Miller: Kwestja żydowska

 

Po załatwieniu ogólnych porachunków z Wiktorem Alterem (por. „Odpowiedź Wiktorowi Alterowi”, „Sygnały”, nr. 72) pozwolę sobie obecnie wysunąć najdrażliwszą, jak się zdaje, dla moich polemistów, — sprawę mych wypowiedzi na kwestię żydowską.

Atak zacięty i walkę z mojemi poglądami na tę sprawę rozpoczęła już rok temu burżuazyjna prasa żydowska z „Naszym Przeglądem” na czele, pismo, które do dzisiejszego dnia nie ustaje w fatydze i w gorliwości przypisywania mi wszystkich sakramentalnych faszystowskich grzechów świata, byleby mnie zdyskredytować wobec mych ideologicznych towarzyszy.

Przed rokiem zresztą narówni ze mną na liście „antysemickich” współpracowników „Robotnika” znajdował się również —w opinii „Naszego Przeglądu” — redaktor pisma Mieczysław Niedziałkowski…

Chcąc się znaleźć jednak w niezaprzeczenie czcigodnem towarzystwie, wspomnę, korzystając z okazji, że na pół roku przed śmiercią — i Andrzej Strug nie ustrzegł się bardzo powściągliwego zachwytu burżuazyjnej prasy żydowskiej, gdy jako prezes warszawskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich nie zgodził się na współdziałanie ze Związkiem Literatów i Dziennikarzy Żydowskich w walce z anty-semityzmem.

Podkreślam więc ubocznie, że to co p. B. Aronson w lwowskiej „Naszej Opinii” (2 lipca 1939 r.) nazywa „antysemityzmem w masce lewicowej” ma dłuższą historię i obejmuje nie tylko, jak mu się zdaje, J. M. Borskiego — i niżej podpisanego, lecz znacznie większą ilość lewicowców o nazwiskach nierównie bardziej efektownych.

Całe nieporozumienie polega tutaj na tem, że to co te pisma nazywają „antysemityzmem”, jest pierwszą wątłą próbą niepoddawania się z tej strony barykady —tyranii prasy i opinii żydowskiej w sprawie żydowskiej, usiłowaniem wywalczenia niezależności sądu nawet w tej zakazanej przez niewiadome tabu dziedzinie.

Przyznam się, że badając rezultaty ankiety, jaką w swoim czasie ogłosiły śród pisarzy „Wiadomości Literackie”, doszedłem do wniosków bardzo pesymistycznych na temat wagi argumentacji i odwagi cywilnej przeważnej części uczestników ankiety.

Szczególną filuternością sądu wyróżniała się tam wypowiedź Emila Zegadłowicza, którego zresztą bardzo cenię jako pisarza i poetę.

Wywiady i odpowiedzi ankietowe nie zawsze mu się udają. Nie mając pod ręką tamtego materjału, pozwolę sobie zacytować inną opinję Zegadłowicza w tej sprawie, utrwaloną w „Czarno na Białem” (nr. 12 z 19 marca 1939 r.).

Na pytanie „wywiadowcy”, Henryka Bernego: „Czy zdaniem Pana exodus Żydów z Polski wpłynąłby dodatnio na rozwój gospodarki narodowej?” – Zegadłowicz odpowiada: ”Sądzę, że najujemniej: Żydzi są dobrymi kupcami, ruchliwymi kupcami; są też bardzo lojalnymi obywatelami. Pytanie się kupca, jakiego jest wyznania czy jakiej narodowości, jest nonsensem i jedną z tych niezliczonych sprzeczności, w jakie obfituje nasza współczesność. Robienie mu z przyczyn wyznaniowych i narodowościowych zarzutów, potępianie go i zwalczanie za to — to się w zdrowo myślącej głowie nie mieści”…

Przyznam się ze wstydem, że w mej „głowie się nie mieści” ani to pytanie, ani ta odpowiedź.

„Wywiadowca” bowiem, znajdując się widocznie… pod urokiem terminologii „Gospodarki narodowej” A. Doboszyńskiego, suponuje, że w Polsce „gospodarka narodowa” — tak jak to „illo tempore” bywało, —nie może obejść się bez Żydów…

Zegadłowicz zaś, biorąc za dobrą monetę niedorzeczne pytanie — zawód kupiecki żydów uważa za najwyższą, nadrzędną hierarchię istnienia, której nie dotyczą takie mankamenty i ułomności istnienia jak wyznanie i narodowość…

Ten fakt, np. że zawód kupiecki Żydów może się dawać jednak we znaki tym, którzy padają ofiarą pewnego systemu eksploatacji handlowej — to dla Zegadłowicza jest rzeczą, która „nie mieści mu się w głowie”… Przyznać się muszę, że lepsze miałem wyobrażenie o pojemności głowy świetnego poety.

Mniejsza zresztą o to. Chodziło mi o ilustrację tego, jak lekkomyślnie i bez pokrycia wypowiada się często sądy dla zdobycia doraźnego aplauzu i zyskania dobrej opinii w społeczeństwie żydowskiem. I że tylko tak lekkomyślne i nieopatrzne sądy znajdują aprobatę w burżuazyjnej prasie żydowskiej.

Jakakolwiek próba oświetlenia tej kwestii nie z punktu widzenia portretu kupca żydowskiego jest oczywiście „faszyzmem” i „antysemityzmem”.

Wróćmy tedy do rzeczy.

Wiktor Alter a za nim Jerzy Boreisza („O wierność starym sztandarom”, „Sygnały”, nr. 71) zarzucają mi wiele nieścisłości w oświetleniu sprawy żydowskiej.

Twierdziłem, że źródeł antysemityzmu w Polsce należy poszukiwać m. in. w chorobliwej strukturze społeczeństwa żydowskiego, w położeniu ekonomicznem ludności żydowskiej. Że żydzi, zatrudnieni głównie w handlu, przemyśle i kilku działach pracy umysłowej, skupili w swoim ręku nieproporcjonalną do swej ilości część kapitałów ruchomych i nieruchomości miejskich, że droga od uregulowania tej kwestii prowadzi przez zróżniczkowanie ekonomiczne i zawodowe ludności żydowskiej, przez upodobnienie jej do struktury gospodarczej otaczającego ją środowiska.

Alter w związku z tem zdaniem z właściwym sobie furiackim entuzjazmem wymyśla mi od „ignorantów” (czyby wodzowi „Bundu” nie przydało się czasem zajrzeć do „Słowniczka wyrazów obcych” i zbadać przy sposobności znaczenia wyrazu „ignorant” ?), po przejściu zaś ataku furii i nałożeniu przez chwiejny rozsądek kaftana bezpieczeństwa zdobywa się na jeden argument: czyż nie wiem, że większość ludności żydowskiej żyje w nędzy i że większy jej odsetek żyje z pracy fizycznej (nie z handlu i pracy umysłowej), aniżeli wśród ludności „rdzennej”.

Ależ mogę zapewnić Altera, że te rzeczy (oczywiście z odpowiednią korektą statystyczną) nie są mi całkowicie nieznane. Choćbym jednak o tem wszystkiem nie miał najmniejszego pojęcia, jeszcze (jak się z cytowanego słowniczka może Alter dowie) mogę nie być ignorantem, gdyż wiedza i niewiedza niekoniecznie polega na znajomości statystyki, określającej w odsetkach stan zróżniczkowania zawodowego ludności żydowskiej.

Wracając jednak do rzeczy, stwierdźmy, że znowu i w tym wypadku Alter śród ludności „tubylczej” nie uwzględnia chłopstwa. „Mały rocznik statystyczny” za rok 1938 określa ludność państwa polskiego w od-setkach według źródeł utrzymania i wyznania jak następuje: na 100 mieszkańców utrzymujących się z handlu przypada 59 —wyznania mojżeszowego, na 100 mieszkańców, utrzymujących się z przemysłu —przypada 21 — wyznania mojżeszowego, podczas gdy ludność żydowska tworzy, jak wiadomo, 10% ogółu ludności.

Jeżeli Alter mówi, że większość ludności żydowskiej utrzymuje się z pracy fizycznej, to gdyby uwzględnić chłopstwo, należałoby stwierdzić, że w społeczeństwie chrześcijańskiem chyba 90% utrzymuje się z tego rodzaju najmniej popłatnej pracy – ogół więc obywateli znajduje się w znacznie gorszych warunkach niż społeczeństwo żydowskie.

Nie neguję zresztą bynajmniej istnienia nędzy wśród proletarjatu, rzemieślników i straganiarzy żydowskich. Chodzi jednak o procentowe uprzywilejowanie Żydów w popłatniejszych i intratniejszych zawodach – jak w handlu, przemyśle i niektórych zawodach wyzwolonych. Jeżeli opuściłem w rozumowaniu swojem te procentowe wyliczenia, to ze względu na to, że jeśli przytoczyć te dane, jak to teraz robię, nic to nie mienia, gdyż pozostaje niezmienny sam nagi fakt przytłaczającej przewagi żydów w handlu, przemyśle i kilku zawodach wyzwolonych.

Jest to właśnie to, co pozwoliłem sobie nazwać chorobliwą strukturą społeczeństwa żydowskiego.

Jeżeli zaś i tych danych Alterowi mało, służę dalszemi.

Ogłoszone obecnie dane Głównego Urzędu Statystycznego na temat statystyki wyznaniowej właścicieli przedsiębiorstw handlowych w roku ubiegłym są następujące:

W rękach Żydów znajduje się — 53% wielkich przedsiębiorstw handlowych, 63% — dużych, 51% — małych, 48% — drobnych, w handlu wędrownym zaś ten % urasta znowu da 60%.

Wiemy, jakie są historyczne przyczyny tego zmonopolizowania niemal handlu w rękach żydowskich, nie znaczy to jednak wcale, żebyśmy teraz po wiekach mieli aprobować wszystkie absurdy gospodarki szlacheckiej w dawnej Polsce.

Przecież ten cały drobny i wielki handel, jeśli chodzi o ścisłość, pasożytuje tylko na pracy wytwórczej i w sposób lichwiarski oprocentowuje swą antyspołeczną rolę, polegającą na tem, żeby wytwórca nie mógł się bezpośrednio porozumieć ze spożywcą.

Dotyczy to, oczywiście, wszelkiego prywatnego handlu, zarówno żydowskiego, jak i chrześcijańskiego. Jeżeli w dawnej Polsce ze względu na afrykańskie stosunki w kacykatach szlacheckich i możnowładczych jakiś Sędzia-Soplica łupił skórę ze swoich poddanych przy nieodzownej pomocy Żyda-karczmarza i pachciarza Jankiela, jak to z rozbrajającą naiwnością ku zbudowaniu narodu zidyllizował Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, to nie dowód wcale, aby tę piękną tradycję symbiozy i wyzysku szlachecko-żydowskiego w nowej Polsce uznać za wzorową, chwalebną i godną utrwalenia na dalszą przyszłość.

Wiemy dobrze, ile krwi i potu ludu wsiąkło w latyfundia szlacheckie i magnackie, ale wiemy również dobrze, ile krwi, potu, nędzy i poniżenia tego samego ludu wsiąkło w magnackie fortuny kupców i spekulantów.

Jeżeli domagamy się przeprowadzenia reformy rolnej bez odszkodowania, wychodząc z założenia, że bogactwa obszarników nie z ich wszak mrówczej powstały pracy, lecz z krzywdy ludu, — nie widzimy powodu, dlaczego mamy specjalną adoracją otaczać równie korsarski kapitał, nagromadzony z wyzysku kupieckiego, lichwy i spekulacyj.

Zadaniem ruchu spółdzielczego w danej chwili, a socjalizmu w bliższej czy dalszej przyszłości jest unicestwienie tego pasożytnictwa społecznego, reprezentowanego przez pośredników handlowych wszelkiego typu i zapędzenie ich do prawdziwie produkcyjnej pracy. Nie zdaje mi się wobec tego, żeby walka, jaką pewna część społeczeństwa polskiego wydała Żydom, by wyprzeć ich z handlu, miała przed sobą wielką przyszłość. Nie twierdzę jednak, że zmonopolizowanie tego intratnego zajęcia przez żydów, było słuszne lub godziwe.

Zajęcie to, uprawiane przez wieki, fatalnie zaciążyło na psychice żydowskiej, czyniąc z nich istotnie niemal „naród kupiecki” ze wszystkiemi przywarami tej psychiki zawodowej. Utrudnia to w niemałej mierze porozumienie i współżycie z nimi.

Zróżniczkowanie więc zawodowe żydów jest jednym z nieodzownych warunków zarówno wyrównania potencjału pasożytnictwa między żydami i innemu pasożytującemu grupami społecznemi, jak i możliwości przystosowania się ich do otaczającego środowiska.

Nie sądzę, by te tezy, które napsuły tyle krwi Alterowi, były sprzeczne z rozwojem dziejowym i społecznym, wskazywanym przez klasyków socjalizmu.

Nierównie przyjemniejsza a mam nadzieję, że i owocniejsza dla samej kwestii może być wymiana zdań z Jerzym Boreiszy, którego wysoka kultura polemiczna i głęboka wiedza nie budzą we mnie żadnych wątpliwości. Bez niesmaku więc poprzedniego zbliżam się do tego nowego przeciwnika.

Na część zarzutów Jerzego Boreiszy, wytoczonych przez niego wspólnie z Alterem, odpowiedziałem przed chwilą. Przejdę więc tutaj tylko do argumentów indywidualnych Boreiszy.

Po pierwsze uwaga historyczna.

Żydzi, zdaniem Boreiszy, zostali sprowadzeni do Polski jako przeciwwaga na wpływy niemieckie, podczas gdy ustrój feodalny sabotował rozwój własnego mieszczaństwa.

Zdanie to zawiera szereg nieścisłości. że ustrój feodalny nie mógł zasadniczo sabotować rozwoju własnego mieszczaństwa, świadczy jego rozwój we Francji, Włoszech i Niemczech. We Francji królowie zdołali się nawet oprzeć na miastach w walce z możnowładztwem szlacheckiem.

Jeżeli w pewnej nawet mierze mogli w Polsce królowie i książęta popierać imigrację żydowską dla przeciwdziałania wpływom niemieckim, to było to, niestety, wypędzanie djabła przy pomocy Belzebuba.  Przyznać nowiem trzeba, że mieszczaństwo niemieckie uległo w następstwie całkowitemu niemal spolszczeniu, podczas gdy Żydzi dzięki całkowitej odrębności swej psychiki i obyczajów wyłączyli lwią część miast polskich ze wspólnoty narodowej, nadając im charakter całkowicie azjatycki.

O właściwych przyczynach popierania Żydów przez królów i książąt polskich mówi J. K. Kochanowski w swoim „Kazimierzu Wielkim” zgoła inaczej: „Potężny a łaknący dóbr doczesnych protektor chował sobie Żydów jako stado kur, niosących, jaja, których częstego podbierania nie zaniedbywał nigdy, wierząc święcie, że go Pan Bóg żydami w tym jedynie celu obdarował i że najbardziej wyuzdane łupiestwo nie jest żadną względem nich niesprawiedliwością, gdyż jako własność pańska ciułają grosze jedynie dla swego pana”.

Żydzi, dojeni i podbierani przez książąt i szlachtę, odbijali to sobie na wyzysku chłopa, którego na pastwę im oddaje już przywilej kaliski z r. 1264. Ta wspólnota pasożytnicza żyda i szlachcica kosztem chłopa przetrwała przez cały ciąg dziejów Polski niepodległej, zabory i trwa z niewielkiemi zmianami na lepsze do dzisiejszego dnia.

Żydów w Polsce otaczano opieką, dobrodziejstwami i przywilejami wtedy, gdy chłopi nie mieli żadnych praw i byli wydani na pastwę samowoli panów i ich patrymonialnych sądów. Dziwić się więc nie można wcale, że opanowali miasta, zarzucili sieć wpływów na wsie i osady, że rozmnożyli się tak, jak w żadnym kraju Europy. Są to wyniki gospodarki szlacheckiej w dawnej Polsce.

Czyż można się jednak dziwić, że w w. XX, kiedy bądźcobądź t.zw. zbiorowość polska (pozaszlachecka) stara się dojść do jakiegoś głosu i jakichś praw, trudno oczekiwać — i sami żydzi powinni zdać sobie z tego sprawę — że właśnie lud polski i demokracja polska musi tę sprawę rozpatrzeć na nowo, nie mogąc pokrywać ani aprobować potwornych dla państwa i zbiorowości polskiej wyników egoizmu stanowego szlachty epok minionych.

I dlatego, przyznać się muszę, rozwiązywanie w Polsce kwestii żydowskiej przy pomocy zwykłych równościowo obywatelskich haseł demokratycznych, wydaje mi się, niestety, absurdem zarówno historycznym jak i społecznym.

Na organizmie życia polskiego Żydzi (mówię rzecz prosta, o masie żydowskiej, nie zaś o żydach-Polakach, których nie odróżniam od innych Polaków) utworzyli chorobliwą narośl, żywiącą się sokami tego organizmu w sposób pasożytniczy. Żaden zdrowy organizm nie może się pogodzić z istnieniem tego chorobliwego stanu, z azjatyckim charakterem miast i osad polskich.

Nasi „postępowcy”, unikający myślenia, sądzą, że „prawa człowieka”, że wzniosłe zasady humanitaryzmu rozwiązują wszystko. Są to, oczywiście, śmieszne truizmy, dobre dla sparaliżowanych starców i mózgownic.

Cóż — muszę przypomnieć tu jedną ze swoich tez z „Na gruzach Grenady”:

„Nikt nie ma żadnych praw do niczego, nie wyłączając życia, dopóki ich nie zdobędzie w procesie wytwarzania”.

Otóż stwierdzić trzeba, że lwia część społeczeństwa żydowskiego tych praw w procesie wytwarzania nie zdobyła, gdyż wobec tego procesu zajęła pozycję pasożytniczą. I niema właśnie żadnego powodu ani racji, żeby demokracja polska, budująca społeczność na społecznie pożytecznej pracy, mogła — w imię abstrakcyjnej i śmiesznie nadużywanej w tym wypadku zasady równości — ten stan rzeczy tolerować.

Nie — parawanik demokratyzmu nie osłania i ukryć nie może gospodarczej anomalii pasożytującego na ciemnocie ludu polskiego drobnego czy wielkiego handlu żydowskiego.

Z taką samą słusznością i racją, z jaką się podważa „święte” prawo własności pijawek obszarniczych, dążąc do konfiskaty latyfundiów, — z taką samą słusznością ma się prawo — nawet w tym koślawym ustroju, w jakim żyjemy — dążyć do unicestwienia czy konfiskaty na rzecz społeczności z tych samych źródeł pochodzącego pewnej postaci kapitału handlowego, co skrupić się może przedewszystkiem na żydach.

Gdzież wolność i demokracja — ryknie na to Alter, wzburzywszy swoją falującą czuprynę ?

Muszę powtórzyć tu to, co rok temu powiedziałem w „Robotniku”:

„Walcząc o wolność i demokrację, o przebudowę ustroju społecznego, lewica polska zmierza również do rozwiązania sprawy żydowskiej lecz w ramach ogólnego planu przebudowy, — nie może natomiast, jak chce żydowska prasa burżuazyjna, zakreślać pojęcia wolności i demokracji promieniem wodzącym sprawy żydowskiej, gdyż doszlibyśmy do logicznego absurdu, potwierdzając w ten sposób wszystkie insynuacje prawicy o demokracji jako o parawaniku wpływów i panowania żydowskiego”.

Co żydzi wobec tego mają ze sobą zrobić?

Nie wiem i nie moją jest sprawą wyręczanie w myśleniu tak czynnej obecnie wspólnoty narodowej Żydów. Stwierdzam tylko ubocznie, że Borejsza przecenił zlekka mój „filosemityzm”.

Mówiłem wszak w atakowanym artykule, że należy dążyć do zróżniczkowanie ekonomicznego i zawodowego ludności żydowskiej, do upodobnienia jej do struktury gospodarczej otaczającego ją środowiska. Wskazywałem jednak i na to, że wobec poważnego oddziaływania ruchu syjonistycznego, który wzmaga w Żydach poczucie narodowe często nawet w jego imperialistycznym zasięgu – nie dla wszystkich Żydów ta droga pozostaje jeszcze otwarta.

Sądzę więc, że Boreisza niezupełnie słusznie przeciwstawia mnie J. M. Borskiemu jako grzecznego Dyzia — niegrzecznemu.

Zgadzam się z Boreiszą, że akcja antysemicka, którą hitlerowcy narzucają czy sugerują światu otaczającemu może mieć w dalszych konsekwencjach na celu wyparcie Żydów przez Niemców i kapitału żydowskiego przez kapitał niemiecki. Nie podważa to jednak samego faktu istnienia korsarskich zysków kapitału handlowego i spekulacyjnego, którego zachłanność państwo może znacznie prędzej ukrócić, niż całemu społeczeństwu uda się przejść na formy wytwórczości socjalistycznej.

Nie należy przekładać na przyszłość, bliżej nieoznaczoną tych zmian, które można przeprowadzić nawet w granicach panujących farm ustrojowych.

Nie o stragan tylko, jarmułkę i chałat chodziło mi w kwestii żydowskiej, jak mi to Boreisza niezbyt słusznie w zakończeniu swego rozumowania sugeruje, lecz właśnie o aktualne przewarstwowienie społeczeństwa i walkę z korsarstwem kapitału spekulacyjnego, reprezentowanego głównie przez Żydów, tego kapitału, który nie zasługuje na większą obronę, niż równie pasożytniczy kapitał wielkich obszarników.

Pozostałaby jeszcze kwestja różnych „imponderabiliów” w ustosunkowaniu się wzajemnem chrześcijan i Żydów, treści psychicznej ich wzajemnego oddziaływania. Nie są to rzeczy błahe, ani małe: negować istnienia tych różnic z punktu widzenia radykalnego empiryzmu nie można.

Można się niby zakłamywać pozorami procesu wyrównawczego, odbywającego się przez wieki, wobec jednak aktualnego i nagłego spiętrzenia tych wszystkich przeciwieństw, — jest to pociecha ze wszech miar paralityczna.

Nie będziemy jednak rozwijać już tej sprawy, uważając, że jest ona poniekąd pochodną tych przemian, które się odbywają na gruncie gospodarczego stosunku przeciwstawiających się sobie grup społecznych.

Ta zaogniająca tak nasze myślenie i uskrzydlająca temperamenty „sprawa żydowska” nie jest wcale najciekawsza z tych spraw, o których mam z Boreiszą do pomówienia.

Wobec jednak nadmiernego spęcznienia pojemności tego polemicznego elaboratu, wymianę poglądów na temat innych spraw, bardziej zasadniczych, pozwalam sobie przełożyć do następnego numeru.

Jan Nepomucen Miller

SYGNAŁY nr 73 (1939)

 

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Niepodległościowy socjalizm, ŹRÓDŁA z tagami: . Dodaj do zakładek ten link.

Komentowanie wyłączono.