kapitalizm nie jest obiektywnie uwarunkowany i może być modyfikowany. Wtedy oni (a nie komuniści, liberałowie i konserwatyści) mieli rację. Ale to rzecz jasna nie znaczy, że dziś ustrojowy kształt kapitalizmu może być dowolnie modelowany.

9.

Sednem sporu miedzy dawną socjaldemokracją, a tymi, którzy rekomendują neoliberalny program jest kwestia celowości (i zakresu) regulowania przez państwo gospodarki. W szczególności kwestia redystrybucji dochodów i funkcji opiekuńczego państwa. Te funkcje nie mogą być wypełniane bez progresywnych podatków (podatki są de facto progresywne, nawet gdy maja liniową konstrukcję, ale niskie dochody zwolnione są z opodatkowania) i relatywnie wysokich wydatków publicznych na pomoc społeczną, zasiłki dla bezrobotnych, utrzymanie systemu edukacyjnego, ochrony zdrowia itp. Jednak i jedno i drugie doktryna neoliberalna traktuje jako niemożliwe do pogodzenia z szybkim wzrostem.

 Empiryczna weryfikacja tej tezy nie jest prosta, ale z całą pewnością nie ma podstaw by twierdzić, że kraje, które wdrożyły relatywnie dużą część neoliberalnych zaleceń rozwijają się szybciej niż te które się z tym ociągają. Nawet więc jeżeli przyjmiemy – co na pewno nie jest oczywiste – że kryterium oceny powinno być wyłącznie tempo wzrostu, nie możemy powiedzieć, że neoliberalny program odnosi praktyczny tryumf. Natomiast fakty potwierdzają kategorycznie, że realizacja neoliberalnego programu prowadzi do znacznie większej nierówności i zwiększenia „socjalnego ryzyka”. Można oczekiwać, że w długim okresie będzie to niekorzystnie oddziaływać zarówno na warunki konkurencji na rynku pracy (i podważać merytokratyczne zasady selekcji kadr) jak i stabilność polityczną (która dla wzrostu w długim okresie ma ogromne znaczenie). Uzasadniona jest ostrzegawcza prognoza, głosząca, że w długim okresie szybki wzrost wg neoliberalnej recepty nie będzie możliwy.

 Wszystko to nie oznacza, że w krytyce powojennego kapitalizmu nie ma racjonalnych elementów. Faktycznie, pod koniec lat 70. rozrost funkcji państwa (w niektórych krajach państwo gromadziło i wydatkowało znacznie ponad 50% PKB) był tak wielki, że prowadził do tak wysokich obciążeń podatkowych, iż uderzał w motywacje do pracy (szczególnie najwydajniejszych i najwyżej kwalifikowanych). Mimo to w wielu krajach powstał gigantyczny długi państw. Korekta tego trendu była celowa i nieuchronna. I na ogół się dokonała, tyle, że przez zwolenników programu neoliberalnego traktowana jest jako praktycznie pozbawiona znaczenia. W minionym ćwierćwieczu sektor finansów publicznych został ograniczony o kilka punktów procentowych i stanowi obecnie około 45% PKB, gdy neoliberalni ekonomiści i politycy uważają, że nawet w Stanach ten wskaźnik (około 1/3 PKB) jest nadmierny.

 Konkluzja generalna którą można tu sformułować brzmi: system redystrybucji dochodów i funkcje opiekuńczego państwa wymagają modernizacji (może nawet pewnych ograniczeń), ale musza pozostać kluczowym składnikiem kapitalizmu jako systemu społecznie akceptowanego. Przebudować (lub zbudować) trzeba też cały gmach instytucji wykonujących funkcje socjalne i stymulujące oraz ukierunkowujące rozwój gospodarczy. To jest właśnie główne zadanie dla nowej socjaldemokracji.

10.

 To zadanie może stawać się coraz bardziej złożone pod presją ciągle narastającej globalizacji. Istotnie, nowa fala globalizacji (ta z przełomu XIX i XX wieku cofnęła się na 30 powojennych lat i… nie zahamowało to rozwoju) mając za przyczynę przede wszystkim gigantyczny postęp w informatyzacji, zmniejszenie kosztów transportu i – to być może najważniejsze – liberalizację przepływu kapitału, jest źródłem zarówno dramatycznych następstw społecznych jak i impulsem wzrostu wydajności. Z jednej strony korzyści w wydajności wynikające z faktu, że np. kilka firm na świecie wytwarza w praktyce 100% danego wyrobu, a z drugiej śmierć tej produkcji poza tymi kilkoma przedsiębiorstwami. Nic dziwnego, że wszystkie kraje zabiegają o to by „multinacjonale” zaparkowały u nich. A one wymagają oczywiście niskich płac i niskich podatków. Globalizacja to więc przede wszystkim raj dla „kapitału”, bo jest on nieomal w pełni mobilny. Na ogół to jednocześnie nieszczęście dla „pracy”, która jest prawie nieprzenośna. Czy więc globalizacja nie stanowi koronnego argumentu za tezą, że nie ma alternatywy dla neoliberalnych postulatów.

 Po pierwsze, relatywnie niskie płace i podatki nie są ani jedynymi ani nawet najważniejszymi czynnikami decydującymi o napływie zagranicznych inwestycji. Liczy się kapitał ludzki, stabilność społeczna, infrastruktura. Nic z tego nie można mieć bez wysokich wydatków budżetu, redystrybucji dochodów i porządnego opiekuńczego państwa. Po drugie, zagraniczne inwestycje nie są jedynym (ani najważniejszym) źródłem finansowania rozwoju. Jest to ponadto źródło dość kosztowne (Irlandia, która oparła swój rozwój – zresztą bardzo umiejętnie – na imporcie kapitału, przekazuje obecnie za granicę w postaci dywidend i podobnych płatności ponad 1/7 swojego PKB) i z pewnością tylko w niektórych przypadkach służy ogólnemu awansowi kraju – w innych prowadzi do wykształcenia się na wpół kolonialnych enklaw.

 Socjaldemokracji nie powinni więc (a niektóre środowiska działające pod tym szyldem tak czynią) ścigać się z neoliberałami w ułatwieniach dla globalizacji. Ogólna dyrektywa, która się nasuwa brzmi: globalizacji tyle ile konieczne dla szybkiego wzrostu, ale po wyczerpaniu innych środków sprzyjających wzrostowi. Taka dyrektywa – trzeba przyznać – nie jest łatwa do wypełnienia. Wszak kapitał może nie tylko napływać, ale i odpływać. Absorpcja wewnętrznych oszczędności na rzecz rozwoju kraju nie może być skutecznie zapewniona przez prawną kontrolę ich przepływu (co nie znaczy, ze wykluczone są wszelkie działania nacelowane na kontrolę ruchu kapitału spekulacyjnego) – konieczne jest zapewnienie odpowiednich bodźców (np. podatkowych ulg inwestycyjnych).

11.

 Nie ulega wątpliwości, że nie sposób sobie wyobrazić modelu regulowanego kapitalizmu bez aktywnego państwa. To musi być państwo narodowe (co nie znaczy etniczne) po pierwsze dlatego, że inne nie istnieje, po drugie dlatego, że tylko państwo zbudowane na społecznych więziach zakorzenionych w historii może być państwem demokratycznym i zdolnym do wyrażania woli solidarnej. Może, ale nie musi. Odnowiona socjaldemokracja stoi więc nie tylko przed koniecznością rewizji poglądu o „reliktowym charakterze” państwa, ale też przed koniecznością jego reformy (obejmując tym także reformę systemu demokratycznego).

 Częścią sugestywnej neoliberalnej krytyki powojennego kapitalizmu jest krytyka niewydolności demokratycznego państwa. To poważna krytyka, ale – jak w kwestiach stricte ekonomicznych – absolutyzowana. Tak np. ważna teza o zagrożeniach wynikających z działania „poszukiwaczy renty” (czyli „wyłudzania” dogodnych dla danego środowiska decyzji państwa) może być przede wszystkim impulsem – jak chcą tego neoliberałowie – rugowania państwa z życia gospodarczego. Ale może też być przyczyną określonych zmian w mechanizmach działania państwa.

 Jest wielkim zadaniem socjaldemokracji na nowo i realistycznie zdefiniować możliwości zreformowanego państwa. Od tego w istocie zależy, czy „regulowanie kapitalizmu” usprawni jego funkcjonowanie w interesie dużych grup społecznych. Poza polami aktywności o których wspomniano wcześniej, sukces na tym polu jest warunkiem rozsądnego funkcjonowania sektora przedsiębiorstw publicznych, a jakieś mierze także działania choćby takich sektorów usług publicznych jak edukacja. Kryzys sektora przedsiębiorstw publicznych (i zastosowanie jako wyłącznej terapii prywatyzacji) to w równej mierze następstwo częstej polityki chronienia tych przedsiębiorstw dotacjami przed upadkiem, jak też patologicznej polityzacji zrządzania. Usunięcie (lub zasadnicze ograniczenie) tej patologii w innym świetle postawiło by postulat totalnej prywatyzacji. Strategia pełnej prywatyzacji mogła by być zastąpiona programem bardziej zdywersyfikowanym, gdyż na rzecz obecności w gospodarce sektora publicznego przemawiają bardzo poważne argumenty.

12.

 Model demokracji dziś rozpowszechniony ma liberalny charakter. W tym systemie złożone procedury wyborcze (łącznie z zasadami finansowania działalności politycznej) oraz rozczłonkowane instytucje polityczne, a także wyłączenie niektórych sfer decyzyjnych z kontroli ciał wybieralnych przesądza, że wola wyborców w istocie nie może być skutecznie wyrażona w szeregu kluczowych kwestiach. Wyborcy mają możliwość raczej wyłonienia rządzącej ekipy niż programu rządzenia. Mandat zwycięzców wyborów (nawet formalnie jednoznaczny) nie daje zresztą silnych uprawnień do kształtowania polityki państwa. W toku rządzenia ograniczenia wynikają z konstytucji i działania sądu konstytucyjnego, mediów często kontrolowanych przez różne grupy interesów itp. Wielkie znaczenie ma zawsze presja płynąca z zagranicy – szczególnie „presja rynków”.

 Wszystkie te ograniczenia zyskują na znaczeniu, gdy rząd prowadzi politykę niezgodną z interesami wpływowych grup. Obecnie oznacza to politykę niezgodną ze standardami zaleceń neoliberalnych (np. chce obciążyć wyższymi podatkami najzamożniejszych obywateli, podejmuje program robót publicznych lub – o zgrozo – zmierza znacjonalizować jakieś przedsiębiorstwo). Zawsze wówczas cała formalna i nieformalna „struktura wpływu” sytemu liberalnej demokracji (łącznie z ośrodkami zagranicznymi) mobilizuje się do aktywności. „System” broni interesów swoich najbardziej wpływowych aktorów. Liberalna demokracja nie jest neutralna wobec interesów różnych grup, co nie znaczy, że mamy do czynienia – jak sugerują marksiści – z „burżuazyjną demokracją”, która jest zwykłą przykrywką władzy „kapitalistów”.

 Liberalny model demokracji – trzeba o tym pamiętać – jest też pewna odpowiedzią na realne niebezpieczeństwa demokracji totalnej. W każdym razie zbyt daleko idąca eliminacja z systemu demokracji tych wszystkich elementów, które utrudniają prostą transformację politycznej woli większości w politykę państwa, niesie poważne ryzyko ograniczenia indywidualnych wolności. To co nazywa się nieraz demokracją nieliberalną łatwo stać się może narzędziem ustanowienia z woli politycznej większości rozwiązań nawet na wpół autorytarnych.

 Ugrupowania działające dziś pod szyldem lewicy razem z ugrupowaniami liberalnymi są gwarantami szczególnej wersji liberalnego modelu demokracji. W tej demokracji elity mają ogromny wpływ, a społeczeństwo ma bardzo ograniczone możliwości kształtowania decyzji państwa. Właśnie to przesądza o naturze tego modelu. Potrzebne sa zmiany, ale nie odrzucenie modelu liberalnej demokracji. Na pewno zasada ograniczeń konstytucyjnych (a w tym np. niezależność wymiaru sprawiedliwości, czy autonomia banku centralnego) nie może być odrzucona, ale odnowiona socjaldemokracja musi poszukiwać możliwości takiej reformy modelu demokratycznego, który byłby bardziej wrażliwy na rozstrzygnięcia zgodne z wolą większości. Potencjalnie możliwe jest bardzo wiele zmian liberalnego modelu demokracji bez istotnego ryzyka autorytarnych deformacji.

13.

 Sytuacja po lewej stronie sceny politycznej w Polsce nie różni się zasadniczo od sytuacji w innych krajach. Oczywiście na tle standardów Zachodu wyróżnia nas (jak większość krajów ustrojowej transformacji) dominacja po lewej stronie niby-lewicy powstałej z przekształcenia aparatu dawnej partii komunistycznej.

 Formalnie lewa strona jest dziś zagospodarowana przez alians nazywający siebie Lewica i Demokracji, a będący w istocie porozumieniem części neoliberalnych środowisk dawnej opozycji antykomunistycznej ze środowiskami postkomunistycznymi, które od lat samoidentyfikują się jako socjaldemokratyczne. W kwestiach społecznych i ekonomicznych to środowisko nie podtrzymuje właściwie żadnych postulatów socjaldemokratycznej lewicy. Wyróżnia je nawet neoliberalny „zapał”. Podobnie w kwestiach modelu demokracji, natomiast w sprawach obyczajowych LiD głosi postulaty permisywnej kultury. W polityce międzynarodowej opowiada się za ścisłym aliansem ze Stanami Zjednoczonymi. Ważnym wyróżnikiem tożsamości tego środowiska jest niechęć do narodowego państwa i zgoda na model ponadnarodowej integracji europejskiej. Partia postkomunistyczna – kluczowy i dominujący człon LiD-u – nie różni się istotnie od szeregu występujących pod socjaldemokratycznym szyldem partii zachodniej Europy (np. niemieckiej SPD czy hiszpańskiej PSE), choć odstęp od standardów programowych tradycyjnej socjaldemokracji jest w jej przypadku jeszcze większy. Nie ulega jednak wątpliwości, że polskie środowisko postkomunistyczne zostało w pełni zaakceptowane przez obecną międzynarodową „rodzinę socjaldemokratyczną”.

 W Polsce po lewej stronie – jak na zachodzie – zdają się też po woli kształtować środowiska lewackie. Oceny muszą tu być ostrożne bo sytuacja wydaje się płynna. Generalnie jednak w niektórych – zresztą bardzo małych grupach – silna jest skłonność do krytyki kapitalizmu jako takiego, wysuwania ekstremalnych postulatów w sferze kulturowej (szczególnie w odniesieniu do kwestii mniejszości seksualnych) i braku szerszego zainteresowania „reformą kapitalizmu”. W tych środowiskach państwo narodowe traktowane jest jako byt reliktowy, a nadzieja na „pogłębienie demokracji” wiązana jest z wykształceniem się odpowiednich instytucji ponadnarodowych. W symbolicznej postaci, tożsamość tych środowisk manifestuje się z jednej strony twardym zaangażowaniem przeciw zakazowi „marszu równości”, a z drugiej np. całkowita obojętnością wobec ustanowienia podatku liniowego, czy zniesieniem podatku spadkowego. Musi niepokoić zainteresowanie myślą lewicowo-totalitarną (Lenin) i niechęć do jednoznacznej oceny dziedzictwa komunistycznego.

14.

 Faktyczny brak lewicy na scenie życia publicznego rozwiniętych krajów, przesądził, że ewolucja powojennego modelu kapitalizmu przejawia się nie tyle w jego modernizacji, co w stopniowym usuwania elementów opiekuńczego państwa i rozszerzaniu pola dla rynku. Jednak w szeregu krajów Europy Zachodniej proces ten nie poszedł bardzo daleko, a w niektórych (przede wszystkim skandynawskich) na przekształcenia te nałożone zostały limity. Prawdziwy tryumf postulatów neoliberalnych (poza Stanami Zjednoczonymi) obserwujemy w krajach postkomunistycznych i niektórych krajach Ameryki Łacińskiej. Najdalej sprawy poszły w Rosji i w dyktatorskich krajach postkomunistycznej Azji – łącznie z Chinami. Ale także w postkomunistycznej Europie (choć są tam jeszcze pozostałości „socjalizmu”) ukształtowany model kapitalizmu bardzo daleko odbiega od sytemu powojennego.

15.

 W przypadku Polski, nawet w ramach krótkiej charakterystyki trzeba przede wszystkim dostrzec, że nierówności płacowo-dochodowe są ogromne, a system podatkowy nie jest zorientowany na ich redukcję. Przeciwnie, system ten obejmuje liczne przywileje dla najzamożniejszych. Takie przywileje wbudowano też w system ubezpieczeniowy, który został skomercjalizowany na bezprecedensową w Europie skalę. Bardzo wielka grupa bezrobotnych (niektórzy zarejestrowani bezrobotni mają de facto pracę, ale większa jeszcze ilość faktycznych bezrobotnych nie jest zarejestrowana) korzysta ze szczątkowej alimentacji, a zwalczanie bezrobocia ma całkowicie bierny charakter. Finansowanie ochrony zdrowia jest wyjątkowo niskie, a edukacja na poziomie wyższym uległa skrajnej komercjalizacji. Prawa pracownicze są powszechnie nie przestrzegane, a związki zawodowe często narażone są na nieformalne utrudnienia. Partycypacja pracowników w zarządzaniu praktycznie nie istnieje. Nie można mieć wątpliwości: polskie państwo opiekuńcze (niezbyt rozbudowane także w czasach komunistycznych) jest już bardzo słabe. Było ono redukowane nie tylko w czasie rządów ugrupowań określających się jako liberalne lub prawicowe, ale też (a nawet szczególnie) w czasie rządów określających się jako lewicowe (1993-97 i 2001-05).

 Demontażowi podlegało jednak nie tylko państwo opiekuńcze i system redystrybucji dochodów. Także model polityki gospodarczej został nieomal totalnie podporządkowany regułom wolnorynkowym. Prywatyzacja stała się całkowicie dominującym instrumentem przebudowy gospodarki. Żadne większe części gospodarki nie zostały z prywatyzacji wyłączone (choć są branże, gdzie prywatyzacja na szerszą skalę jeszcze nie wkroczyła – kolejnictwo, wydobycie węgla, do pewnego stopnia służba zdrowia) i w zasadzie nie ma też konkretnych przedsiębiorstw o statusie publicznym, które odgrywały by rolę w jakimś państwowym programie restrukturyzacji gospodarki. Przejawem pasywnej polityki są też szczątkowe nakłady publiczne na finansowanie nauki i rozwój infrastruktury. Nie jest prowadzona żadna polityka ochrony rynku wewnętrznego, stymulowaniu inwestycji ma służyć wyłącznie obniżanie podatków.

16.

 Brak lewicowej alternatywy w polskiej transformacji odcisnął się też piętnem na systemie politycznym. Ten system jest niebywale skomplikowany (sejm, senat, prezydent, trzy szczeble samorządowe) a więc nieczytelny dla przeciętnego wyborcy i kosztowny w działaniu. Szereg decyzji z pola demokratycznych rozstrzygnięć zostało wyłączonych. Dotyczy to działania banku centralnego, ale jest to też związane ze swobodnymi interpretacjami konstytucji, których dokonuje Trybunał Konstytucyjny.

 Sposób finansowania działalności politycznej i sposób funkcjonowania mediów przesądzają, że pluralizm na scenie politycznej jest bardzo ograniczony. Od kilku lat czynnikiem ograniczającym swobodne rozstrzyganie kwestii na drodze demokratycznej są też rozległe kompetencje UE. Mają one znaczenie zarówno ex ante (przy tworzeniu prawa)jak i ex post (przy interpretacji prawa).

 Bardzo szczególny charakter mają media. Ich daleko posunięta komercjalizacja i nieomal pełna prywatyzacja przesądzają o ich bardzo „liberalnym przechyle”. W tych mediach pracownik jest na ogół prezentowany jako leniwy i uprzywilejowany, natomiast przedsiębiorca kreatywny i uciskany przez państwo. Ten stereotypowy obraz (którego nie upowszechniają tylko niektóre tabloidy) nie ma realnego związku z rzeczywistością, ale jest ważnym instrumentem „ideowego panowania”. Wszelkie alternatywne propozycje względem „poprawnych” rozwiązań liberalnych (zresztą pojawiające się rzadko) zyskują w mediach natychmiast status populizmu. W rezultacie scena publiczna nie jest miejscem równoprawnego starcia pluralistycznych koncepcji. Bardzo duża część społeczeństwa postrzega klasę polityczną jako jednolitą i wyalienowaną.

17.

 Lewica (bardziej niż inne nurty ideowo-polityczne) znajduje się od lat w stanie kryzysu. Nie dysponuje spójną i realistyczną propozycją programową. Utraciła tożsamość i próbuje pod swoim szyldem przemycić nie swoje postulaty – wypełnić rolę „lepszych liberałów”. Taka lewica jest potrzebna tylko jej aktywistom. Społeczeństwu potrzebna jest lewica wyrażająca w racjonalny sposób aspiracje dużych grup, które nie mają dobrej szansy w kapitalizmie omnipotentnego rynku. W dłuższym okresie lewicowej alternatywy nie zastąpią społecznie wrażliwe ugrupowania prawicowo-konserwatywne, choć dziś to te ugrupowania (nie bez wielu negatywnych skutków ubocznych) mają więcej zrozumienia dla interesów grup przegrywających w nowym kapitalizmie.

 Modernizacja i odbudowa socjaldemokracji wydaje się tyleż piląca i konieczna, co bardzo trudna. Warunkiem konieczny (choć na pewno niedostatecznym) jest zwrot intelektualny. Nie wystarczy konstatacja nieadekwatności neoliberalnego programu. Odzyskanie pola przez lewicę wymaga wypracowania nowej lewicowej alternatywy. Z pewnością nie jest nią tzw. trzecia droga, która stanowi otwartą kapitulację wobec postulatów neoliberalnych, skrywaną jednak za lewicowymi frazesami i okraszoną utopią „światowej demokracji” oraz prawami dla homoseksualistów. Trzeba mieć nadzieję, że miejsce na lewicową alternatywę nie zostanie wypełnione przez jakąś lewacką ideologię antykapitalistyczną i antydemokratyczną.

 Pożądana odbudowa lewicy musi się rozpocząć od wykrystalizowania się zmodernizowanego programu socjaldemokratycznego. Nie powinno być tam miejsca na rewolucyjne zaklęcia, natomiast istnieje potrzeba spójnej i praktycznej alternatywy dla opcji neoliberalnej. Ale nie chodzi w żadnym razie o program obsesyjnie przeciwstawny, ale właśnie o realistyczną alternatywę.

 Odnowa lewicy na drodze modernizacji powojennej koncepcji socjaldemokratycznej może być skuteczna. W niektórych krajach zachodniej Europy (w krajach skandynawskich, czy w Holandii) można zresztą już obecnie mówić o sukcesie polityki, która w ograniczonym tylko zakresie uwzględniała neoliberalne zalecenia. Te sukcesy nie są jednak źródłem emocjonalnego przełomu, bo ciągle bardzo silne są nadzieje wiązane z realizacją neoliberalnego projektu. Ten ostatni czynnik ma szczególne znaczenie w krajach postkomunistycznych.

18.

 Również w Polsce odbudowa socjaldemokracji zacząć się musi od uformowania intelektualnej alternatywy diagnostycznej i programowej. Szczególna trudność związana jest z faktem, że socjaldemokracja przez szeroką publiczność identyfikowana jest ze środowiskami postkomunistycznymi. Nie łatwo uzyskać status niezależności i trudno zrzucić społeczne odium postkomunistycznych rządów. Jest też problem jasnego i precyzyjnego odróżnienia się od „socjalnego konserwatyzmu”.

 Alternatywa socjaldemokratyczna musi więc być wyrazista, nawet gdyby to wymagało uproszczonego formowania diagnoz i programu. Trzeba jednoznacznie opowiedzieć się za kapitalizmem, ale tylko za takim jego modelem, w którym możliwe będzie poważne ograniczone nierówności, a zabezpieczenie społeczne będzie przyzwoite.

19.

 Zakładając, że w tym tekście celowe jest jedynie wskazanie ogólnych cech hipotetycznego programu odnowionej socjaldemokracji (i że punktem odniesienia są polskie realia miejsca i czasu) warto wskazać na trzy rodzaje kwestii: tradycyjne elementy programu wymagające podtrzymania, elementy programu, z których należy zrezygnować i kwestie szczególnie kontrowersyjne.

 Wydaje się, że do pierwszej grupy – w zakresie kwestii społeczno-gospodarczych – można zaliczyć: (1) system socjalny o rozbudowanych funkcjach, (2) redystrybucję dochodów i progresywne podatki dochodowe, (3) „łagodną”, antycykliczną politykę makroekonomiczną – zarówno pieniężną jak i fiskalną, (4) aktywną politykę strukturalną, (5) istnienie mniejszościowego, ale nie marginalnego sektora przedsiębiorstw publicznych, (6) regulację rynku pracy zapewniającą realną ochronę praw pracowniczych i partycypację w zarządzaniu.

 Polityka socjaldemokratyczna powinna zrezygnować z praktyk protekcjonizmu (powszechnie stosowanych w okresie powojennym) w stosunkach gospodarczych z zagranicą. W szczególności z wysokich ceł i reglamentacji dewizowej. Zresztą stosowanie tych środków jest obecnie właściwie niemożliwe. Odrzucenia wymaga też twarda zasada, że monopol (a w każdym razie dominującą pozycję) na świadczenie usług społecznych posiadać powinno państwo. W szczególności w ochronie zdrowia celem powinno być zapewnienie dostępu do tych usług niezależnie od materialnej sytuacji jednostek, a nie ich świadczenie przez państwowe instytucje.

 W sferze modelu politycznego tradycja socjaldemokratyczna jest mniej jednoznaczna. Zasadnicze postulaty – biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich lat – dotyczyć powinny oddzielenia polityki od biznesu (powinny być zachowane, ale zasadniczo ograniczone dotacje budżetowe dla partii) i zwiększenia bezpośredniego wpływu obywateli na politykę państwa, co wymaga przede wszystkim złagodzenia barier wstępu na scenę polityczną. W żadnym razie nie powinien być poszerzany zakres władzy prezydenta, natomiast celowe jest pewne ograniczenie faktycznej władzy normotwórczej sprawowanej przez Trybunał Konstytucyjny. Z pewnością pożądane jest uproszczenie (a więc potanienie) systemu instytucji politycznych – szczególnie ilości szczebli samorządowych i likwidację (lub zasadnicze przekształcenie) senatu. Nowych regulacji, zmierzających do urealnienia pluralizmu, wymagają media prasowe i elektroniczne. Najważniejsze jest zwiększenie niezależności mediów publicznych od rządzącej większości oraz ograniczenie komercjalizacji mediów prywatnych.

 Wielkie dylematy programowe stwarza obecność Polski w Unii. Obecność ta musi zostać uznana za nieodwracalną, jednak otwarta pozostaje kwestia polityki wobec Unii. Wydaje się , że priorytetem powinna być ochrona prerogatyw państwa polskiego i stanowczy sprzeciw wobec przekształcenia Unii w państwo de facto federalne. To wymóg skutecznej ochrony demokracji politycznej, która działać może tylko w ramach państwa narodowego. Także konsekwencja sympatii dla społecznej solidarności, która jest nie możliwa do urzeczywistnienia w strukturach unijnych. W każdym razie pogłębienie integracji w Unii powinno być uwarunkowane wzmocnieniem realnych gwarancji solidarności między krajami Unii – szczególnie w wymiarze finansowym. To wydaje się ważniejsze niż formalne procedury podejmowania decyzji w Unii. Niestety, projekt europejskiej konstytucji, która jest krokiem w kierunku formuły federalnej, takich gwarancji nie stwarza. Z pewnością zarówno akceptacja przez Polskie traktatu konstytucyjnego, jak i kwestia terminu wstąpienia Polski do strefy euro powinny być rozstrzygnięte w referendum.

20.

 Odnowiona socjaldemokracja nie może unikać zajęcia stanowiska w kwestiach „obyczajowych”. Regulacja dopuszczania przerywania ciąży, zakres praw mniejszości seksualnych, eutanazja i kara śmierci, to wszystko kwestie wymagające regulacji przez prawo i w tym sensie polityczne. Jednak nie ma i być nie może organicznej spójności między uregulowaniami w tym zakresie, a programem socjaldemokracji w obrębie kwestii społecznych, ekonomicznych i politycznych, który rozstrzyga o esencji socjaldemokratycznej orientacji na scenie publicznej. Kwestie obyczajowe nie mogą być sztandarem odnowionej socjaldemokracji. Są powody by w tych kwestiach opowiedzieć się za programem „centrowym”, różnym zarówno do fundamentalistycznego stanowiska konserwatystów jak i liberałów (do których dołączyły ugrupowania postsocjaldemokratyczne i postkomunistyczne). Kluczowe wydają się ty trzy zasady. Po pierwsze, zasada tolerancji, zgodnie z którą dopuścić należy wszelkie zachowania, które nie przynoszą uszczerbku innym. Po drugie zasada solidarności i pomocy wszystkim, których status mniejszościowy spycha na margines i naraża na opresję. I po trzecie wreszcie, zasada respektowania woli społecznej, a więc rozstrzyganie kształtu regulacji dotyczących kwestii „obyczajowych” bezpośrednio przez całe społeczeństwo – najlepiej w referendum.

21.

 Odnowiona socjaldemokracja musi poszukiwać i określić swoją orientację mając na uwadze całość życia publicznego i interesy wszystkich grup społecznych, ale to nie znaczy, że pewne kwestie i interesy określonych grup nie mogą być traktowane ze szczególną uwagą. Przeciwnie, tego rodzaju „stronniczość” jest tyleż naturalna co i konieczna. Szczególna misja odnowionej socjaldemokracji powinna koncentrować się na kwestii sprawiedliwości i stymulowaniu rozwoju poprzez zbiorowe działanie społeczne. Działanie koordynowane przez demokratyczne państwo wyrażające dobro wspólne. Suwerenność narodowego państwa wymaga ochrony.

 Odnowiona socjaldemokracja musi przede wszystkim pochylić się nad interesami grup, które w toku ustrojowej transformacji poniosły względną lub bezwzględną porażkę. To bardzo różne grupy, które widać analizując różne przekroje struktur społecznych: część inteligencji, znaczna większość robotników i pracowników usług, istotna część rolników, ale też – analizując w innym przekroju – rodziny wielodzietne, duża część społeczności małych miasteczek, ludzie z rejonów szczególnie wysokiego bezrobocia itd. Zadaniem odnowionej socjaldemokracji musi być racjonalizacja i artykulacja programowa interesów tych grup. To zadanie sensowne, bo nie ma powodów by przyjmować, że istotne interesy tych grup pozostają w kolizji z obiektywnymi uwarunkowaniami funkcjonowania i rozwoju we współczesnym świecie.

* * *

 Odnowa socjaldemokracji – tu i teraz w Polsce – nie jest możliwa bez jasnego odgrodzenia się od dziedzictwa komunizmu, a także od ludzi, którzy byli ważnymi aktorami i beneficjentami tamtego systemu. Nie można oczywiście pomijać geopolitycznych okoliczności, które skłaniały niektórych do uznania struktur partii komunistycznej jako jedynych realnie istniejących struktur polskiego państwa. Trzeba też uwzględnić prawo ludzi do zmiany poglądów. Jednak także – a może przede wszystkim – środowiska demokratycznej lewicy nie mogą wykazać wahania w surowej ocenie i potępieniu zbrodniczych praktyk systemu komunistycznego. Dekomunizacja – jeżeli tylko nie łamie praw człowieka – nie powinna być przez demokratyczna lewicę odrzucana. Tym bardziej nie może być akceptowane blokowanie procesu ujawniania mechanizmów działania systemu komunistycznego i zaangażowania we wspieranie tego systemu konkretnych ludzi. Ale trzeba też z naciskiem podkreślić, że takie same kryteria etyczne muszą być stosowane do niedemokratycznych praktyk, których w przeszłości dopuszczała się obóz prawicy. I w końcu, rozliczenie z praktykami komunistycznymi nie może być pretekstem do odmawiania praw wszelkim środowiskom lewicowym.

 

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Niepodległościowy socjalizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.